Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błogosławiona Danuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą błogosławiona Danuta. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 listopada 2021

serial brazylijski...

... się zrobił z tego bloga.

W sprawie mieszkaniowej zmian niewiele. Rodzina sobie mieszka na krzywy ryj, pani podobno w szpitalu ale nie wiem czy to już czas rodzić czy inne przyczyny. Nie wnikam, żeby oszczędzać swoją głowę. 

Ale chyba mam już prawnika, który pomoże mi jakoś tę sprawę załatwiać. Spadł mi z nieba właściwie, bo za sprawą koleżanki z pracy. Zawsze mówiłam, że do ludzi to ja jednak mam szczęście, a na pewno do znajomych i przyjaciół. Nigdy bym się nie spodziewała, że pomoc nadciągnie akurat z tej strony.

Pan mecenas ma plan i to mnie ogromnie cieszy. Przede wszystkim już nie muszę rozmawiać z tymi ludźmi bo on zrobi to za mnie. Bardzo jestem ciekawa, czy wobec mężczyzny ten gnojek będzie też taki hardy jaki był wobec mnie. Temat wciąż jest bardzo trudny - zdaję sobie z tego sprawę - ale trzeba się z nim zmierzyć, ile by to nie trwało, ile by nie kosztowało. 

Wiem, że okres ochronny trwa do 15 marca. Jeśli nie będą chcieli wyprowadzić się po dobroci, to do wiosny żaden sąd ich nie wyrzuci. Ale pan mecenas ma w planach jakieś ruchy na ten czas, więc postanowiłam mu zaufać. Do marca też nie jest w sumie tak daleko.

Przegryzłam się z tym tematem w te i nazad i za radą nieocenionej mojej Grażynki, postanowiłam nie katować się czymś na co nie mam wpływu. Zrobiłam wszystko co mogłam, teraz cieszę się, że nie jestem z tym sama. Jakoś to załatwię. Nie wiem, jak przeżyłabym te ostatnie 20 miesięcy bez Grażynki. I bez Kini i Eli i jeszcze kilku osób, których wsparcie czuję codziennie. 

W sobotę pierwsza rocznica śmierci Mamy. Wierzyć się nie chce, że to już rok. Wciąż mam przed oczami żywy jej obraz na mojej kanapie. Słabiutkiej, milczącej. W ogóle nie wiedziałam wtedy jak będę żyć bez niej, a jednak żyję, świat się nie zatrzymał. Ale nie było ani jednego dnia żebym o niej nie myślała, nie uroniła łzy. Okropnie dużo płaczę. Chyba nadrabiam zaległości z całego życia, bo kiedyś nie płakałam nigdy. A teraz nie ma dnia... Jak nie myślę o Mamie, to o Ojcu. Którego też nie ma już 7 miesięcy.

Ojciec miał na imię Andrzej, ciekawe czy kiedyś jeszcze ucieszą mnie Andrzejki. W tak bliskiej okolicy rocznicy śmierci błogosławionej Danuty. 

A Młoda trzyma się całkiem nieźle. No poza ostatnim weekendem, kiedy potężny wiatr wywołał serię bardzo silnych ataków. Nic na nią tak nie działa jak wichura. Postawiła swoją służbę (czytaj: matkę i ciotkę Kinię) na równe nogi, bo okazało się, że nie mam w domu ani sztuki leku, który byłby w stanie przerwać tę serię. Już ze dwa lata z nich nie korzystałyśmy, wszystko co miałam się przeterminowało... No i akcja w sobotnie przedpołudnie - sms do naszej lekarki z prośbą o receptę (z duszą na ramieniu czy w ogóle odpowie...). Na szczęście odpowiedziała, nawet natychmiast, przysłała kod recepty. Już podskoczyłam z radości, że jesteśmy uratowane, a tu drugi człon służby - Kinia - nadaje z apteki, że recepta źle wypisana, leku nie wydadzą. No cóż, nerwówka trwała jeszcze z półtorej godziny, bo lekarka już nie zauważyła kolejnego sms-sa, a jak już udało mi się ściągnąć jej uwagę, to miała kłopot z poprawnym wystawieniem recepty... Wszystkie te procedury są tak mocno skomplikowane, jakby już bardziej zamotać się nie dało. A ja albo krążę między apteką a przychodnią (to już nie pierwszy raz, nawet nie dziesiąty), albo błagam telefonicznie i to tylko dlatego, że to sobota i przychodnia nie działa. Jakby działała, latałabym na wysokości lamperii. Całe życie w ukłonach. Ostatecznie się udało, na szczęście, ale uwierzcie - słabo mi jak muszę wciąż o coś prosić. Tak nie powinno być.

wtorek, 13 lipca 2021

urodziny i Banderoza

 W piątek były 23-cie urodziny Agnieszki. Dzień wcześniej zrobiłam ciacho urodzinowe, choć nie spodziewałam się gości. Mój brat jest zajęty wyłącznie sobą i głowę dam, że nie pamięta kiedy są urodziny jego jedynej chrześnicy. Chrzestna za to pamięta zawsze i zawsze przynajmniej dzwoni (i gada z Młodą! znaczy do niej - a to nie jest takie łatwe gadać przez telefon do kogoś, kto nie odpowie ani jednym słowem - szacun). Tym razem przyjechać nie mogła.

Ale czemu nie miałybyśmy same zasiąść do świętowania? Okazało się jednak, że same nie będziemy bo przyleciała nasza niezawodna Kinia. Jestem jej bardzo wdzięczna, bo jakoś bardzo tak odczułam w tym roku, w tym dniu, że jesteśmy po prostu samotne. Mimo wszystko. Mamy mnóstwo cudownych znajomych i osób, które nam kibicują z daleka i z bliska, ale tak na codzień... to mamy tylko siebie. Taka prawda.

Zapaliłyśmy więc sztuczne ognie w miejsce świeczek - nie umiemy dmuchać, to co się będziemy wygłupiać, zjadłyśmy po kawałku ciasta i było bardzo miło.




A teraz jesteśmy na Banderozie. Znowu same. Jakoś mnie to uczucie samotności ostatnio dopada, choć na wakacjach to nic nowego - zawsze wszędzie jeździmy same. Ale teraz to co innego. Nie ma Mamy, która wiedziała wszystko - co gdzie jest i do czego służy, jak odpalić kosiarkę, jak odkręcić główny zawór wody, czy mamy piłę?? Gdzie jest pompa do szamba i te takie tabletki co to robią z niego zieloną wodę. Który to kwiat, a który chwast w ogródku... 
Błogosławiona Danuta już nie słucha Radia Maryja w swoim pokoiku. I nie zrobi kaszy manny na śniadanko dla Młodej. 

Ogrom  pracy mnie przerasta. Powoli wdrażam się w to wiejskie życie, które bardzo lubię i sprawia mi coraz więcej frajdy, ale jest tyle rzeczy do zrobienia... Tyle do nauczenia... I to wszystko w tak zwanym międzyczasie, bo moim głównym obowiązkiem jest wciąż jednak dbanie o Agę. Czyli przygotowanie czterech posiłków dziennie, nakarmienie, napojenie, toaleta, zapewnienie jakiejś rozrywki w postaci spaceru, jazdy na rowerze, książki. Trzeba też samemu coś zjeść a po posiłkach trzeba pozmywać. Rano i wieczorem trzeba ją i się wyrychtować - przewinąć, ubrać, rozebrać. Jakaś kąpiel by się zdała...

z

No i mamy klęskę urodzaju - wiśnie obrodziły cudownie, odkryłam też, że mam jakieś zatrzęsienie jeżyn... W życiu tutaj, na tych piaskach, tylu jeżyn nie widziałam! Robię więc soki, sokownikiem. Ale żeby robić soki, trza ten owoc zerwać. 


Wszystko to kosztuje czas.

Dlatego na bieganie czas mam wyłącznie o 6 rano. Głównie dlatego, że o tej porze Młoda jeszcze śpi. Znaczy - dla ścisłości - znowu śpi, bo ona się budzi około 4. Mimo, że przeciągam ją wieczorem ile wlezie, czyli do 22 max. 
Latam więc o poranku, choć kondycyjnie jestem w czarnej dupie. Mało w ostatnim roku miałam czasu na bieganie, to i kondycja poszła precz. Ale biorę to na spokój - robię co mogę, nie spinam się, latam dla przyjemności. Może kiedyś jeszcze będę biegać długie dystanse, a może nie. Wezmę co Bóg da. Póki co jestem wdzięczna za to, że w ogóle mam możliwość pobiegać, i to w tak cudownych okolicznościach przyrody. Bo w lesie o 6 rano jest po prostu magicznie... 


I co jeszcze. Zamówiłam 10 kg ogórków i mam silne postanowienie zrobić korniszony.

Aktywny wypoczynek znaczy. A co u Was?

niedziela, 7 marca 2021

jak dzieciak w pralkę

Przepraszam, że nie odpisuję na komentarze i wydawałoby się, że nie cieszę się razem z Wami, ale latam jak z piórkiem. Co usiądę wieczorem do lapka, za pięć minut przybijam gwoździa. Nie oglądam seriali na Netlixie, bo jeden odcinek rozbijam na trzy dni i nie pamiętam fabuły. 

