Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochodzik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochodzik. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 kwietnia 2022

jazda!

Ja naprawdę nie wiem gdzie mi się podział luty i marzec. Nie zauważyłam. Tak się zakręciłam w tej nauce jazdy.
Z drugiej strony słabo mi jak widzę ile to już trwa...

No uczę się. Znaczy chyba już skończyłam wreszcie się uczyć w zeszłym tygodniu. Bo ile można. Miałam co prawda dwutygodniową przerwę, bo Młoda podupadła na zdrowiu i to tak z przytupem. Jak zwykle zapalenie płuc, rekordowo wysoka temperatura 41 z kawałkiem (nie liczyłam tych kreseczek bo umarłam na zawał). I nie było zmiłuj - lekarz nie miał czasu przyjść do niepełnosprawnej osoby. Jutro. 

Wkurza mnie to już tak bardzo, a nie jestem w stanie poprawić tej sytuacji. Niby obowiązuje jakieś pierwszeństwo ale tylko teoretycznie. Praktycznie jak dzwonię i chcę zamówić wizytę lekarską, to czy to będzie wizyta domowa czy stacjonarna, słowo klucz "niepełnosprawność" nie robi na nikim żadnego wrażenia. Nie ma miejsc, lekarz nie da rady, przykro mi. Zawsze może pani zadzwonić po pogotowie. I tyle.

A skoro nie chciałam wzywać pogotowia (zgadnijcie czemu) to przez godzinę musiałam polewać Młodą zimną wodą w wannie, bo żadne leki przeciwgorączkowe nie dawały rady. No i do obiecanego "jutro" jakoś dotrwałyśmy...

A potem znowu zaczęłam się uczyć. Taką uroczo oklejoną furą.


Jak widzicie - same trupie czachy na masce, więc jak prułam te całe dozwolone 50km/h to wokół mnie było pusto. Bardzo mi się podobało, bardzo. Natomiast od dłuższego czasu jeżdżę z moim instruktorem  (ups - jeździłam, bo już jeżdżę sama!) moją błękitną strzałą i już nie było tak luksusowo. 

Muszę powiedzieć, że przeżyłam (i wciąż przeżywam) mocne wzloty i upadki. Od euforii po Rów Mariański. Od "będę zajebistym kierowcą" po "nigdy się tego nie nauczę, co ja sobie myślałam". Bardzo dużo mnie to wszystko kosztowało i gdybym nie zaczęła od dupy-strony czyli od kupna samochodu, chyba dałabym sobie spokój. A tak - zainwestowałam konkretne pieniądze, czas i zaangażowanie kilku osób, oraz było nie było - ogłosiłam całemu światu, że będę jeździć. W tej sytuacji nie idzie się poddać. Dlatego mozolnie wygrzebywałam się z kolejnych dołów, na kolanach, emocjonalnie sponiewierana, z gorzką świadomością, że jednak ten mój beret to jest potężnie zryty. Żeby sobie do tego stopnia wmówić, że się człowiek nie nadaje, to nie każdy potrafi. Ja potrafię, jestem mistrzem.

I w zasadzie to z lutego i marca nic więcej nie pamiętam. Wyrzucałam Młodą do szkoły, leciałam na dwugodzinne jazdy, potem do pracy, szybko do domu bo Młoda wracała już ze szkoły i tak dzień za dniem. Jeśli nie miałam jazd, to trzeba było ogarnąć zakupy, gotowanie czy inne zwykłe obowiązki. 

W międzyczasie zaczęłam już umierać ze strachu, że nieuchronnie nadchodzi ten moment, kiedy będę musiała usiąść za kierownicą bez towarzystwa instruktora. Co nastąpiło zaledwie w zeszłą środę. Instruktor wziął mnie z zaskoczenia.
Oświadczył bowiem, że dziś jedziemy na dwa auta, bo on musi swój zaprowadzić do mechanika. I mimo mojego zawału, pojechaliśmy...

Kończąc już ten przydługi wątek powiem, że powoli zaczęłam w końcu jeździć sama. Tak wokół komina, czyli po najbliższej okolicy, ale ten największy strach chyba mam za sobą (oby!). 
Auto z podjazdem sprawdza się znakomicie - Młoda wjeżdża jak królowa, siedzi sobie w swoim wózku, przestrzeni jest cale mnóstwo. Na dłuższe trasy będę sobie ją przesadzać na siedzenie obok mnie, bo potrzebuję załadować na pakę rikszę i pół chałupy, ale podczas krótkich przejażdżek nie muszę się szarpać. Bardzo lubię to nasze autko.

