Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gościm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gościm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 października 2023

najdłuższe wakacje ever

Znowu minęło kilka dobrych miesięcy a ja nie miałam kiedy usiąść do napisania paru słów. Działo się :)

Zakończyłyśmy szkołę. To już naprawdę koniec. Pożegnanie było bardzo wzruszające, Aga dostała piękny kolaż ze swoich zdjęć, dyplom i świadectwo, polały się łzy, były uściski... Po oficjalnej części, klasy rozeszły się do swoich sal i tam zaczęły do nas przychodzić wycieczki. Przychodzili nauczyciele i różni terapeuci, którzy pracowali z Młodą, pożegnać się. Zdumiewające! Martwiłam się, że sobie nie poradzę w nawigacji po szkole, że nie odnajdę wszystkich, którym chciałyśmy podziękować a tu oni wszyscy przyszli do nas! Niesamowici ludzie... Tego dnia Aga była ważna, zauważona, doceniona i uhonorowana. Tyle ludzi ją żegnało, tyle osób, których ja nie znam z nią gadało...


Dwoje cudownych nauczycieli - wychowawczyni Pani Marta i Pan Marcin (prywatny, osobisty Anioł :)


A potem były urodziny! I byli goście - spodziewani i zupełnie niespodziewani z trąbkami, głośni, weseli, zwariowani :) Oprócz rzecz jasna mojego brata, bo gdzieżby tam. Jako ojciec chrzestny mógłby chociaż zadzwonić. Mógłby. 
Ale to tyle na ten temat, olać. 
Ci, którym zależy, byli obecni, a tym którym nie zależy to vice wersal!


A potem byłyśmy na wsi i to był świetny czas. Sielski, leniwy a jednocześnie bardzo aktywny dzięki naszej nowej rikszy! Nie wiem czy pisałam czy nie, ale zdecydowałam się w końcu na odświeżenie naszego podstawowego sprzętu wakacyjnego, już nieco rozklekotanego po tych 13 latach  intensywnego eksploatowania. I tym razem zamówiłam rower z napędem elektrycznym i to był strzał w dziesiątkę. Długo się wahałam i broniłam przed takim rozwiązaniem, bo ja przecież jestem sportowcem, nie idę na łatwiznę! Ale prawda jest taka, że sportowiec zaczyna niedomagać bo młodszy się nie robi. I żebym nie wiem jak zaklinała rzeczywistość, jestem coraz słabsza. Nie mogę się z tym pogodzić, bo zawsze uważałam, że będę bardzo aktywna do końca życia, że będę biegać maratony z siwą głową, że będę jak te wszystkie starsze kobitki, które spotykałam na zawodach a niektórych nie mogłam dogonić. No niestety. Albo ja jestem zbudowana z marnego materiału, albo tryb życia jaki prowadzę, mimo moich rozpaczliwych wysiłków o zachowanie w nim choć odrobiny sportu, robi ze mnie powoli jakieś kalectwo. O maratonach muszę zapomnieć. Ostatnio biegłam Biegnij Warszawo na dystansie 10 km i na mecie prawie się popłakałam. Z jednej strony z żalu, że miałam najgorszy czas w swojej dziesięcioletniej karierze i prawie umarłam, z drugiej - z dumy, że w ogóle jeszcze potrafię przebiec ciurkiem 10 km. Długi i bolesny temat, na kiedy indziej.

Wracając do rikszy - pokochałam ją całym sercem, jakby od nowa :)) Teraz mamy niesamowite zasięgi i  super prędkość. Dość powiedzieć, że od połowy czerwca do końca września pokonałyśmy prawie 600 km. Jeździłyśmy po różnych trudnych nawierzchniach, co na starej rikszy było niemożliwe - po lasach, piachach, szutrze, błocie, wielgaśnych kałużach, pod górę i wszędzie :)) Zwiedziłyśmy nieznane bo zbyt oddalone okolice, odkryłyśmy nowe krainy! Pokazałam też Młodej miejsca, które w poprzednich latach zwiedziłam biegiem i żałowałam, że nigdy nie zdołamy razem tam dotrzeć. A jednak! 