Ale się cieszę, bardzo! Właściwie to za mało powiedziane - jestem w nieustającym szoku :) Przez pierwsze dwa-trzy dni nie mogłam pracować, bo dostaję powiadomienia mailem o każdej wpłacie, a wszelkie powiadomienia bziutają mi na moim sportowym zegarku, więc wiecie... Byłam na takiej adrenalinie, że hej. Moje kochane kierowniczki zamieszania, porównywalnie podjarane, co chwilę klikały i sprawdzały stan zrzutki (heh, nie mają bziutacza). Co ja gadam, wciąż to robią! Szybko się też okazało, że takich klikaczy jest dużo więcej - mój brat napisał do mnie "siedzę i patrzę na to jak dzieciak w pralkę". I zgadnijcie co? Wszyscy teraz sprawdzają pralkę :)))

Tymczasem ja próbuję ogarnąć dofinansowanie z PEFRON. I to mnie normalnie przerasta. Podobno wszystko teraz można załatwić przez internet, mamy te różne profile zaufane, e-kartoteki, e-pacjenty i inne e. Mamy też coś takiego jak SOW - System Obsługi Wsparcia przy PEFRON-ie, i tam teoretycznie można złożyć on-line różne wnioski, w tym ten na turnus. Wystarczy założyć konto, wybrać wniosek, wypełnić pięć stron rożnych danych, dołączyć piętnaście plików z dokumentami potwierdzającymi stan zdrowia Agnieszki i kliknąć - WYŚLIJ. 

Acha.

Nie można wysłać wniosku, sprawdź błędy. Błąd, który mi wyskoczył na czerwono to "pola z * są wymagane". Ok, sprawdzam od początku wszystkie pola z gwiazdkami. Są. Wyślij. Pudło. Od początku. Sprawdzam wszystkie pola, te z gwiazdkami i bez. Są. Wyślij. Pudło. Ok. Od początku. Sprawdzam pola z gwiazdkami, bez, liczę wszystkie cyfry w peselu, datach, dowodach osobistych, przecinki w kwotach. Są. Wyślij. Fuck you.

NIE DA SIĘ. Ja nie potrafię. A boję się o swojego laptopa, więc raczej już nie będę próbować. Znowu trzeba w zębach zawieźć papiery, których z resztą połowa już od lat leży w przepastnych archiwach tej instytucji. W niejednej kopii. Ech.

Poza tym jadę na szmacie w mieszkaniu mamy. Zaczęłam od kuchni, bo nie lubię generalnych porządków w kuchni i podczas mycia lodówki miałam taką refleksję, że ona tak bardzo potrzebowała mojej pomocy w ostatnim czasie... Czysta, wręcz pedantyczna osoba, miała mocno zapuszczone te sprzęty, kuchenkę, piekarnik, lodówkę. Czyli nie dawała rady. A ja nawet tego nie zauważyłam.  Nie mogę sobie tego podarować.


I tak o.

Dziękuję Wam za wsparcie z całego serca! I idę sprawdzić pralkę :))))

środa, 30 grudnia 2020

Kinia

Śmierć mamy nie była ostatnią złą wiadomością tego obrzydliwego, pokręconego roku. Za mamą pośpieszył jej brat a mój ojciec chrzestny, drugiego dnia świąt. Covid. Jego żona rownież chorowała, wczoraj wyszła ze szpitala żeby dziś pochować swojego męża. 

Bardzo, bardzo lubiłam swojego wujka. Lubiliśmy żartować. On jedyny mówił na mnie - Doroniu, z takim śpiewnym, podzamojskim akcentem. 

I znowu mi się płacze.


Zrobiłam się straszną beksą. Każdy pretekst jest dobry - smutny film, piosenka, coś przeczytanego w sieci - a mi się odkręca kran i leję łzy i nie mogę przestać. Tak jakbym szukała powodu by sobie popłakać. Idziemy na spacer - płaczę, idziemy na cmentarz - jeszcze nie doszłam do bramy a już jestem spłakana. Wylałam morze łez przy lekturze bardzo pozytywnej w swoim przesłaniu książce „Alopecjanki. Historie łysych kobiet” - przy okazji bardzo polecam.

I mam wrażenie, że to nie tylko za sprawą żałoby te łzy mi się leją. Chyba opłakuję wszystko na raz, wszystkie zaległości, wywalają mi się emocje, bo tak naprawdę nie miałam czasu by się ich pozbyć. Ledwo ojciec poszedł na odwyk a zadziało się z mamą i nie przerobiłam poprzedniej sprawy. Nie odpoczęłam, nie przemyślałam. No to teraz wylewa mi się to wszystko. 




I tak moje dziewczyny otoczyły mnie opieką totalną. W szczególności moja Kinia, która była na każde słowo a nawet przed słowem. Naprawdę nie znam drugiej takiej osoby, która w potrzebie potrafi oddać swój czas i siły innym (bo nie tylko mnie), być całkowicie do dyspozycji. Nie wiem czy mnie byłoby na coś takiego stać. Kinia była gotowa do pomocy o każdej porze dnia i nocy. I była niezmordowana.

Oczywiście szybko okazało się, że zamiast wakacji pojawiła się w moim domu mama, druga osoba po Adze wymagająca całkowitej opieki. Wtedy też po prostu byłam pewna, że Kinia mi pomoże przy mamie - przy myciu, przy pampersach, przy każdej czynności i że zrobimy to bez krępacji, szybko i sprawnie. Zupełnie sobie nie wyobrażam poprosić o to kogoś innego.

Ona znała nasz rytm, kiedy kąpiel Agi a kiedy mycie mamy, kiedy plaster przeciwbólowy, kiedy moja robota, Agi szkoła, kiedy przyjeżdża dowóz, i co na kolację. Jeśli czegoś nie wiedziała, to uczyła się na bieżąco. Wyprzedzała moje myśli, serio. Właściwie to robi to nadal, choć bardzo się stara nie narzucać a ja bardzo się staram jej nie wykorzystywać. To jest ktoś, komu z pełnym zaufaniem mogę zostawić Młodą, dom, wszystkie piniędze.

Kinia dała mi ogromny komfort psychiczny i fizyczny - nie byłam sama. No pewnie, że poradziłabym sobie, ale z nią czułam się w tym wszystkim bezpiecznie. Ktoś ze mną był, ona ze mną była. Nie zapomnę jej tego do końca życia. 


Kochani, cokolwiek by się w życiu złego nie działo, jeśli ma się przy sobie dobrych ludzi, oddanych przyjaciół, wszystko będzie dobrze. 

Banał, wiem, ale co z tego, skoro to najprawdziwsza prawda?

Życzę Wam w Nowym Roku i na zawsze mieć wokół siebie tak dobrych ludzi jak ja mam. Bo ja to co mam na pewno, to szczęście do dobrych ludzi.


Ps. Kinia, wiem, że to czytasz. Na żywca jeszcze nie umiem, ale tutaj to spoko - kocham Cię kobieto!

poniedziałek, 14 grudnia 2020

płacze mi się

 Miałyśmy dla siebie 11 dni. Mama odeszła 27 listopada. 

Bardzo się bałam, że odejdzie beze mnie. Wtedy, kiedy będę na egzaminie czy w pracy. Dostawałam histerii na samą myśl, że mam ją zostawić. Ale potem pomyślałam, że jeśli Pan Bóg chce, żebym przy niej była, to będę, a jeśli nie chce, to choćbym wzięła miesięczny urlop to i tak nie będę. I się uspokoiłam.

Pojechałam na ten egzamin. Zawiozły mnie samochodem dwie cioteczki 70+, coś niesamowitego. Wyszłam z domu o 10.10, pojechałyśmy na starówkę, tam zawołano mnie pół godziny przed czasem bo pewnie ktoś nie dojechał, zdałam (!!!) i o 12.05 byłam w domu z mamą. Szaleństwo. 

W czwartek poszłam do pracy, z mamą została Przyjaciółka. Rwałam do domu na rowerze jak opętana. I już wieczorem było bardzo źle. Szybki, płytki oddech, taki rybi. Siedziałam z nią do północy i nic się nie zmieniało, więc postanowiłam się położyć. Spałam czujnie, wstawałam kilka razy - wciąż ten oddech niczym hiperwentylacja. Rano, o 5.45 tylko spojrzałam na mamę i już wiedziałam, że do pracy nie pójdę. 

Nie miałyśmy z mamą łatwych relacji. Nie potrafiłyśmy nigdy rozmawiać o trudnych sprawach, przerabiać zaszłości a było ich sporo. Miałam więc niepowtarzalną okazję do intymnego spotkania z moją mamą, do rozmów, do wyjaśnień, przebaczenia... Mama nie powiedziała już do mnie ani jednego słowa, ale za to ja powiedziałam jej dużo. Wygłaskałam, wycałowałam. Chyba nigdy w życiu nie byłyśmy ze sobą tak blisko jak przez te ostatnie 11 dni. Nie wiem ile z tego wszystkiego słyszała, na ile potrafiła ogarnąć sytuację. Wiem, że musiała to czuć i to mi wystarczy. Trzymałam ją za rękę do samego końca, za co jestem bardzo wdzięczna. Bardzo.

