Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontuzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontuzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 lutego 2016

ferie krótkie ale czadowe

Ferie były standardowe ale się działo trochę i jak zwykle czas mi, khem..., uciekł był. Już opowiadam.

Otóż podróż udała się znakomicie, w obie strony, choć powrót był bardziej nerwowy. Oczywiście nie obyło się bez potknięć i małych zgrzytów ale w ogólnym rozrachunku z czystym sumieniem stawiam ocenę 5 z minusem temu Pendolinu. Minus za permanentną awarię podjazdu, którym miałyśmy swobodnie wjechać z peronu do pociągu szerokimi drzwiami oraz za zachowanie obsługi Warsu. Ale o tem potem.
Podjazd nie zadziałał. Znaczy raz na cztery razy zadziałał to mam przynajmniej pojęcie jak wygląda pełnia szczęścia i luksusu. Pozostałe trzy razy platforma nie odpowiedziała na prośby kluczyka i guziczków.
Ale nic to bo panowie konduktorzy oraz panowie z ochrony dworca, którzy nas zaprowadzili z miejsca spotkań na peron (windą!) sprawnie złapali za wózek z pasażerką i rach-ciach byłyśmy w środku.

A środek to wagon restauracyjny, w którym przeznaczono specjalną przestrzeń i miejsce dla niepełnosprawnych i wyglądał tak:


Tak wyglądał jak już zrobiono nam miejsce. Bo akurat w tym jedynym fajnym miejscu panie i panowie z obsługi Warsa trzymają swoje ciuchy i walizki i są bardzo niezadowoleni, że się ich prosi o jego zwolnienie. Znaczy udostępnienie. Pewnie myśleli, że sobie przycupnę po prostu półdupkiem na jednym siedzeniu i przytulę do kilku eleganckich kurtek widzących w miejscu gdzie na zdjęciu wisi moja. A Młoda też do okna nie musi dojeżdżać nie? Właściwie to co za fanaberie z tym podróżowaniem, foch... No tak to było, sfochowali się na mnie (w obie strony) bo nalegałam na uprzątnięcie miejsca dla nas. 

 A tak wyglądały emocje. Zdarzyło się to samo co u fryzjera - skakanie z całym wózkiem i już zaczynałam się bać, że zaraz nastąpi wielkie bum w postaci ataku.


Ale szaleństwo jakoś minęło i dalej już podróż przebiegała w normalnym, ustalonym wcześniej planie - relaks.


Spędziłyśmy bardzo fajny tydzień w domu naszych Przyjaciółek, które znamy od 15 lat. Było chwilami leniwie, chwilami pracowicie albowiem Młoda miała okazję spróbować swoich sił na tym sprytnym sprzęcie do sterowania oczami. Taki niepozorny a taki mądry... 
Nie będę się w tej chwili rozpisywać na ten temat. Jeśli ja lub ktoś z czytających sądził, że to będzie olśnienie i wielkie łał to nie - uspokójmy emocje. Młoda nie zaczęła nagle opowiadać pełnymi zdaniami o doświadczeniach swojego wczesnego dzieciństwa. Wiemy jedno - żeby zacząć używać tego cuda do komunikacji, trzeba włożyć mnóstwo pracy w naukę. Dla mnie było to wyzwanie (bolą oczy!) a co dopiero dla osoby, która przez całe swoje życie nie miała takich doświadczeń. Wyzwanie.


Matka oczywiście usiłowała biegać, prawda. Usiłowałam bo 6 rano to nie jest moja ulubiona pora do biegania, szczególnie w zimie i jak mówię, że w ZIMIE, to wiem co mówię. Na dodatek oczywiście ta mała złośliwa zołza zamiast spać o tej chorej godzinie robiła sobie śmichy chichy. Bo to strasznie śmieszne jest jak się śpi z matką. A jak się jeszcze uda strzelić jej fangę prosto w nos to już w ogóle ubaw po pachy. Na dodatek bezkarnie bo matka, choć z obolałym nosem, to się głupia cieszy, że dziecko wykonało zaplanowany ruch! Zwariować można.
Dwa razy się udało zwlec i pobiec. Raz się udało nie zgubić więc jest 50% sukcesu. I jaka szajba zimowa, hej! 


A w ogóle to już mówiłam, że znamy się od wielu lat. I tak mnie naszło na wspomnienia, że wyciągnęłam stare albumy i porobiłam zdjęcia zdjęciom. Łezka się w oku kręci.


Na zdjęciach trzy koleżanki - najstarsza brunetka Dominika vel Miśka obecnie lat 23; blond piękność Gabrysia vel Gabka lat 19 no i gówniara Agnieszka lat niespełna 18, pff. 
Z Gabrysią znamy się najdłużej i poznałyśmy się w Toruniu, w naszej Fundacji "Daj Szansę", gdzie przyjeżdżaliśmy po kolejne programy terapeutyczno-rehabilitacyjne oparte na metodzie Domana. Gabka była właściwie pierwszą dziewczynką z zespołem Retta, którą poznałam. Zdjęcie poniżej jest właśnie z naszego pierwszego spotkania, byłam zafascynowana trzymając na kolanach dwie obce a tak podobne do siebie małe dziewczynki. Gabrysia zachowywała się identycznie jak moja Aga i to chyba widać jak bardzo się w nią wlepiałam.  


A z Miśką poznałyśmy się rok później, na naszym pierwszym turnusie, z którego zdjęcie powyżej. Obie panny chodzą do tej pory - Miśka samodzielnie, Gabka z asekuracją ale wciąż dobrze sobie radzi. Moja bździągwa nie ma z nimi szans bo nigdy nie chodziła... 
Za to mam wrażenie, że jest bardzo obecna - słucha, obserwuje i uczestniczy w tym co się dzieje bez potrzeby odpoczynku. Dziewczyny w trakcie naszego trwającego kilka godzin spotkania poszły z pięć razy spać (w sensie pokładały się do drzemki) a Aga była cały czas uczestnikiem. No nie powiem, że aktywnym bo za cholerę nie chce mówić ale cały czas obecna. 
Pewnie nie wiecie o co mi do diabła chodzi ale ojtam, już ja wiem. I muszę za coś pochwalić moje dzielne dziewczę.

Tymczasem się żegnam. Idę opłakiwać i okładać lodem swoją znowu lekko skręconą kostkę, która mnie boli i nie mogę wziąć udziału w niedzielnym półmaratonie Wiązowskim. Nie nie nie, nie kiwajcie głowami i nie mówcie żeby kózka itd. Wcale nie skręciłam sobie nogi biegnąc. Skręciłam sobie dziś rano idąc do pracy niezbyt żwawo bo piątek o 8 to nie jest radosna i żwawa pora. Na dziurze w chodniku se skręciłam. No.