Dzięki nieocenionej naszej Kini, nasz rydwan przeszedł lekki tuning i ma piękne nadkola:)

Na turnusie było jak zwykle, czyli zajefajnie. Mamy już swój wypracowany rytm i czujemy się w nim znakomicie. Rano o świcie matka leci w las (no wciąż, choć rozpaczliwie), potem rychtunek, śniadanie, zabiegi a w tym matki basen (w te i wew te jakieś 140 razy, czyli 1400 metrów), potem kawka i krótki leżaczek przed domkiem, potem obiadek a po nim drzemka. Wstajemy jak raz na drugi leżaczek do kolacji, a po kolacji w drogę! I tak do zachodu słońca. W tym roku z poziomu roweru nazbierałyśmy pierdyliard grzybów mutantów - no nie dało się jechać bo trza było albo zamknąć oczy albo zsiadać i zbierać!








A potem znów byłyśmy na wsi i znów było fajnie. Tam jest zupełnie inny świat. Ludzie żyją spokojniej, blisko natury, bliżej Boga (jeśli takie ich życzenie a w większości jednak tak). Bardzo nam to odpowiada. Cały dzień na świeżym powietrzu, na tarasie albo w terenie. Coś tam sobie sadzimy, coś tam sobie pielimy, dbamy o kwiaty. Z Lucy, po początkowych podchodach i tropieniu gniazd oraz metody materializowania się na naszym podwórku, doszłyśmy do porozumienia i kontraktu na minimum dwa jajka dziennie. Lucy co prawda może tylko jedno dziennie ale zawsze jakąś koleżankę przyprowadzi. Super, szczególnie, że postanowiłam spróbować diety keto. 

A potem, znienacka pojawiła się możliwość skoczenia nad morze! Ale o tym to chyba jutro...

poniedziałek, 19 września 2022

w wiadomej sprawie

Musiałam sobie przeczytać poprzednią notkę, żeby się zorientować na którym odcinku tego brazylijskiego serialu skończyłam. I powiem tak: trochę się zadziało, a wciąż jestem w dupie.

Aby uporządkować - dostałam odpowiedź od Prezesa UODO, który stwierdził... że nic nie może. Nie jego kompetencja, on nie rozumie czego ja od niego wymagam i jeśli ja mu konkretnie napiszę czego od niego chcę, to on się ewentualnie ustosunkuje. Bo teraz, to on by mógł hipotetycznie podjąć działanie takie oto: gdybym ja zarządała od firmy E.on wykasowania moich danych osobowych i firma E.on by powiedziała NIE, to prezes by mógł im kazać. A tak to o. Nic nie może.

Po drugie dostałam odpowiedź od prokuratora w sprawie moich zeznań. I tu też się nie popisałam. Albowiem: "Sandra podjęła działania zmierzające do przywrócenia niezakłóconego stanu posiadania energii elektrycznej oraz niezakłóconego korzystania z wynajmowanego lokalu. Jej działanie było zdeterminowane w efekcie bezprawnym działaniem właścicielki lokalu, która zleciła odłączenie prądu, tym samym utrudniając korzystanie z zajmowanego lokalu przez Sandrę."

Albo ja nie jestem w pełni sił umysłowych, albo ten świat zwariował. Prokurator jakby całkiem nie wiedział, że ta pani ukradła mi mieszkanie a nie je wynajmuje. Jak ja śmiałam zakłócić...

Nie będę nic więcej o tym pisać, bo nie wiem czy Sandra tego nie czyta. Już mnie raz nazwała dorobkiewiczem, bo zorganizowałam "te wszystkie zbiórki" na swoją córkę, więc szpera po sieci. Niech szpera, ja szperam w lepszych miejscach.

O wakacjach Wam opowiem, mniej adrenaliny ale też ciekawie :)

Byłyśmy więc na wsi, na Banderozie przez trzy tygodnie. Matko... jak nam tam było dobrze... Pogoda obłędna. W tym roku dobry Bóg litościwie poskąpił wisienek, nie musiałam więc przerabiać hurtowych ilości. Łaskawie obdarzył jeżynami w rozsądnych ilościach ale niestety pokarał pomysłem zrobienia kiszonych ogórków w formie "od razu na zupę", czyli takich startych. A że obecnie dysponuję autem najlepszym na świecie, do którego można załadować wszystko (i Grodzisk i Skarżysko), to sobie jeździłyśmy na targ i nawoziłyśmy różnego dobra do przeróbki. 

No właśnie - auto. Jestem zachwycona tym, jakie jest pakowne. Przewoziłam nim i kosiarkę do serwisu, i kosiarkę + wózek, i rikszę + wózek + milion toreb a jeszcze gdyby była taka potrzeba, dopakowałabym pół chałupy. Niepozorny Kangurek. Opcja z rampą robi ogromną robotę. Nie wyobrażam sobie teraz konieczności każdorazowego przesadzania Agi z wózka do auta i z powrotem, oraz składania wózka. Nie wyobrażam sobie. 