Ubrałam, wyszykowałam, wygładziłam. Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, by odeszła godnie.

Choć późniejsza cała ta machina pogrzebowa zwaliła mnie z nóg. Nie chce mi się o tym pisać.

Mamy nie ma, a mi się płacze. Bardzo szybko mi się zawinęła, choć to tylko teraz tak mi się wydaje, bo jej nieodwracalnie już nie ma. Kiedy leżała u mnie na kanapie miałam zupełnie inne refleksje. Że to niby naturalne umieranie jest okropne, paskudne. Że to wcale nie jest spokojne umieranie, mimo, że bez fizycznego bólu. Że niemożność jedzenia i picia też sprawia cierpienie, sam ten oddech był cierpieniem. Dzień po dniu patrzyłam jak odchodzi i zastanawiałam się, dlaczego to tak długo trwa? Nie zrozumcie mnie źle - ja po prostu wiedziałam, że to droga w jedną stronę, dlatego nie mogłam patrzeć na tę mękę. Nawet przyszło mi do głowy, że moja błogosławiona Danuta miała takie pomysły w życiu, że ofiarowywała swoje cierpienie w jakiejś sobie wiadomej intencji i na przykład po operacji haluksów odmówiła przyjęcia środków przeciwbólowych. Spiłowali jej te kości - rozumiecie jaki to jest ból, nie? - a ona odmówiła bo chciała ofiarować. Czy teraz też złożyła ofiarę? 

Płacze mi się, bo teraz na dodatek muszę posprzątać całe jej życie, które zostawiła u siebie w domu. Kupę drobiazgów, które zbierała latami, ciuchy, naczynia, zdjęcia, dokumenty... Wszystko. No więc sprzątam i płaczę. Najsmutniejszy, najgorszy obowiązek w moim życiu.

Dzień za dniem leci jak szalony. Praca, Aga, dom, sprzątanie u mamy, coś trzeba ugotować, coś poprać, coś załatwić. Ogarniam, ale jestem bardzo zmęczona. Zaraz święta... Czekam z niecierpliwością na świąteczno-feryjną przerwę, jeszcze tylko ten tydzień i dwa dni i będziemy barłożyć w łóżku do południa. Marzy mi się zwolnienie tempa, choć wiem, że potem będę się denerwować, że robota stoi bo nie mogę się wyrwać bo Aga w domu. A dwa czynsze, kredyt i inne rachunki trzeba płacić. A jestem jedynym żywicielem czy jakoś tak... 

Ale dzieją się też dobre rzeczy, tylko o tem to już innym razem bo mi się oczy zamykają.

sobota, 21 listopada 2020

Mama

 W poniedziałek jeszcze z nią zamieniłam parę słów. Prosiłam - mamo, przenieś się do mnie, jesteśmy same, nie będziesz się czuła skrępowana a ja będę mogła cię doglądać, pomóc, pogadamy sobie... Nie, nie chciała, "jeszcze nie".

Jeszcze przeszła z pokoju do pokoju, korzystała z toalety. Tylko już podpisać się nie mogła. Siedziała nad kartką, gdzie wypisałam upoważnienie do odbioru wyników TK i patrzyła bezradnie. W 20 minut napisała - Danununuta... Mówiłam - mamo, teraz "t", napisz "a"... Nie mogła. Nie wiedziała jak.

We wtorek rano znalazłam ją na podłodze w przedpokoju. Pozapalane wszystkie światła, czyli upadła wieczorem.

I już nie było rozmowy. Ani dyskusji - biorę ją do siebie.

Wezwaliśmy z bratem pogotowie, które podało jakąś kroplówkę i tyle... Stan hospicyjny, orzekli. Do szpitala nie ma co brać, bo nawet jak trafi na którąś izbę przyjęć to podadzą kolejne kroplówki i wypuszczą do domu. Takie czasy.

I zostaliśmy sami. Zamówiliśmy transport medyczny, oczywiście prywatnie, bo jak tu mamę znieść z tego czwartego piętra, kiedy zupełnie nie dawałam rady nawet jej ubrać. Zrobiła się lejąca, bezwładna. 

Kiedy już leżała na mojej kanapie w salonie, poczułam spokój. Mam ją przy sobie i jakoś to będzie. 

Nagle mam pod opieką dwie dziewczyny, zupełnie zależne ode mnie. Nie do wiary.

Wszystko się tak niewiarygodnie dobrze poukładało. W poniedziałek wieczorem dostałam wiadomość, że ktoś od nas z pracy zachorował i przechodzimy na pracę zdalną do końca tygodnia. Mogłam więc nie martwić się, że muszę iść do roboty, mogłam zająć się mamą. We wtorek pojechaliśmy do mamy razem z bratem, też przypadek. Nie byłam więc sama, razem zebraliśmy ją z tej podłogi i razem załatwialiśmy transport i różne inne sprawy. Aga jeździ do szkoły, mam więc całe dnie dla mamy, taki czas tylko dla niej i dla mnie. No i jest moja Przyjaciółka, bez której byłoby mi bardzo, bardzo ciężko, która chyba powinna do kompletu tu z nami zamieszkać, to nie latałaby między dwoma domami jak kot z pęcherzem. Bardzo mi pomaga i jest na każde wezwanie a nawet bez wezwania. Ona po prostu wie.

Mam więc moją mamę na kanapie. Bez kontaktu, w pampersie. Rano najpierw obrabiam młodszą, wyprawiam do szkoły, a potem starszą z pomocą Przyjaciółki. Jak myślałam, że jestem fachura w zmienianiu pampersów to życie mnie szybciutko nauczyło pokory - nie jestem, nawet 22 lata doświadczeń nie przygotują do sprawnej obsługi starszej, lejącej osoby, której ciało jest jak ciasto. 

Do poniedziałku włącznie pracuję zdalnie, więc trwam tu, na posterunku. A potem... Zobaczymy potem.

W środę mam egzamin w kuratorium, na nauczyciela dyplomowanego. No nie wiem - pojadę, nie pojadę, zobaczę pewnie w środę. Żyję chwilą, tym co tu i teraz. 

Westchnijcie za Błogosławioną Danutą, proszę. Oby się długo nie męczyła i spokojnie odeszła tam gdzie chciała - do Pana Boga. 



sobota, 14 listopada 2020

spokój

...

Ja natomiast, żeby nie było za różowo, rozwaliłam sobie bark. Potknęłam się, wypieprzyłam jak długa i chcąc chronić się przed upadkiem musiałam go sobie naciągnąć. Fakt, że już przed upadkiem oba barki miałam bolesne i nadszarpnięte od dźwigania, więc niewiele mi było trzeba, żeby nabawić się poważniejszej kontuzji. No ale mam teraz spory problem z podnoszeniem Młodej. W domu chodzę z ręką na temblaku, smaruję jakimś smarowidłem i staram się nie wrzeszczeć przy każdej próbie podnoszenia, pielęgnacji czy nawet czesania. Bo czesanie to też skomplikowana czynność polegająca na równoczesnym używaniu szczotki, łapaniu rąk które jak na sprężynach same lecą do głowy oraz utrzymywaniu prostej pozycji siedzącej osoby czesanej. 

I tu powinnam napisać pean na cześć mojej Przyjaciółki i reszty tej cudownej mojej bandy, która mi pomagała i wciąż pomaga ale myślę, że Ona, Oni wszyscy zasługują na oddzielnego posta a nie na akapit.

I jeszcze błogosławiona Danuta mi bardzo słabuje... A ja nie mam jak jej dobrze doglądać, bo jak ja na to czwarte piętro bez windy z Młodą? W tygodniu to lecę kiedy Aga jest w szkole, ale w weekend to muszę ją po prostu zostawić pod klatką... Tak jak dziś. A dziś to mi się trafili dobrzy ludzie w postaci młodej pary, którzy chcieli mi pomóc w wejściu do klatki. Jak im powiedziałam, że dzięki, ale ja muszę na czwarte piętro, to oni radoście - ok! to my pomożemy! :) A jak im powiedziałam, że to się nie da i że ja muszę dziewczynę w wózku zostawić tutaj to zgodzili się chwilę jej potowarzyszyć. Także, wbiegłam na to czwarte, zostawiłam mamie to co niosłam, rozpłakałam się na jej widok i zamiast jej coś pomóc to powiedziałam, że muszę lecieć bo Aga na dole została...

Serce mi się kroi. I nie wiem co dalej. Będę chyba się starać o jakąś pielęgniarkę czy coś, podobno jest taka możliwość. Tylko czy w dobie tej zasranej pandemii coś mi się uda załatwić? 

Dzięki za wszystkie Wasze komentarze i ciepłe słowa. Nie mam za bardzo kiedy odpowiadać ale  wiedzcie, że wlewacie mi mnóstwo ciepła w serducho. Dziękuję.


piątek, 1 kwietnia 2016

indyk, łoś i zapalenie płuc

Osz kurde, nie wyrobiłam się w marcu. No nie wyrobiłam się. Bo i w marcu nic specjalnego się nie zadziało. No może oprócz akcji pod pseudonimem "szczęśliwy indyk".