Poniżej dwie próby generalne> Na jednej Młoda w kapciach, na drugiej w siatce od Wioletki :)




I tak o. Miałam co prawda jeszcze ciekawe przygody: a to w banku, a to w urzędzie dzielnicy, ale to już chyba następnym razem. 
W czwartek natomiast jadę odłączyć prąd mojej cudownej, przybranej rodzince. Koniec wakacji.



sobota, 15 stycznia 2022

obiecanki

Przeczytałam sobie poprzednią notkę, żeby wiedzieć, w którym momencie przerwałam tę fascynującą historię. I pomyślałam - o matko... kiedy to było...

A minęło dopiero półtora miesiąca.

Jestem w permanentnym niedoczasie. Dużo się zadziało a ja nawet nie miałam kiedy (i nie miałam siły, tak po prawdzie), usiąść i coś napisać. I dzieje się nadal.

Po mecenasie zdążył opaść kurz. Szybko się okazało, że jest bardzo miły, ma dobre pomysły i dużo chęci, jednak czasu dla mnie nie ma za grosz i jest tragicznie niesłowny. Plan działania jaki mi przedstawił był świetny, ale co z tego jak prawie nietknięty. Kilka razy miał jechać do najemców dziś, jutro a najdalej pojutrze i nigdy tam nie dotarł. Kłamaał, że był ale nie został wpuszczony choć światło się paliło - i z tym światłem przedobrzył bo nie ma opcji, żeby zlokalizował okna na czwartym piętrze piątej klatki ośmioklatkowego bloku znajdujące się po drugiej stronie budynku.

Oczywiście zdążyłam złapać doła jak stodoła, przepłakałam sprawę, po czym powstałam jak feniks z popiołów, otrzepałam się i postanowiłam, że czas ruszyć do Killerki. Wierzę, że wszystko co nas spotyka ma jakiś swój sens. Być może musiałam przegryźć się z mecenasem, żeby nabrać siły do podjęcia moich własnych, samodzielnych decyzji. I wybrałam girls power. Mam nadzieję, że dobiłam do właściwego portu.

Czyli domyślacie się, że wciąż utrzymuję czteroosobową już rodzinę. Tak, bąbelek się narodził.

A poza tym to co. Święta spędziłyśmy we dwie, w domu. Wigilia była bardzo klimatyczna i wzruszająca. Dla mnie, bo Młoda jakby potrafiła, to pewnie popukałaby się w czoło patrząc na smarkającą co chwilę matkę. Mimo wszystko byłam bardzo zadowolona, że zdecydowałam się zostać w domu. Tego mi było trzeba - samotności we dwie, intymności, świątecznego wieczoru na moich zasadach, z czytaniem Biblii, śpiewaniem kolend, w blasku świec. Miałyśmy siebie na wyłączność i wiem, że Młodej bardzo się to podobało.

W przerwie świątecznej poleniłyśmy się do całkowitego znudzenia, więc po Nowym Roku obie z wielką chęcią wróciłyśmy do swoich obowiązków. 

A teraz żyję tematem - ja i moje pierwsze auto. Nie wiem już, czy pisałam kiedyś o tym czy nie, bo wszystko mi się miesza, ale całe swoje dorosłe życie sądziłam, że nie nadaję się na kierowcę. Mam prawo jazdy od 30 lat, ale poza kilkoma epizodami kiedy po nocy odwoziłam maluchem do domów  imprezowiczów, nigdy nie jeździłam. Długi i trudny temat, taka zaciapa w głowie. No i teraz nadszedł czas, kiedy trzeba się przeprogramować, bo nie mogę już sobie wymyślać wymówek i liczyć, że zawsze znajdzie się dobry człowiek, który będzie nas woził na Banderozę czy na turnus. Samochód daje nam niezależność i - niestety - jest w naszym życiu niezbędny.

Latem w Gościmiu obiecałam sobie, że za rok na turnus przyjedziemy własnym autem. Same. I kurde, nie chcę ale muszę. Więc chyba nabyłam auto... I chyba jestem już po pierwszej jeździe doszkalającej... I nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Jestem autentycznie przerażona, bo moje życie od kilkunastu miesięcy wywala się do góry nogami. Nic już nie jest tak jak było. I mimo, że wiem, że idę w dobrym kierunku, to jednak aby dotrzeć do celu muszę wyjść daleko, daleko poza strefę komfortu. A życie w ciągłym stresie to wiecie jakie jest.

Taki ze mnie wydziwus, że zamiast cieszyć się, że jednak zmierzam do tego co sobie obiecałam, realizuję plan krok po kroku, za chwilę zyskam niezależność, będę mogła jechać gdziekolwiek chcę i kiedy chcę - rozpaczliwie staram się zdusić w sobie lęk i chęć ucieczki. 

Obiecuję sobie, że za rok wrócę do tej notki i będę się z siebie śmiać do rozpuku. Że tak bardzo bałam się tego, co dla większości ludzi jest normalnością,  banalną czynnością jak codzienne mycie zębów.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! W nowym życiu, w nowych postanowieniach i nowych strefach komfortu...