W tym roku miałam też bieżącą dostawę świeżych jaj. Codziennie odwiedzała mnie kura, jak się niebawem okazało - wraz z koleżankami, bo im się bardziej podobało u mnie niż u sąsiadów ;) Nadałam jej imię - Lucy. Bo głupio tak wołać do kury Kuro! Nigdy za bardzo nie lubiłam kur, bo bałaganią (rozgrzebują), bo ...khem... srają gdzie popadnie, ale też nigdy dotąd żadna mnie osobiście nie obdarowywała jajkami. A to całkowicie zmienia postać rzeczy. Zaczęłam na nie patrzeć przychylniejszym okiem, a nawet witać poczęstunkiem. Sporo też je obserwowałam i stwierdzam, że nie są wcale takie głupie jak mi się wydawało. Bardzo fajne doświadczenie.


Na zdjęciu powyżej moment odkrycia pierwszego gniazda, gdzie zastałam 11 jajek. 

A potem pojechałyśmy na turnus. Rok temu, żegnając turnusowych znajomych mówiłam im, że za rok przyjadę tu sama swoim samochodem. To było takie trochę gadanie życzeniowe, bo choć bardzo chciałam żeby tak się stało, to nie dawałam wtedy za siebie w roli kierowcy pięciu groszy... Ba! Jeszcze pół roku temu nie dawałam. A jednak dokonało się. Sama zapakowałam dobytek, Młodą i przejechałam 450 km w jedną stronę. Do tej pory nie wierzę :))) 

W puszczy Noteckiej było cudnie, jak zwykle. Nękały nas w tym roku jakieś choróbska, od samego początku. Przyjechałyśmy w sobotę, a w niedzielę od rana Aga dostała torsji, które szarpały ją do nocy. Tego jeszcze nie grali. Cały dzień siedziałam przy niej na stołeczku i próbowałam dawać cokolwiek pić, po łyżeczce. Nie było jak dać leków, a o jedzeniu nawet nie było mowy. Ale jakoś przetrwałyśmy. W niedzielę już było lepiej, zjadła kaszę manną na wodzie i udało się jakoś przemycić leki. 

Potem, za kilka dni dopadło mnie przeziębienie. Upał po trzydzieści parę stopni a ja zdychałam. Potem dopadło też Młodą - gorączka, flegma w gardle. Już miałam strach w oczach, bo Młoda bardzo szybko zapada na zapalenie płuc a gorączkę bardzo trudno u niej zbić, ale po dwóch dniach jak ręką odjął. W życiu czegoś takiego nie widziałam. 

Jak zwykle dużo jeździłyśmy na rikszy, a zrobili nam obłędną wręcz, ciągnącą się do samego Drezdenka (13km) ścieżkę rowerową, więc było gdzie poszaleć. Przez las, po starym nasypie kolejowym, no po prostu bajka. Ja trochę biegałam, choć przez te choroby, niestety nie tyle ile bym chciała. Popływałam też w jeziorze a temperatura wody była tak wysoka, że miałam ochotę zamoczyć też Młodą ale nie było jak. Byłam nieprzygotowana - ani stroju, choć z tym byśmy sobie łatwo poradziły, ale nie miałam też żadnego koła dmuchanego ani materaca... Do nadrobienia w przyszłym roku.

I tak o. 

Młoda rozpoczęła ostatni rok edukacji. Mam zaledwie kilka miesięcy żeby wymyślić co będzie dalej. I nie wiem. Jestem totalnie przygnębiona tym tematem, ale to już następnym razem.





środa, 11 listopada 2020

Aniele z Bydgoszczy

Kimkolwiek jesteś, jesteś Aniołem. 

Spojrzałam dziś na konto Fundacji, bo zaczynają księgować wpłaty z 1% podatku. Spojrzałam z duszą na ramieniu, bo co roku coraz trudniej jest zbierać fundusze. Jest tylu potrzebujących...

Spojrzałam i się popłakałam. Cała długa seria wpłat z Bydgoszczy... Ktoś tam myśli o nas, ktoś tam zadziałał na szeroką skalę i poczynił CUDA. 

Dziękuję! W imieniu Agi i swoim - DZIĘKUJĘ.