Ojciec bardzo polubił myśl, że jak pójdzie na pobliski bazar to tam na pewno nabędzie jakiś zdrowy drób. Taki ekologiczny, błogo błądzący po wolnym wybiegu, nie skażony hormonami - słowem zdrowy do spożycia. No i dość szybko znalazł dwóch panów na wspomnianym bazarze, którzy oferowali po okazyjnej cenie indyka, który spełniał jego wymagania. Za 50 zeta, w całości tylko bez pazurków i łba oczywiście. I nabył. 
Nawet ze trzy razy nabył i przywlókł był tę padlinę do domu, rozporcjowywał, z części przyrządzał z namaszczeniem pyszną pożywną zupę, a część zamrażał.

Bardzo byłam dumna z Ojca, niemal tak samo jak on sam z siebie. Bo jak wracałam w niedzielne popołudnie z długiego wybiegania (taki trening 20+) to Ojciec mi tę zupę gorącą serwował i tylko z uśmiechem patrzył jak mlaskam. 

A potem przyszła błogosławiona Danuta. I pochwaliłam Ojca za ekologiczną zupę z ekologicznego indyka a on sam dodał, że te indyki to są tak bardzo ekologiczne i szczęśliwe, że nawet nie mają szabel w udkach. Wiecie o co chodzi c'nie? Takie upierdliwe łykowate coś w dolnej części ud zwanej dżojstikiem.

I w tym momencie Danuta się zadumała... Indyk bez szabel? No way!

Poszła więc kolejnej soboty na bazar, znalazła handlarzy ekologicznym drobiem i zaczęła zadawać podchwytliwe khem... pytania i wnet się okazało, że ten indyk to bardziej kogut wyrośnięty jest. I w sumie nie byłoby krzywdy gdyby nie to, że skoro taki byk to raczej nie ekologiczny... Panowie nawet nie dyskutowali ze starszą, dziarską i bojowo nastawioną panią. Indyka nie bronili bo generalnie chyba nawet nie wiedzieli jak. Ot, trafił im się w mieście chowany Ojciec, który łyknął koguta jako indyka. Nie pierwszy łoś i nie ostatni...

Zdemaskowany indyk

A Młoda pomyślała sobie, że może warto trochę urozmaicić święta Wielkanocne i zapodała zapalenie płuc. A co się będzie rozdrabniać. Już w sobotę zaczęła kasłać, wieczorem gorączkować a w niedzielę to już leżała przy stole. Dosłownie, na kanapie, jak królowa. Dobrze, że akurat święta u nas to zostaliśmy w domu, prawda.
A że gorączki nie dało się za bardzo zbić i zatrzymała się na 39 to zdecydowaliśmy, że trzeba do jakiego białego fartucha się udać. Ojciec koło 18 odwiózł gości do domów i miał się zorientować czy nasza pobliska nocna opieka lekarska to działa czy to tylko kit. No działa ale w budynku z remontem i Ojciec szybko stwierdził, że nie bardzo jest jak dojechać wózkiem. Zaczął więc molestować lekarza o wizytę domową na co lekarz - młody fartuch, bardzo młody - że nie może jechac bo zostawi całą dzielnicę bez opieki itd. Na szczęście argument z rusztowaniami i brakiem dostępu jakoś go przekonał i dał się łaskawie zaprosić do samochodu. 

I muszę mu oddać, że przejęty, zaangażowany, trochę wystraszony bo nie pediatra a tu na dodatek "trudny pacjent", nawet do koleżanki zadzwonił (niedziela świąteczna!) bo nie mógł sobie poradzić z dawką antybiotyku ale niestety nawet we dwoje nie dali rady bo okazało się, że wydumali dawkę jak dla kota... 
- Jakby nie było poprawy do rana to trzeba do szpitala - rzekł był patrząc mi wyczekująco w oczy.
- Nie przestraszy mnie pan, spoko - odpowiadam z uśmiechem. Pff, szpital, wielkie mecyje. Po zeszłym roku taka wiadomość nie robi na mnie żadnego wrażenia.

Ciastem nie chciał się poczęstować, stwierdził też, że musi wrócić do biegania. Acha. Pewnie zarejestrował moje medale wiszące na ścianie :D

A we wtorek musiałyśmy zweryfikować jego diagnozę u naszej pani doktor bo poprawa była marna. W tym celu zwlekłyśmy się na deszcz i słotę, przy czym że deszcz to się zorientowałam dopiero na dole klatki schodowej. To musiałam wrócić po daszek do wózka. Młoda została na dole w wiatrołapie. Potem dziarskim krokiem ruszyłam ale w połowie drogi (jakieś 500 metrów) ponownie zorientowałam się, że nie pamiętam nazwy przepisanego antybiotyku. Informacja jakby kluczowa... więc zawróciłam i biegiem ruszyłam z powrotem do wiatrołapu. Młoda została na dole ja poleciałam na górę po antybiotyk. Następnie znów ruszyłyśmy w deszczu biegiem bo nam się czas skurczył... Na miejscu nie byłam pewna czy jestem mokra bardziej z zewnątrz czy od wewnątrz. Swoją drogą jeśli ktoś obserwował okolicę z okna to miał zagwozdkę.

I co Wam jeszcze powiem. Siedzimy w domu. Kisimy się. Młoda jak zwykle słabo wychodzi z infekcji z przyczyn obiektywnych. Ja nie mogę biegać z przyczyn... chyba też obiektywnych pt. STAROŚĆ. I doprowadza mnie to do histerii. Ale to już inna opowieść.

sobota, 22 sierpnia 2015

home alone

Trochę się działo ale jakoś nie miałam melodii do pisania. No to sprawozdawczo:

Po pierwsze - Młoda obcięła warkole! To było spore wydarzenie emocjonalne bo ostatni raz tak krótkie włosy Aga miała w wieku 2 lat z tym, że wtedy jeszcze w lokach.
Już od dawna Ojciec nalegał na skrócenie włosów w celu sprawniejszej ich pielęgnacji ale chyba nie miał na myśli tak drastycznej zmiany. Ja też nie, ale na fejsiku jedna z rettowych mam pokazała zdjęcia swojej 9-letniej córki, która z okazji urodzin obcięła swój warkocz i podarowała go Fundacji Rak'n'Roll w ramach akcji Daj włos i pomyślałam sobie, że szkoda byłoby tak ciąć po kawałku takie włosy i wyrzucać do śmieci...


I postanowiłyśmy pójść na całość i obciąć minimum 25 cm warkocza, żeby komuś te włosy mogły służyć. Umówiłam wizytę u mojej pani fryzjerki na dzień wyjazdu na Banderozę. Zrobimy Ojcu suprajs!
Rozmawiałam wcześniej z Młodą o tym co będzie się działo, po co i dlaczego. Umówmy się, że nie miała zbyt wiele do powiedzenia ale kiedy opowiadałam jej, że w ten sposób ona też może komuś pomóc i że jakaś pani, która straciła swoje włosy bo jest chora jak nasza babcia będzie mogła nosić jej włosy... pojawił się szeroki uśmiech. Jest aprobata, jest dobrze.

W salonie ogromne  emocje. Młoda aż cała chodzi a pani Danusia widzę, że choć nadrabia miną to czuje się odrobinę nieswojo mając taką klientkę na swoim fotelu. Cały czas upewnia się czy "ona się nie denerwuje" i czy "wszystko w porządku". Mówię, że nic się nie dzieje, że to tylko emocje ale sama jestem zdenerwowana i już cała mokra. Włosy zostały podzielone na trzy warkocze i kiedy słyszę pierwszy chlast nożyczkami prawie dostaję zawału - matko netowo, za krótko! Miało być do ramion ale dziewczyna się odchyliła do tyłu, my rozemocjonowane i poooooszło! No cóż, wyszło 35 cm i fryzura nie dająca się złapać w kucyk. Trza się będzie nauczyć nowych, odlotowych fryzur....




I pojechałyśmy na Banderozę. Się uczyć tych fryzur. Bo nic oprócz dogorywania na tarasie w te afrykańskie upały robić się nie dało. Ojcu nowy look się spodobał choć z pewną dozą nieśmiałości myślał o czekających go dwutygodniowych wakacjach we dwoje z córką i jej fryzurą wymagającą przecież codziennego odświeżania.

A na Banderozie to co. Nudy na pudy. Pierwszy raz byłyśmy same samiuteńkie bo babcia przecież w szpitalu. A tu jakaś wymiana słupów na wsi, kopanie rowów i zakopywanie kabli. Rozorali mi całe podwórko a że ziemia tam mocno piaszczysta z bonusem w postaci wiecznej suszy to nie wiem kiedy to znowu zarośnie trawą. Na razie mamy jedną wielką piaskownicę, wymarzone podłoże do jeżdżenia wózkiem prawda.

