...chodzą parami. Ja bym powiedziała, że parami tylko w
czwórkach.
Miałam tutaj posnuć kolejną opowieść ze służbą zdrowia w tle ale jakoś nie
było czasu. Bo niefajne urodziny, bo wyjazd, pakowanie itd. Ale co się odwlecze
to nie uciecze, tylko wydłuży prawda.
No to lecim:
Ojciec. Z początkiem roku, wtedy kiedy dopadł nas wirus a ja byłam dodatkowo w
głębokiej anemii i nie było komu zwlec się z łóżka żeby zwlec z łóżka Młodą
okazało się, że Ojciec ma jakieś kłopoty z sercem. Ciśnienie mu skacze, migocą
przedsionki. Do szpitala wtedy nie poszedł ale zaczął brać regularnie leki
przepisane przez rodzinnego z poleceniem zapisania się do kardiologa. Dopsz.
Pierwszy wolny termin – 16 lipiec 2015 roku.
Ponieważ problemy zostały
ogarnięte i nastał spokój postanowiliśmy za radą znajomych sercowców obcykanych
w temacie poczekać na tę wizytę bez umawiania się prywatnie. Wiadomo, że
prywatnie byłoby szybciej ale jak się zacznie w ten sposób to już potem każde
EKG i inne cuda są również płatne.
Nadszedł więc 16 lipiec, nawet się człowiek nie obejrzał. Ojciec poszedł na
umówioną wizytę i zaraz wrócił – pan doktor na zwolnieniu, kolejny termin na
styczeń. Kurtyna. A ponieważ akurat siedzi na zwolnieniu bo wypiętrolił się na
rowerze (o tym zaraz) to postanowił przysiąść i porządnie obdzwonić wszystkie
możliwe miejsca, w tym szpitale. W pięciu z ośmiu miejsc nikt telefonu przez
cały roboczy dzień nie odebrał, w kolejnych terminy chore jak u naszego
chorowitego doktorka. Czyli albo trza się uchlać i paść na ulicy – wtedy obsługa
natychmiastowa gwarantowana albo czas rozejrzeć się za prywatnym kardiologiem.
A teraz druga historia, również w temacie. Prawie trzy tygodnie temu Ojciec
wracając z pracy na rowerze – dzień jak co dzień – wjechał z impetem na świeżo
położoną kostkę wysypaną piaseczkiem i wyrypał się centralnie przez kierownik. Upadł
na łokieć i bark, prawy. Łokieć zdarł i wyhodował na nim strup wielkości dłoni
a bark jak zaczął boleć tak nie przestaje do dziś. To był piątek, w
poniedziałek poszedł do lekarza bo ręki nie idzie podnieść na wysokość łokcia
(a co dopiero podnieść Młodą – tak tylko nieśmiało zauważam swój, przylegający
do historii problem) a tam luksus – proszę zejść na dół na RTG. Wow! Tak z
marszu? Tak w tym samym budynku? Nieeemooożliweee… Możliwe, ale opis będzie w
piątek bo lekarz czeka aż się zbierze stosik, przyjeżdża raz w tygodniu, w
czwartek i opisuje hurtem. Co się będzie fatygował do każdego zdjęcia, heh.
Złamania nie ma, okazało się w piątek ale ból jest. Trza do chirurga.
Chirurg pomacał, wywiad zrobił i stwierdził, że jednak to nie jego działka,
trza do ortopedy. Kilka telefonów i już wiadomo, że w jednym miejscu terminy na
grudzień a w drugim na maj, 2016… No to zostaje ostry dyżur. Tam jakoś udało
się uprosić panie z rejestracji, które dokonują pierwszej weryfikacji i dostać
do lekarza. Któren rzekł, że nic nie pomoże i trzeba problem przeczekać. Bo
albo zerwany naczep mięśnia albo coś w ten deseń. Poboli i może przestanie.
Może.
Chwilowo zmienimy teraz bohatera opowieści, bez zbytniej zmiany tła bo
okazuje się, że my wszyscy takie jakieś sieroty co to lubimy sobie od czasu do
czasu coś zrobić, skręcić, przetrącić…
Jesteśmy z Młodą na turnusie od niedzieli. W starym dobrym Osieku, choć w
tym roku miałyśmy być nad morzem. Ale cóż, do ostatniej chwili nie wiadomo było
co z Danutą i czy w ogóle gdzieś wyjedziemy a ośrodek nadmorski życzył sobie
podpisywać umowy i wpłacać zaliczki dużo wcześniej. Jesteśmy więc na starych
śmieciach, które jednakowoż bardzo lubimy i czujemy się tu jak w domu. Czyli
stara rutyna – matka wstaje o świcie i idzie latać, córuś smacznie śpi do
śniadanka. Potem ogarniamy całą resztę ale dla mnie najważniejszy jest ten
poranny moment samotnego latania po lesie (a nie klepanie dusznego asfaltu w
mieście), to jest moja najfajniejsza pora dnia, mimo że w ciągu roku nikt nie
jest w stanie zmusić mnie do latania o 6 czy 7 rano.