Nawet nie wiesz Aniele jakie to dla nas ważne. Będziemy mogły pojechać w przyszłym roku na turnus! Wyrwać się z miasta, odpocząć, pojeździć rowerem, połazić po lesie, pobiegać, popływać. Boże, jak ja o tym marzę i śnię... Serio, śni mi się już teraz nasz Gościm, śnią mi się moje poranne trasy biegowe krok po kroku, śnią mi się nasze wieczorne jazdy rikszą. I leżaczek pod domkiem, i na tym leżaczku kawka i dziergadła. Cały rok na to czekam.

Dziękuję.



wtorek, 1 października 2019

turnus

Tak, turnus to dla nas zawsze dawka bardzo pozytywnej energii. Szczególnie dla mnie. Na turnusie bowiem, zwykle spotykamy wiele bardzo życzliwych osób. Odkąd jeździmy indywidualnie, czyli na turnusy nie organizowane przez jakąś grupę rodziców z dziećmi niepełnosprawnymi, naszym towarzystwem są w większości emeryci. Staruszkowie, sami schorowani ale w większości bardzo empatyczni, współczujący i podziwiający.

Wszystkie starsze panie po kilkudniowej obserwacji, najsampierw nas wypytawszy co za choroba i ile dziewczynka ma lat,  zawsze nas ojojają, a zaraz potem zaczynają podziwiać. Głównie mnie oczywiście, no bo dziewczynka to taka biedna… No biedna, zgadzam się i wcale mnie to już nie denerwuje, choć jeszcze kilka lat temu pewnie rzucałabym się zębami do tętnic.

Ale matka? Jaka dzielna! Zapyla tym wózkiem, tą rikszą (swoją drogą - riksza to świetny nawiązywacz nowych znajomości), jaka silna, jak dźwiga, jak karmi cierpliwie na tej stołówce… I do tego patrzcie - biega, pływa, taka energiczna i na dodatek zawsze uśmiechnięta! Nie płacze, nie chodzi w worku pokutnym, nie rozpacza… Ej, a widzieliście jak one razem we dwie tańczą na dysce?

A ja się, powiem Wam tak zupełnie szczerze, w tym wszystkim pławię. Całe dwa tygodnie pławię się i pierś wypinam, że ja naprawdę taka dzielna jestem. Chłonę te komplementy, uśmiecham się szeroko do tych wszystkich staruszków i się z nimi na maxa zaprzyjaźniam. Z paniami plotkuję, od panów z przymrużeniem oka przyjmuję komplementy i adoracje. Ja ich wszystkich uwielbiam! Oni mi fundują dwa tygodnie w kompletnie innym kosmosie. Tam jestem gwiazdą! I kurna gwiazdorzę na całego.

To staruszkowie. Kompletnie inne oblicze tych, których mijamy codzień na ulicy. Nie wiem dlaczego inni, może dlatego, że na wakacjach tak samo wyluzowani jak my?

Ale tym razem przydarzyło nam się też coś niezwykłego.
Pewnego razu, późnym wieczorem, po ognisku, podeszła do nas nieznajoma młoda kobieta, którą jednak kojarzyłam z widzenia, bo spacerowała z kijkami i workiem w folkowy wzór na plecach. Była uczestniczką innego turnusu w naszym ośrodku, mianowicie turnusu Amazonek.

Podeszła z wyraźnym zamiarem rozmowy. Przywitała się i od razu wypaliła: 
- Ja chciałam tylko powiedzieć, że jest pani dla mnie bohaterką.

Zatkało mnie.

- Ja panią obserwuję i chciałam powiedzieć, że miałam 26-letnią, niepełnosprawną siostrę, w podobnym stanie do pani córki i wiem, ile wysiłku i starań kosztowało moją mamę jej życie.


Chciałam jej odpowiedzieć, że nie jestem żadną bohaterką, gdyż nie wybrałam sobie świadomie takiego życia, ale w tym momencie byłam tak oszołomiona jej szczerością, że dukałam tylko jakąś nieskończoną ilość razy „dziękuję”.

Gdyby na tym się skończyło, byłaby to kolejna miła chwila, komplement, kamyczek do gwiazdorzenia.
Ona jednak powiedziała o wiele więcej.

- Jeśli pani pozwoli, chciałabym zabrać Agnieszkę na spacer, może na lody do sklepu? Tak, żeby mogła pani popływać sobie na łódce czy wziąć kajak, żeby mogła się pani zrelaksować. Myślę, że bym sobie poradziła.