Przed wyjazdem zaopatrzyłam się w baterię ratunkową na wszelką wypadkowość gdyby mojej kostce znowu coś odbiło (Altacet w sprayu - bomba!) i zaczęłam szurać wczesnymi rankami. To moja ulubiona pora dnia na wakacjach - 6.30, rześkie powietrze, kogutki pieją, ptaszki śpiewają, dziewczyna słodko pochrapuje a matka idzie latać. Za godzinkę jestem z powrotem, staję sobie w drzwiach i napawam się widokiem Młodej, która wciąż pochrapuje. No po prostu uwielbiam ten moment, ten widok i tę świadomość, że skoro śpi to znaczy, że nic nie boli. Oczywiście to czy boli czy nie boli oraz czy wszystko jest w jak najlepszym porządku diagnozuję przed wyjściem. Kiedy tylko coś, cokolwiek mi się nie podoba zostaję w domu. I bilans mamy równo po połowie - na 10 dni biegałam 5, bo na początku było wszystko w porządku a potem nastały niezidentyfikowane wariacje biodrami. Czyli albo boli albo swędzi albo coś. I to "coś" jest najbliższe prawdy bo znowu żaden z baterii leków, które zabrałam ze sobą nie działa.
No cóż, chyba taka już ta nasza karma. 
Na szczęście po zmianie turnusu, którą dokonaliśmy z Ojcem - że w sensie ja do domu a on do Młodej na Banderozę, po kilku dniach epizody zniknęły. Oby na zawsze ale tak, wiem, nadzieja matką głupich.

Siedzę sobie więc sama w domu już tydzień. I pracuję, żeby nie było że tak zupełnie mam urlop od wszystkiego. I próbuję jakoś wyciągać z tych dni wolności na które tak czekam cały rok maksimum tego co się da, I nie myśleć, że dni upływają tak straszliwie szybko. 
Wymyślam sobie takie aktywności, które jestem w stanie zrealizować samotnie bo przesz samotna jestem w tym wszystkim - nikt nie chce ze mną latać!
No więc byłam w kinie. Ha! I nie wiedziałam jak się wybiera miejsce na tym śmiesznym ekraniku, w kasie przy kupnie biletu. Coś tam majstrowałam, dotykałam tych kwadracików aż mi chłopiec sprzedający pobłażliwie spoglądając podpowiedział, że wystarczy mu powiedzieć, który rząd, które miejsce... No normalnie jakbym z dziczy była ale w końcu w kinie bywam raz na rok, w drugiej połowie sierpnia, więc mogę nie pamiętać tak?
W trakcie pół godziny reklam zdążyłam się przebrać na powrót, czyli zdjąć sukienkę, wyciągnąć z plecaka i założyć skarpetki i buty do biegania oraz spakować tę kieckę i sandałki. Bo przecież nie będę wracać autobusem skoro śpieszyć się nie muszę a wieczór taki piękny... I znów okazało się, że zewsząd do mojego kurnika jest 10 km. Jakaś klątwa.

A dziś pojechałam do Danuty na rowerze i mam w nogach prawie 40 km. Oczywiście ahoj przygodo! Zgubiłam się z pińcet razy na zupełnie prostej trasie ale oj tam - dotarłam w te i nazad. No ni hu hu nie jestem na ty z orientacją.

A jutro pojadę autobusem po odbiór pakietu startowego na moją ulubioną ostatnio imprezę biegową odbywającą się cyklicznie co miesiąc w Łazienkach Królewskich po zmroku - bieg On The Run. I oczywiście wrócę biegiem. Jak pokazuje mi Google Maps będzie tego niespełna 12 km, jupi! Wreszcie coś powyżej dyszki.

I tak o. Tydzień wolności za mną a ja zamiast imprezować latam po mieście jak kot z pęcherzem. Marzyłoby mi się (jak zawsze...) pójść gdzieś potańczyć ale akurat ta aktywność jest raczej niemożliwa do realizacji w pojedynkę. 
Nie mażę się, ale marzę o tym by przetańczyć choć kawałek nocy. Tak wiecie, na maksa.

środa, 5 sierpnia 2015

wakacje całkiem popiętrolone

Byłyśmy w Osieku. Tak, akurat i dokładnie w te dwa mroźne tygodnie lipca. Napisałabym - lata ale kto to wie co nas czeka. Niby teraz mamy temperatury afrykańskie ale za chwilę może się zrobić październik i co.

Bilans aktywności naszego turnusu wygląda tak:
- bieganie - sztuk trzy,
- riksza - 2,
- pływanie rowerem wodnym - 1,
- potańcówka - 1,
- pływanie wpław - ZERO,
- skakanka - ZERO,
- leżenie na kocyku - ZERO

plus jedna skręcona kostka oraz 13 ataków. Over.

Były cztery dni pogody w tym trzy na początku (bez szajby - na kocyku nie dało się poleżeć) i ten jeden ostatni, wykorzystany na pływanie rowerem, które w naszym wykonaniu wygląda przeważnie tak:




znaczy tak wygląda gdy mamy siłę napędową, bo jak nie mamy to pakujemy się z wózkiem i matka zapierdziela a nie wystawia skręcone kulasy. A bez wózka to obrazek Młodą usypia po pięciu minutach i trza ją położyć jak żula. Cóż...

Reszta to wichury i ulewy.



Matka harpagan, spragniona latania na łonie natury, od razu świtowo zaatakowała okoliczne lasy. Polatałam sobie trzy dni bo na trzeci dzień skręciłam nogę w kostce. Tę samą co w zeszłym roku. Podobno już tak jest, że jak się raz skręci to staw jest osłabiony i łatwo o kolejną kontuzję. 
I stało się. 
Ale przygoda była fajna.
To ja po krótce opowiem.
Zaplanowałam obiec jezioro Kałębie. Bo piękna traska i warto. Około 14 km, więc wstałam nieco wcześniej by mieć zapas czasowy na moje ewentualne... khem... zagubienia :D Toć zostawiam śpiące smacznie dziewczę i muszę zdążyć wrócić odpowiednio wcześnie przed śniadaniem.

Młodzież śpi smacznie i bez ekscesów więc lecę, zaczynając od zbiegu do wsi bo to najmniej przyjemny, asfaltowy kawałek. I tak gdzieś koło apteki, na trzecim kilometrze dolatuje do mnie pies. Mieszaniec wilkowaty, o taki:


Ciutkę się wystraszyłam ale co - lecę dalej, pewnie powącha i pobiegnie swoją drogą. I otóż nie, widzę że piesek postanowił się ze mną zabrać i na nic komunikaty - do domu! uciekaj! no weźże się!
Kończynami górnymi nie ma co za bardzo energicznie machać bo jednak nie wiadomo czy nie zostaną znienacka odgryzione przy samej dupie...
No to lecim, skręcamy na niebieski szlak a matka zastanawia się jak potem rozwiąże ten problem.




I tak jest pięknie wokół! Ptaszki śpiewają, słonko się budzi, żywego ducha tylko ja i Sunia (bo se sikła to się zorientowałam) i las.
Nieprawdopodobnie fajnie biegnie się w takim towarzystwie. Widuję czasami u siebie w mieście biegaczy z psami ale na smyczy, bo wiadomo. Niezbyt to komfortowe musi być choć pewnie obleci jeśli biegnie się ze swoim ulubieńcem. Natomiast pies biegnący bez smyczy, co i rusz oglądający się a w momentach gdy nie byłam pewna gdzie skręcić patrzący pytająco - no? jest decyzja? dawaj matka - lecim! Bezcenne, wspaniałe!

Do dziewiątego kilometra trochę delektowałam się tą niespodziewaną przygodą a trochę myślałam co ja zrobię potem? Przecież nie zostawię psa 3 km od domu a nie będę miała czasu sprowadzić go do wsi... 
Się coś wymyśli.

I nagle - chrup. Postawiłam krzywo nogę na leśnej ścieżce, wyryłam szczupakiem w piachu i jęknęłam z bólu. Oraz załamałam się w jednej chwili bo znałam ten ból z zeszłego roku. Skręciłam kostkę. I lipa, żaden ratownik medyczny nie przybędzie z lodem w sprayu... A do domu jeszcze 5 km...
Sunia podleciała i dawaj mnie lizać po twarzy co mnie specjalnie nie pocieszyło bo już wiedziałam, że to moja ostatnia wycieczka biegowa na tym wyjeździe. Cóż było robić - lajkonikiem trza było dotruchtać. Okazuje się, że i bez lodu się da. 


 

Psina napiła się wody z jeziora i jakoś dotarłyśmy do ośrodka, gdzie została na szczęście rozpoznana przez jedną ze sprzątających pań, która zadzwoniła do właścicielki. Żałuję ale nawet nie wiem jak się moja towarzyszka wabi, nie miałam czasu czekać na właściwą panią, która podobno też biega i pewnie dlatego Sunia tak ochoczo się ze mną zabrała. Sztuka jest sztuka - ta pani czy inna, nie ważne, byleby pobiegać :)

Po tych trzech dniach nastąpił pogodowy armagedon, chyba żeby mi nie było przykro, że nie mogę biegać ani jeździć na rowerze. Karnie chodziłam na zabiegi krioterapii - raz na bazę zabiegową a raz moczyć nogi do jeziora, które bardzo mi pomogły ale i tak obsługa niechodzącej nastolatki w tej sytuacji nie była najłatwiejsza. No cóż, powinnam przywyknąć, w końcu to drugi raz a tym razem miałam przynajmniej to krio.

