wtorek, 1 października 2019

turnus

Tak, turnus to dla nas zawsze dawka bardzo pozytywnej energii. Szczególnie dla mnie. Na turnusie bowiem, zwykle spotykamy wiele bardzo życzliwych osób. Odkąd jeździmy indywidualnie, czyli na turnusy nie organizowane przez jakąś grupę rodziców z dziećmi niepełnosprawnymi, naszym towarzystwem są w większości emeryci. Staruszkowie, sami schorowani ale w większości bardzo empatyczni, współczujący i podziwiający.

Wszystkie starsze panie po kilkudniowej obserwacji, najsampierw nas wypytawszy co za choroba i ile dziewczynka ma lat,  zawsze nas ojojają, a zaraz potem zaczynają podziwiać. Głównie mnie oczywiście, no bo dziewczynka to taka biedna… No biedna, zgadzam się i wcale mnie to już nie denerwuje, choć jeszcze kilka lat temu pewnie rzucałabym się zębami do tętnic.

Ale matka? Jaka dzielna! Zapyla tym wózkiem, tą rikszą (swoją drogą - riksza to świetny nawiązywacz nowych znajomości), jaka silna, jak dźwiga, jak karmi cierpliwie na tej stołówce… I do tego patrzcie - biega, pływa, taka energiczna i na dodatek zawsze uśmiechnięta! Nie płacze, nie chodzi w worku pokutnym, nie rozpacza… Ej, a widzieliście jak one razem we dwie tańczą na dysce?

A ja się, powiem Wam tak zupełnie szczerze, w tym wszystkim pławię. Całe dwa tygodnie pławię się i pierś wypinam, że ja naprawdę taka dzielna jestem. Chłonę te komplementy, uśmiecham się szeroko do tych wszystkich staruszków i się z nimi na maxa zaprzyjaźniam. Z paniami plotkuję, od panów z przymrużeniem oka przyjmuję komplementy i adoracje. Ja ich wszystkich uwielbiam! Oni mi fundują dwa tygodnie w kompletnie innym kosmosie. Tam jestem gwiazdą! I kurna gwiazdorzę na całego.

To staruszkowie. Kompletnie inne oblicze tych, których mijamy codzień na ulicy. Nie wiem dlaczego inni, może dlatego, że na wakacjach tak samo wyluzowani jak my?

Ale tym razem przydarzyło nam się też coś niezwykłego.
Pewnego razu, późnym wieczorem, po ognisku, podeszła do nas nieznajoma młoda kobieta, którą jednak kojarzyłam z widzenia, bo spacerowała z kijkami i workiem w folkowy wzór na plecach. Była uczestniczką innego turnusu w naszym ośrodku, mianowicie turnusu Amazonek.

Podeszła z wyraźnym zamiarem rozmowy. Przywitała się i od razu wypaliła: 
- Ja chciałam tylko powiedzieć, że jest pani dla mnie bohaterką.

Zatkało mnie.

- Ja panią obserwuję i chciałam powiedzieć, że miałam 26-letnią, niepełnosprawną siostrę, w podobnym stanie do pani córki i wiem, ile wysiłku i starań kosztowało moją mamę jej życie.


Chciałam jej odpowiedzieć, że nie jestem żadną bohaterką, gdyż nie wybrałam sobie świadomie takiego życia, ale w tym momencie byłam tak oszołomiona jej szczerością, że dukałam tylko jakąś nieskończoną ilość razy „dziękuję”.

Gdyby na tym się skończyło, byłaby to kolejna miła chwila, komplement, kamyczek do gwiazdorzenia.
Ona jednak powiedziała o wiele więcej.

- Jeśli pani pozwoli, chciałabym zabrać Agnieszkę na spacer, może na lody do sklepu? Tak, żeby mogła pani popływać sobie na łódce czy wziąć kajak, żeby mogła się pani zrelaksować. Myślę, że bym sobie poradziła.

No i na takie dictum to już całkiem zbaraniałam.
Kobieta miała konkret w głowie. Ona chciała mi podarować trochę czasu dla mnie samej. Powiedziała, że ma przecież cały weekend wolny (bez zabiegów - jesteśmy wszak na turnusie rehabilitacyjnym) i się dostosuje.
Podziękowałam jej setny raz, umówiłyśmy się na dalsze ustalenia nazajutrz na stołówce, kiedy sobie sprawę przemyślę.

No i ja od razu pomyślałam, że ona samą propozycją mnie zrelaksowała. Nie muszę wypuszczać się kajakiem na jezioro, żeby przez cały następny dzień łazić z uśmiechem na twarzy. Serio. 
Ale jeśli mogę… to się wypuszczę!


I się wypuściłam! Tralalala!
Poszłam w to jezioro jak dzik w żołędzie, do obłędu i bez opamiętania!


I takie to właśnie jest nasze życie turnusowe. Mnie podbudowuje maksymalnie. Szkoda, że potem powrót do realnego życia jest dość brutalny - na codzień nikt się nade mną tak nie rozczula ;) 
Ale jest na co czekać! 

2 komentarze :