No i na takie dictum to już całkiem zbaraniałam.
Kobieta miała konkret w głowie. Ona chciała mi podarować trochę czasu dla mnie samej. Powiedziała, że ma przecież cały weekend wolny (bez zabiegów - jesteśmy wszak na turnusie rehabilitacyjnym) i się dostosuje.
Podziękowałam jej setny raz, umówiłyśmy się na dalsze ustalenia nazajutrz na stołówce, kiedy sobie sprawę przemyślę.

No i ja od razu pomyślałam, że ona samą propozycją mnie zrelaksowała. Nie muszę wypuszczać się kajakiem na jezioro, żeby przez cały następny dzień łazić z uśmiechem na twarzy. Serio. 
Ale jeśli mogę… to się wypuszczę!


I się wypuściłam! Tralalala!
Poszłam w to jezioro jak dzik w żołędzie, do obłędu i bez opamiętania!


I takie to właśnie jest nasze życie turnusowe. Mnie podbudowuje maksymalnie. Szkoda, że potem powrót do realnego życia jest dość brutalny - na codzień nikt się nade mną tak nie rozczula ;) 
Ale jest na co czekać! 

sobota, 28 września 2019

wakacje

Ale ta pogoda to trochę wujowa, c’nie? Lato, lato, a tu nagle łup i zimno, wieje i gradem zaiwania. Z jednej strony to ja lubię niskie temperatury, bo mi się lepiej biega (tak, tak, nadal biegam), z drugiej jednak, niech już spadnie śnieg lepiej, bo w deszcz i zawieję to nawet na rowerze się nie da jeździć. A to mój podstawowy środek lokomocji.

W tym roku właściciel ośrodka, do którego jeździmy z Młodą od 10 lat na turnusy, tak nam powywracał plany urlopowe swoją niefortunną decyzją, że do tej pory odczuwam skutki. A to już prawie październik. Otóż ten właściciel, postanowił w marcu olać wszystkie indywidualne rezerwacje (w tym naszą) i wynajął cały ośrodek grupie rodziców z dziećmi głuchoniemymi. Grupa postawiła warunek, że przyjadą, ale chcą ośrodek na wyłączność, więc kazał recepcjonistkom podzwonić do wszystkich stałych klientów i przesunąć ich na inny termin. 
W marcu. Znaczy w marcu kazał dzwonić.
Tak się wściekłam, że postanowiłam za wszelką cenę znaleźć inne przyjazne miejsce i wreszcie uwolnić się od Osieka, na co miałam już ochotę od dawna. Z różnych względów, nie będę się już tu rozdrabniać. I zaczęłam szukać, choć marzec to już okrutny deadline i bardzo trudno znaleźć coś sensownego. 

Jednak udało się, choć nie w terminie, który najbardziej nam pasuje. 
Mamy już wypracowany optymalny terminarz wakacyjny, który nam się sprawdzał przez ostatnie lata. Tuż po zakończeniu roku szkolnego, który nota bene za chwilę będzie się odbywał z końcem maja chyba, bo co roku jest wcześniej, Aga miała „Lato w mieście”. 
To jest taki miły gest i koło ratunkowe rzucone nam rodzicom przez szkołę, bo dziatki mogą jeszcze przez dwa tygodnie wakacji jeździć do szkoły, a rodzice pracować w swoich pracach. Potem się zaczyna jazda, bo zostaje jeszcze conajmniej 6 tygodni do zaopiekowania a w tym roku realnie 8 (słownie: OSIEM), bo koniec roku był 19 czerwca. 
Kto z państwa ma osiem tygodni urlopu? No dobra - jeśli tworzycie pełną rodzinę, kto ma 4 tygodnie urlopu? Tata 4 i mama 4? 
Ja mam. Bo jestem zatrudniona z karty nauczyciela, ale Ojciec ma tylko 14 dni, więcej jednorazowo nie dostanie. I wciąż zostają dwa tygodnie… 

No dobra, to była przydługa dygresja. Do brzegu. 
Po Lecie w mieście zwykle ja brałam już urlop i jechałyśmy na Banderozę. Druga połowa lipca. Potem jechałyśmy na turnus - pierwsza połowa sierpnia, po czym ja wracałam do robo a pieczę przejmował Ojciec, na ostatnie dwa tygodnie sierpnia. W tym czasie ja miałam swoje dwa tygodnie „wolnego”, czyli chodziłam do robo ale poza nią, byłam wolna jak przeciąg. Czyli mogłam spać bez czuwania, mogłam pójść na zakupy o dowolnej porze dnia, nie musiałam wracać do domu przed 16, mogłam nawet pójść do kina. Czyste szaleństwo! Zanim przywykłam, że mogę, minął pierwszy tydzień. Potem chciałam wszystko na raz.