A skoro o nastolatce mowa. Pamiętając zeszłoroczne przeboje z zaparciami (wszyscy okazuje się pamiętają bo tuż po przyjeździe pewna starsza pani przywitała nas tekstem - o dzień dobry! miło was widzieć! jak Agnieszka? jak kupa?...) zaopatrzyłam się w różnorodną baterię zapobiegawczą godną pułku wojska. Na szczęście nie była potrzebna bo niejaki Forlax zażywany regularnie robi robotę. Oraz tym razem postanowiłam nie nabywać wody w butelkach do picia tylko tak jak w domu - przegotowywać tę z kranu. I git, nie rozwijając zbytnio tematu powiem - no problem.

Ale przesz nie może być za nudno c'nie? My po prostu musimy mieć jakąś jazdę, choćby malutką. Tym razem była całkiem spora no bo wystawcie to sobie - zwariowana, zmieniająca się burzowa pogoda + pełnia księżyca + miesiączka... I mamy atrakcję w postaci dwóch dni ataków w seriach co trzy godziny. Nice. 

Ale udało nam się jednak te dwa razy przejechać na rowerze, o tak:


Oraz pospacerować i pograć w bule 


I pobyć razem. Jak matka z córką. Pogadać, pośpiewać, poczytać, pobarłożyć - porobić wszystkie te tegesy, które lubimy. I widziałam, że Młoda kiedy nie męczyły jej te cholerne ataki i trzęsiawki była błogo zadowolona. Mniej więcej z taką miną jak poniżej - błogi uśmiech.


A w międzyczasie odwiedziły nas jak co roku nasze koleżanki po fachu czyli Hania z Karolinką, a nawet dwie nówki sztuki - Aneta z Tatianką. Fajne to było spotkanie i niezmiennie jestem w szoku jak całkiem nieznajome, pierwszy raz spotkane osoby mogą się wydawać bliskie już na pierwszym spotkaniu. Świetne dziewczyny!



A teraz szykujemy się na wyjazd na działkę. W te afrykańskie upały. Może tym razem trochę pojeździmy na rikszy, trochę polatam, poskaczę na skakance. No chyba, że znowu coś skręcę albo wydarzy się inny kataklizm (tfu tfu!!), co by jednakowoż nie zrobiło już na mnie większego wrażenia...

Ps.
Ojciec pobiera codziennie garstkę leków i czuje się dobrze. Bark napierdziela, bez zmian.

Ps2.
Danuta w szpitalu rozpoczęła trzeci tydzień. Wszystko było dobrze (nie odczuwała żadnych skutków naświetlania czy chemii) do wczoraj kiedy to dostała 40-stopniowej gorączki i straciła kontakt ze światem. Nie wiedziała kim jest i gdzie jest. Do tej pory nie wie, że zabrano ją na tomografię i że wyszły tam jakieś zmiany w mózgu. Póki co nie wiadomo skąd i co za jedne. 
Dopisek: Ten epizod trwał kilka godzin, po czym wszystko wróciło do normy. Tego samego dnia wieczorem byłam u niej i całkiem normalnie rozmawiałyśmy. Gdyby mi o tym nie powiedziała oraz nie złapałabym lekarza (niestety tylko dyżurnego) nie wiedziałabym, że cokolwiek było nie tak. Bałam się czy po tych dwóch tygodniach naszej nieobecności nie przestraszę się jej wyglądu ale nie, wręcz odwrotnie - zaskoczyło mnie, że wygląda ładnie, lepiej niż przed szpitalem. Tylko to miejsce jest makabrycznie przygnębiające...


czwartek, 23 lipca 2015

podobno nieszczęścia...

...chodzą parami. Ja bym powiedziała, że parami tylko w czwórkach.

Miałam tutaj posnuć kolejną opowieść ze służbą zdrowia w tle ale jakoś nie było czasu. Bo niefajne urodziny, bo wyjazd, pakowanie itd. Ale co się odwlecze to nie uciecze, tylko wydłuży prawda.

No to lecim:
Ojciec. Z początkiem roku, wtedy kiedy dopadł nas wirus a ja byłam dodatkowo w głębokiej anemii i nie było komu zwlec się z łóżka żeby zwlec z łóżka Młodą okazało się, że Ojciec ma jakieś kłopoty z sercem. Ciśnienie mu skacze, migocą przedsionki. Do szpitala wtedy nie poszedł ale zaczął brać regularnie leki przepisane przez rodzinnego z poleceniem zapisania się do kardiologa. Dopsz. Pierwszy wolny termin – 16 lipiec 2015 roku. 
Ponieważ problemy zostały ogarnięte i nastał spokój postanowiliśmy za radą znajomych sercowców obcykanych w temacie poczekać na tę wizytę bez umawiania się prywatnie. Wiadomo, że prywatnie byłoby szybciej ale jak się zacznie w ten sposób to już potem każde EKG i inne cuda są również płatne.

Nadszedł więc 16 lipiec, nawet się człowiek nie obejrzał. Ojciec poszedł na umówioną wizytę i zaraz wrócił – pan doktor na zwolnieniu, kolejny termin na styczeń. Kurtyna. A ponieważ akurat siedzi na zwolnieniu bo wypiętrolił się na rowerze (o tym zaraz) to postanowił przysiąść i porządnie obdzwonić wszystkie możliwe miejsca, w tym szpitale. W pięciu z ośmiu miejsc nikt telefonu przez cały roboczy dzień nie odebrał, w kolejnych terminy chore jak u naszego chorowitego doktorka. Czyli albo trza się uchlać i paść na ulicy – wtedy obsługa natychmiastowa gwarantowana albo czas rozejrzeć się za prywatnym kardiologiem.

A teraz druga historia, również w temacie. Prawie trzy tygodnie temu Ojciec wracając z pracy na rowerze – dzień jak co dzień – wjechał z impetem na świeżo położoną kostkę wysypaną piaseczkiem i wyrypał się centralnie przez kierownik. Upadł na łokieć i bark, prawy. Łokieć zdarł i wyhodował na nim strup wielkości dłoni a bark jak zaczął boleć tak nie przestaje do dziś. To był piątek, w poniedziałek poszedł do lekarza bo ręki nie idzie podnieść na wysokość łokcia (a co dopiero podnieść Młodą – tak tylko nieśmiało zauważam swój, przylegający do historii problem) a tam luksus – proszę zejść na dół na RTG. Wow! Tak z marszu? Tak w tym samym budynku? Nieeemooożliweee… Możliwe, ale opis będzie w piątek bo lekarz czeka aż się zbierze stosik, przyjeżdża raz w tygodniu, w czwartek i opisuje hurtem. Co się będzie fatygował do każdego zdjęcia, heh.

Złamania nie ma, okazało się w piątek ale ból jest. Trza do chirurga. Chirurg pomacał, wywiad zrobił i stwierdził, że jednak to nie jego działka, trza do ortopedy. Kilka telefonów i już wiadomo, że w jednym miejscu terminy na grudzień a w drugim na maj, 2016… No to zostaje ostry dyżur. Tam jakoś udało się uprosić panie z rejestracji, które dokonują pierwszej weryfikacji i dostać do lekarza. Któren rzekł, że nic nie pomoże i trzeba problem przeczekać. Bo albo zerwany naczep mięśnia albo coś w ten deseń. Poboli i może przestanie. Może.

Chwilowo zmienimy teraz bohatera opowieści, bez zbytniej zmiany tła bo okazuje się, że my wszyscy takie jakieś sieroty co to lubimy sobie od czasu do czasu coś zrobić, skręcić, przetrącić…
Jesteśmy z Młodą na turnusie od niedzieli. W starym dobrym Osieku, choć w tym roku miałyśmy być nad morzem. Ale cóż, do ostatniej chwili nie wiadomo było co z Danutą i czy w ogóle gdzieś wyjedziemy a ośrodek nadmorski życzył sobie podpisywać umowy i wpłacać zaliczki dużo wcześniej. Jesteśmy więc na starych śmieciach, które jednakowoż bardzo lubimy i czujemy się tu jak w domu. Czyli stara rutyna – matka wstaje o świcie i idzie latać, córuś smacznie śpi do śniadanka. Potem ogarniamy całą resztę ale dla mnie najważniejszy jest ten poranny moment samotnego latania po lesie (a nie klepanie dusznego asfaltu w mieście), to jest moja najfajniejsza pora dnia, mimo że w ciągu roku nikt nie jest w stanie zmusić mnie do latania o 6 czy 7 rano. 