Pierwsze dwa dni jak z
płatka – wszystko gra jak w zegarku, Młoda śpi tak smacznie że aż mi się gęba
śmieje, nic nie boli, za przeproszeniem kupa jest (nasza zmora z lat
poprzednich), wracam, prysznic, lecę po śniadanko, wracam i budzę Młodą, która
wita mnie błogim uśmiechem. Cudo. Trzeciego dnia postanawiam wyruszyć na
dłuższą wycieczkę, wokół jeziora, więc wychodzę trochę wcześniej żeby mieć
zapas czasowy w razie czego. A konkretnie w razie gdybym zabłądziła w lesie do
czego mam wielki talent. Na trzecim kilometrze, we wsi, dołącza do mnie pies,
który nijak nie daje się odgonić. Okazuje się, że to niezwykle przyjazna suczka
rasy kundel – jakiś taki wilkowaty. Cóż miałam zrobić, toć nie wezmę kija i nie
pogonię bo jeszcze mnie miły piesek zje, bo to wiadomo? Leciałyśmy więc sobie
razem, prawdę mówiąc bardzo fajne takie bieganie z psem, aż na dziewiątym
kilometrze źle postawiłam nogę na leśnej ścieżce i ją sobie ordynarnie
skręciłam. Oraz wywinęłam orła zdzierając kolano i sprawdzając stan tutejszego
piachu. To ta sama kostka, którą skręciłam w zeszłym roku na Biegnij Warszawo. Siadłam
tak jak leżałam i chciało mi się płakać. Psina doleciała, pocieszała mnie
wilgotnym jęzorem a ja nie wiedziałam jak tu teraz wrócić do domu. Zostało
jeszcze 5 km .
Jakoś doleciałam bo wyjścia nie było ale noga spuchła i boli…
I teraz jest już po bieganiu, po jeżdżeniu na rikszy i po wakacjach. Chodzę
na krioterapię, okładam zmrożonymi ręcznikami oraz smaruję Altacetem ale
generalnie powinnam tę nogę oszczędzać a tu nie ma jak – jest Młoda do
dźwigania. Powtórka z rozrywki, pieprzone deja vu.
Poza tym właśnie przed godziną dostałam od Ojca wiadomość, że siedzi w
poczekalni przychodni nocnej i czeka na karetkę. Bo ma mocno wysokie ciśnienie,
serce mu szaleje i niestety po tabletkach jakie mu tam zaserwowali nic się nie
zmieniło. Założyli mu więc wenflon i pewnie pojechał już do szpitala.
A Młoda postanowiła przypomnieć, że ona też potrafi dokazywać i zaczęła
wierzgać sygnalizując jakiś ból. Tym razem to był ból bo najsampierw
zaaplikowałam wszelkie maści dowcipne i nic. Pomóżdżyłam więc chwilę i
postawiłam na bóle przedmiesiączkowe i zapodałam Apap, na szczęście pomógł. Wiecie,
że ja czasami mam ochotę naprawdę walnąć baranka w ścianę.
Ps. Dobra wiadomość jest taka, że Danuta od poniedziałku jest w szpitalu, ma
naświetlania a nawet wzięła pierwszą chemię i wcale jej to nie obeszło. Żadnych
sensacji. Oby tak do samego końca, czyli jeszcze pięć tygodni.
Ps 2. Chyba jestem gotowa przyjmować zakłady, że ja we wrześniu na tę
operację to jednak nie dam rady pójść.
Matka, to jest jakiś kosmos.
OdpowiedzUsuńNie ogarniam czytając, a co dopiero gdybym była na Twoim miejscu!
Najchętniej bym zaklęła, ino gwizd.
Zara napiszę wiadomego mesmesa, niech się ludziska do roboty bierą.
A Ty się matka trzym.
Moje ciepłe myśli (i nie tylko) będą przy Tobie.
Przy Was.
Dla mnie to też kosmos. A za robot to zawsze jestem bardzo wdzięczna :*
UsuńDziewczyno nawet nie myśl o odkładaniu. Jak trzeba to trzeba. Zawsze coś się dzieje. Trzymam kciuki.
OdpowiedzUsuńI.
Do ostatniej chwili będę się trzymać skierowania, a co z tego wyniknie - bo ja wiem?
Usuńoj Matuchno Ty bido! Trzymaj się, całusy ślę i kciuki trzymam za Was !
OdpowiedzUsuńDzięki! Bida z nędzą a nawet z nędzOM :)
UsuńNiesamowite, że Agnieszka ma 17 lat! czytałam tego bloga, jak była mała, malutka i byłam dla Ciebie pełna podziwu.
OdpowiedzUsuńA teraz spotkanie po latach!
I Agnieszka tak duża!
Ściskam Cię mocno, Matko!
I my pozdrawiamy :)
UsuńZ Ojcem już lepiej? Pytam, bo do skoków ciśnienia mam stosunek osobisty ;) Anhela
OdpowiedzUsuńLepiej. Dostał na pogotowiu trzy różne leki a też był już prywatnie u kardio, który dodał jeszcze jeden. Normalnie garść leków, wrak człowieka :)
UsuńDżizas, to już naprawdę przesada! Ja nie wiem, ale ten 2015 to naprawdę jakiś porąbany. U mnie też niekończąca się historia, nie wiem, czy czytujesz
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam marznąc na duńskim wybrzeżu, skomentuję smażąc się we własnym, polskim pokoju (tam mnie z neta wywaliło) - to jest jakiś horror:( To się MUSI kiedyś (byle szybko) odmienić:(
OdpowiedzUsuńPrzesyłam wiadro dobrych myśli, zdrowia i wszelkich innych fluidów!!!!!!!