W robo też ten czas był na rozruch - jeszcze przed początkiem roku, jeszcze przed rozpoczęciem terapii, spokojne przygotowanie warsztatu pracy, jakieś badania, diagnozy ale na spokojnie.

Tym razem turnus znalazłam dopiero na drugą połowę sierpnia, co nam zburzyło cały plan. 
Ojciec musiał urlopować w lipcu, my na Banderozie na początku sierpnia i na koniec turnus (do 1 września!) i powrót do pracy był bardzo bolesny, oj bardzo. Nigdy więcej.

Ale to takie techniczne sprawy organizacyjne, nudne, choć dla nas bardzo ważne. Aga rozpoczęła edukację szkolną w dziewiątym roku życia, teraz ma 21 lat, czyli od 12 lat nie byliśmy całą rodziną na wakacjach. Od 12 lat nie spędziliśmy razem urlopu.

Do brzegu, do brzegu.
W tym roku byliśmy w Gościmiu. Puszcza Notecka, Wielkopolska. Ośrodek poleciła mi inna rodzinka, choć byli tam z 15 lat temu albo i dalej. Postanowiłam zaryzykować, bo miał (ten ośrodek) to, czego najbardziej potrzebujemy: lasy do spacerowania/rikszowania/biegania i jezioro do pływania. I do tego zakwaterowanie w domkach, czego jeszcze nigdy nie przerabiałyśmy.

I to był strzał w dziesiątkę.
Tak całościowo strzał. 
Bo domek okazał się mieszkankiem dwupokojowym, z podjazdem, z przestronną łazienką, własną trawką, stołem i leżakiem. Wystarczyło zrobić krok za próg i już byłyśmy na świecie.
Bo Aga nareszcie czuła się dobrze. Od 10 lat kiedy jeździłyśmy do Osieka, zawsze coś się działo. Ataki, ból, nieprzespane noce, jazdy z wrzaskiem pod kościołem (nigdy tego nie zapomnę), zaparcia i wszystkie nieszczęścia świata. Co roku pisałam z żalem, że nie ma wakacji od życia, że nie ma zmiłuj, że boli, że niby mamy odpoczywać a tylko robimy dobrą minę do złej gry, bo wracamy złachane jak klacz po westernie. I niech mnie nikt nie pyta czy wypoczęłam!

Tym razem WYPOCZĘŁAM. Obie wypoczęłyśmy. Bo choć w tym roku z różnych względów przez całe wakacje musiałam przejąć całą opiekę fizycznie na siebie, to naprawdę wypoczęłam psychicznie. 
Nic nie bolało, w nocy spokój, błogi uśmiech na twarzy Młodej - to jest gwarant mojego odpoczynku. 


Biegałam jak szalona, świtem, kiedy ona jeszcze słodko spała. 
Pływałam jak wściekła, w basenie, bo w ośrodku jest takowy i miałam to pływanie jako zabieg.
Jeździłyśmy codziennie na rikszy, po kolacji, po 8-10 kilometrów, a raz nawet prawie 30 (wybrałyśmy się do sklepu w mieście…), bo miałyśmy znakomity warun - środek lasu, równiutka asfaltowa szosa i zero ruchu.




Po porannych zabiegach zalegiwałyśmy przed domkiem na trawce. Kawka, sielanka, pogaduchy, szydełkowanie.



I to co tygrysy doceniają najbardziej - stołówka! Nie trzeba gotować ani zmywać! Matko, jaki to dla mnie luksus! Idzie się na gotowy posiłek, się je, się dziękuje i się wychodzi….
Raj…
Nie zrozumie tego nikt, chyba, że tak jak ja nienawidzi gotować a musi, i nie może postawić strawy przed progeniturą i powiedzieć: smacznego. 
Gotowanie, karmienie, pojenie, zmywanie to czynności, które zajmują mi większość dnia na przykład na wakacjach na Banderozie.


Także turnus i nowa miejscówka bardzo udana, będziemy wbijać tam w przyszłym roku.






No tak. Jak nie piszę to miesiącami, jak zacznę to nie umiem skończyć notki. Chciałabym jeszcze sporo napisać o tym turnusie, bo fajne rzeczy się zadziały. To był bardzo dobry czas. Ale chyba dość na dziś.