Pierwsze dwa dni jak z płatka – wszystko gra jak w zegarku, Młoda śpi tak smacznie że aż mi się gęba śmieje, nic nie boli, za przeproszeniem kupa jest (nasza zmora z lat poprzednich), wracam, prysznic, lecę po śniadanko, wracam i budzę Młodą, która wita mnie błogim uśmiechem. Cudo. Trzeciego dnia postanawiam wyruszyć na dłuższą wycieczkę, wokół jeziora, więc wychodzę trochę wcześniej żeby mieć zapas czasowy w razie czego. A konkretnie w razie gdybym zabłądziła w lesie do czego mam wielki talent. Na trzecim kilometrze, we wsi, dołącza do mnie pies, który nijak nie daje się odgonić. Okazuje się, że to niezwykle przyjazna suczka rasy kundel – jakiś taki wilkowaty. Cóż miałam zrobić, toć nie wezmę kija i nie pogonię bo jeszcze mnie miły piesek zje, bo to wiadomo? Leciałyśmy więc sobie razem, prawdę mówiąc bardzo fajne takie bieganie z psem, aż na dziewiątym kilometrze źle postawiłam nogę na leśnej ścieżce i ją sobie ordynarnie skręciłam. Oraz wywinęłam orła zdzierając kolano i sprawdzając stan tutejszego piachu. To ta sama kostka, którą skręciłam w zeszłym roku na Biegnij Warszawo. Siadłam tak jak leżałam i chciało mi się płakać. Psina doleciała, pocieszała mnie wilgotnym jęzorem a ja nie wiedziałam jak tu teraz wrócić do domu. Zostało jeszcze 5 km. Jakoś doleciałam bo wyjścia nie było ale noga spuchła i boli…

I teraz jest już po bieganiu, po jeżdżeniu na rikszy i po wakacjach. Chodzę na krioterapię, okładam zmrożonymi ręcznikami oraz smaruję Altacetem ale generalnie powinnam tę nogę oszczędzać a tu nie ma jak – jest Młoda do dźwigania. Powtórka z rozrywki, pieprzone deja vu.

Poza tym właśnie przed godziną dostałam od Ojca wiadomość, że siedzi w poczekalni przychodni nocnej i czeka na karetkę. Bo ma mocno wysokie ciśnienie, serce mu szaleje i niestety po tabletkach jakie mu tam zaserwowali nic się nie zmieniło. Założyli mu więc wenflon i pewnie pojechał już do szpitala.

A Młoda postanowiła przypomnieć, że ona też potrafi dokazywać i zaczęła wierzgać sygnalizując jakiś ból. Tym razem to był ból bo najsampierw zaaplikowałam wszelkie maści dowcipne i nic. Pomóżdżyłam więc chwilę i postawiłam na bóle przedmiesiączkowe i zapodałam Apap, na szczęście pomógł. Wiecie, że ja czasami mam ochotę naprawdę walnąć baranka w ścianę.

Ps. Dobra wiadomość jest taka, że Danuta od poniedziałku jest w szpitalu, ma naświetlania a nawet wzięła pierwszą chemię i wcale jej to nie obeszło. Żadnych sensacji. Oby tak do samego końca, czyli jeszcze pięć tygodni.


Ps 2. Chyba jestem gotowa przyjmować zakłady, że ja we wrześniu na tę operację to jednak nie dam rady pójść.

piątek, 17 lipca 2015

siedemnastka

To były najgorsze urodziny Młodej ever. 
Wystrojona i wyczesana pojechała z kolorowym tortem pod pachą do szkoły by tam świętować a zamiast świętowania było atakowanie przez cały dzień. Osiem ataków. Się ubawiła dziewczyna.
Właściwie nie ma o czym pisać, więc może parę zdjęć...

Fryz

Lans

Tort przed

Tort w trakcie

Jubilatka


A potem wcale nie było lepiej. Urodziny w szkole odbyły się w czwartek a w piątek pojechaliśmy na Banderozę co by świętować w gronie rodzinnym. Albowiem pomyślałam sobie (o naiwności!), że lepiej na świeżym powietrzu niż w naszym ciasnym kurniku. Zaproszeni goście (chrzestni z przyległościami) mieli dojechać w sobotę a my z Błogosławioną coś tam miałyśmy jeszcze przygotować w garach.

Tylko, że nie wzięłam pod uwagę działkowego zacięcia Danuty (oraz jej nieznośnego wręcz perfekcjonizmu), która jak wiadomo w tym roku nie miała szansy dopieścić rabatek... A my, dla odmiany pozbawieni owego zacięcia oraz bardzo ograniczeni czasowo, skosiliśmy tylko trawę ze dwa tygodnie temu...
Słowem - Danuta wpadła w histerię. Najpierw odmówiła spaceru po obejściu co już było bardzo złym sygnałem, po czym na wysokich tonach z pretensją wyrzuciła z siebie, że ona by na taką działkę gości nie zaprosiła.
I już miałam dość tej całej imprezki.
Nie spałyśmy z Młodą od środy a w sobotę o 7.20 rano rozhisteryzowana babcia zerwała nas z łóżka do pielenia. Nie wiedziałam, czy mam się brać za motykę czy mieszać w garnkach, czy może najlepiej byłoby spakować się i od razu wrócić do domu. No niestety nie jestem w stanie wytłumaczyć własnej matce, że trawa i chwasty nie są najważniejszą sprawą na świecie w obliczu jej i jej wnuczki stanu zdrowia (tudzież mojego stanu psychicznego). I że wszyscy to doskonale rozumieją. A w ogóle to nikt poza nią samą nawet nie zauważy że coś jest nie halo. Ot działka, zieleń, może trochę mniej ujarzmiona niż zwykle...
Ostatecznie ze świeczkami w oczach jakoś zdążyłam popielić i ugotować, a Ojciec skosił hektar trawy. Złoty człowiek. Ja bym nie dała rady z taką teściową.

Goście przyjechali, Danuta się nie wstydziła, pojedlim, pogadalim, popilim. Szczególnie ja - gdybym nie chlapnęła jakiegoś głębszego usnęłabym przy stole.

A Młoda się trzęsła przez cały dzień i czuła się źle.
I znowu się zastanawiałam przez cały weekend - dla kogo ja to robię? Bo z pewnością nie dla Agnieszki, którą musiałam zostawić samą sobie i dolatywać do niej z doskoku żeby dać jeść czy pić. I zaraz wracać w chwasty lub do garów. Toć to nienormalne jest i nie omieszkałam tego wykrzyczeć tupiąc nóżkami z bezsilności. W końcu po kimś mam te skłonności do histerii, prawda.
Dlaczego i po co zostawiam Młodą w takim stanie (a nawet gdyby czuła się dobrze to nie zmienia postaci rzeczy) żeby zapieprzać przy jakichś chwastach? Albo gotować jakieś bzdurne posiłki dla gości, którzy i tak skubną cokolwiek ale przecież trzeba stół zastawić bo "jeszcze sobie pomyślą". No właśnie - co sobie pomyślą? Że jestem kiepską gospodynią? No jestem i co z tego? Mam to w dupie. Że zapraszamy a wyżerka cienka?

I tu pojawia się pytanie - po co zapraszamy? Komu sprawiamy przyjemność taką imprezką? Z całą pewnością mogę rzec - nie Młodej. Młoda wolałaby pohuśtać się ze mną na hamaku i poczytać książkę.
Jednakowoż ciotko-wujki o imprezkę się dopominają i nie dlatego, że jest taki fajny jubel. Mam niejasne wrażenie, że czują się w obowiązku stworzyć pozory normalności. Przyjechać z kwiatami i prezentami, złożyć życzenia, zaśpiewać "Sto lat", zrobić sobie zdjęcie z Jubilatką oraz skomplementować outfit. A że przy tym troszkę nieswojo się czują bo Młoda jak to Młoda - nawet jak ma niezły dzień nie zachowuje się tak jakby tego od niej oczekiwano a jak ma dzień z trzęsiawką to można się jej nieźle wystraszyć?
Dlatego ja doceniam starania ale są one zupełnie niepotrzebne bo my normalni nie jesteśmy i już nigdy nie będziemy. Tylko jak im to wszystko wytłumaczyć? Nie czuję się na siłach.

Ostatni raz wyprawiłam urodziny. W tym roku spróbowałam opcji "działka" i wydawało mi się, że to dobry pomysł. Bo przestrzeń, bo świeże powietrze, bo swobodnie można się ruszyć od stołu i pospacerować. Niestety nie przewidziałam (taka stara a głupia) a powinnam znając swoją matkę, że jeśli Banderoza nie jest w stanie idealnym to gości się na nią nie zaprasza...

W przyszłym roku, jeśli doczekamy, na osiemnastkę jedziemy na Seszele i przyjmujemy życzenia przez telefon.
A w tym, skoro już urodziny się odbyły to jedziemy do naszego Osieka i jeszcze chyba nigdy tak bardzo nie potrzebowałam tego wyjazdu jak tym razem. Rok był bardzo ciężki - szpitale, mama a na dodatek Ojciec dwa tygodnie temu miał wypadek na rowerze i jest wyłączony z fizycznej opieki nad Młodą. Ale to już kolejna, długa i frustrująca historia z naszą wspaniałą służbą zdrowia w tle. Może następnym razem...


poniedziałek, 29 czerwca 2015

żyję, żyję

Znowu zostałam pogoniona do roboty, znaczy do pisania. Wstyd mi. Ostatnio dużo się dzieje i nie wiem od czego zacząć. To ja może tak w punktach.

Młoda.
Ostatni tydzień szkoły spędziła w domu, na antybiotyku. Coś ostatnio za dużo tego chorowania. I ja wiem, że migdały były cięte z innego powodu ale mogłyby też pomóc na te przeziębienia co? A tu jakby wręcz odwrotnie. No i nie udało nam się wyprawić urodzin w klasie, ze swoimi ziomalami i nauczycielami. Będą ogólnoszkolne, w dniu urodzin.
Udało nam się za to być na zakończeniu roku szkolnego, bo skoro Ojciec siedział na zwolnieniu (u mnie w robo za dużo się teraz dzieje) to i ja się ciut urwałam z pracy i pojechaliśmy razem autem. Ewenement. Zwykle Młoda jeździła sama. Cieszę się, fajnie wyszło bo żegnaliśmy w tym roku ulubioną wychowawczynię Agi, która przenosi się z całym swoim życiem do nowo wybudowanej filii szkoły w Wawrze. Szkoda... Agnieszka była z nią bardzo związana.
W szkole spotkałam swoją wieloletnią podopieczną z Poradni, której mocno rekomendowałam tę szkołę. Fajnie tak zobaczyć co się dzieje z "moimi" dziećmi, które wypuściłam spod swoich skrzydeł z zajęć Wczesnego Wspomagania Rozwoju. Ta dziewuszka przyszła do nas kiedy jeszcze nie umiała chodzić a teraz to już panienka, która wzrostem dogania swoją mamę. Łezka się w oku kręci, choć to było jedno z moich najtrudniejszych dzieci. 

A Młoda niestety wciąż atakuje mimo, że samowolnie podniosłam jej dawkę jednego leku. Czysta desperacja. Z soboty na niedzielę nie spałyśmy do godziny 6.30 rano. Nie mogłam opanować tej cholernej trzęsiawki. Ja wiem, że moje dziecko już dawno ma określoną jednostkę chorobową a jednak wciąż mam wrażenie, że głównie dolega jej nadwrażliwość na pogodę tudzież pełnię księżyca. Dajcie spokój, to co się dzieje z naszą pogodą to jest jakiś koszmar. Maj był beznadziejny, czerwiec nie lepszy. Od kilku dni u nas zbiera się na burzę, która nie nadchodzi i dziecko mi wariuje.

Całe szczęście koniec roku szkolnego u nas nie oznacza końca szkoły - jeszcze trzy tygodnie letnich zajęć przed nami. Jupi!

Dla poprawy nastroju foto fryzury w wersji szkolnej oraz bardziej zaawansowanej wakacyjnej:

   




Mama.
Najgorsze przypuszczenia się potwierdziły - jest raczysko. Gruczolak przewodu żółciowego. Podobno wycięty w całości ale teraz czeka ją 6 tygodni naświetlania, potem chemia.
Bardzo źle wygląda, schudła, pomarszczyła się, zapadły jej się oczy. Jakoś się ogarnęła i mimo zagubienia chyba ma ochotę zawalczyć. Stosuje się do wszystkich wskazówek dotyczących diety (naruszyli jej trzustkę więc teraz ma dodatkowo problemy z cukrem) i choć ma wilczy apetyt to wiele potraw przestało jej smakować - wszystko jest za słodkie, nawet banany. Jednak musi jeść, musi się odżywić i wzmocnić bo czeka ją ta cholerna chemia.
Jestem załamana tym wszystkim bo niespecjalnie mogę jej pomóc. Chciałabym jeździć z nią na te wizyty, te naświetlania ale jak to zrobić z Agą pod pachą? Wypisałam się z turnusu rehabilitacyjnego nad morzem bo nie było wiadomo jak to się wszystko potoczy ale jednak chyba pojedziemy do Osieka bo też szkoda mi Młodej, żeby siedziała zamknięta w wakacje w domu skoro i tak nie możemy pomóc Danucie. Całe szczęście jest jeszcze jej przyjaciółka a moja matka chrzestna, która zobowiązała się z nią jeździć. Sama przeszła tę drogę 30 lat temu...

Ja.
No cóż, byłam na tych Wulkanach i było nieprawdopodobnie zajebiście. Taki mocny radosny akcent na zakończenie mojej kariery biegacza na jakiś bliżej nieokreślony czas. Oczywiście będę sobie latać po polach i lasach przez wakacje do września, może nawet polecę jeszcze w dwóch imprezach biegowych - marzy mi się Pogoń za Bobrem nad Wigrami oraz Półmaraton Praski pod koniec sierpnia ale czy się uda nie wiem. Wigry mocno niepewne ze względu na to, że to impreza wyjazdowa i nie wiem czy nie będę potrzebna Danucie. Półmaraton zależy od mojej kondycji i zdrowia a potem we wrześniu żegnaj bieganie... Nie wiem ile trzeba odczekać po operacji, mam nadzieję że nie dłużej niż do końca roku. 

Ale wracając do Wulkanów. Po pierwsze ekipa Morsów Poznań jest przemocna - kupa pozytywnie zakręconych wariatów, dawno z nikim tak się nie śmiałam, dawno w żadną grupę nie weszłam tak miękko jak w masło. Jakbyśmy się znali od wielu lat. To oczywiście moje wrażenia ale mam nadzieję że tak jak ja ich polubiłam tak oni polubili mnie. Dochodzą mnie słuchy że to całkiem możliwe - piwo za moje zdrowie wypili w sobotę! 
Po drugie ogromnie doceniam to niezwykłe uczucie bycia częścią biegowej grupy, która razem jedzie na bieg, ekscytuje się nim a potem w drodze powrotnej rozkminia go na wszelkie możliwe sposoby, wymienia się opowieściami z trasy, ciągnie kabla ze wszystkiego co tylko możliwe. I to są ludzie mniej więcej w moim wieku czyli nie tylko ja mam tak idiotyczny kryzys wieku średniego :D 
To szczególnie ważne na takim biegu jak ten - z przeszkodami, z błotem, bagnem, skakaniem po autach, wspinaniem się na czworaka po niemal pionowych ubłoconych ścianach wygasłych wulkanów bo emocje buchają każdym porem ciała i po prostu musisz podzielić się swoimi wrażeniami. Musisz pokazać wszystkie swoje siniaki i krwawiące łokcie i piszczele, opowiedzieć co cię spotkało na trasie, ile razy lądowałaś w błocie z pełnym zanurzeniem, jak nie mogłaś wtarabanić się na kręgi słomy, jak jęczały kostki wykrzywione w nienaturalny sposób przy zbieganiu z góry, jak szłaś wąską ścieżynką w polu wysokich pokrzyw, jak zjeżdżałaś na dupie po błocku i kto pomógł ci przeskoczyć ciężarówkę. I jakiego miałaś banana na twarzy przez cały ten ześwirowany bieg, oprócz obłędu w oczach. Jeśli nie masz w zasięgu ręki kogoś kto przeżył to razem z tobą to zamęczysz opowieściami swoje otoczenie. Ja miałam całą drogę powrotną ze Złotoryi do Poznania na opowieści dziwnej treści ale i tak zamęczyłam rodzinę oraz kto mi się tylko nawinął w pracy i nie zwiał :D
Cały tydzień żyłam tym szaleństwem!
I jeszcze żyję.
Wpisuję Wulkany do mojego stałego grafiku imprez biegowych. Będę jeździć do Złotoryi przez Poznań co roku, jeśli tylko zdrowie (moje lub bliskich) mi na to pozwoli. 

Paczajcie na matkę wariatkę:

 Przed startem było trzęsidupstwo ze strachu ale było też zaklinanie mocy :P


Banan na twarzy od początku do końca. Tu jeszcze jestem czysta i widać piękny czerwony kolor moich zakupionych specjalnie na ten bieg ogrodniczych rękawiczek.


Pierwsza i nie ostatnia woda!


 Ostatnie, ale nie pierwsze, błoto :D


Właśnie wyleciałam z lasu, po pokonaniu ostatniego wulkanu


 Takie tam SPA...



To już prawie koniec, ostatnie przeszkody pokonywałam właściwie na autopilocie


 Jest meta, jest medal, jest woda pitna!


 Ciuchy potraktowane szlauchem


Oraz hasło dnia poprzedniego, z wyjścia na piwerko :) Jedynie dla kurażu ofkors!

Biegaliśmy w większości po takich chaszczach, że nasi fotografowie nie mieli niestety szansy nas uwiecznić. Żeby poczuć choć trochę atmosferę tej imprezy trzeba obejrzeć filmik. Okazuje się, że nawet się załapałam! W niezbyt szczęśliwych okolicznościach i nie wiem czy powinnam się tym chwalić ale co mi tam! Toć wiadomo, że miszczem świata nie jestem i już nie będę a te kręgi słomy takie jakieś kurde wysokie i nieporęczne :P



Dopisane:
Kasia! Ty wiesz co nie?... :D Kocham Ciebie i Twoje myszy :D