wtorek, 5 kwietnia 2022
jazda!
sobota, 15 stycznia 2022
obiecanki
Przeczytałam sobie poprzednią notkę, żeby wiedzieć, w którym momencie przerwałam tę fascynującą historię. I pomyślałam - o matko... kiedy to było...
A minęło dopiero półtora miesiąca.
Jestem w permanentnym niedoczasie. Dużo się zadziało a ja nawet nie miałam kiedy (i nie miałam siły, tak po prawdzie), usiąść i coś napisać. I dzieje się nadal.
Po mecenasie zdążył opaść kurz. Szybko się okazało, że jest bardzo miły, ma dobre pomysły i dużo chęci, jednak czasu dla mnie nie ma za grosz i jest tragicznie niesłowny. Plan działania jaki mi przedstawił był świetny, ale co z tego jak prawie nietknięty. Kilka razy miał jechać do najemców dziś, jutro a najdalej pojutrze i nigdy tam nie dotarł. Kłamaał, że był ale nie został wpuszczony choć światło się paliło - i z tym światłem przedobrzył bo nie ma opcji, żeby zlokalizował okna na czwartym piętrze piątej klatki ośmioklatkowego bloku znajdujące się po drugiej stronie budynku.
Oczywiście zdążyłam złapać doła jak stodoła, przepłakałam sprawę, po czym powstałam jak feniks z popiołów, otrzepałam się i postanowiłam, że czas ruszyć do Killerki. Wierzę, że wszystko co nas spotyka ma jakiś swój sens. Być może musiałam przegryźć się z mecenasem, żeby nabrać siły do podjęcia moich własnych, samodzielnych decyzji. I wybrałam girls power. Mam nadzieję, że dobiłam do właściwego portu.
Czyli domyślacie się, że wciąż utrzymuję czteroosobową już rodzinę. Tak, bąbelek się narodził.
A poza tym to co. Święta spędziłyśmy we dwie, w domu. Wigilia była bardzo klimatyczna i wzruszająca. Dla mnie, bo Młoda jakby potrafiła, to pewnie popukałaby się w czoło patrząc na smarkającą co chwilę matkę. Mimo wszystko byłam bardzo zadowolona, że zdecydowałam się zostać w domu. Tego mi było trzeba - samotności we dwie, intymności, świątecznego wieczoru na moich zasadach, z czytaniem Biblii, śpiewaniem kolend, w blasku świec. Miałyśmy siebie na wyłączność i wiem, że Młodej bardzo się to podobało.
W przerwie świątecznej poleniłyśmy się do całkowitego znudzenia, więc po Nowym Roku obie z wielką chęcią wróciłyśmy do swoich obowiązków.
A teraz żyję tematem - ja i moje pierwsze auto. Nie wiem już, czy pisałam kiedyś o tym czy nie, bo wszystko mi się miesza, ale całe swoje dorosłe życie sądziłam, że nie nadaję się na kierowcę. Mam prawo jazdy od 30 lat, ale poza kilkoma epizodami kiedy po nocy odwoziłam maluchem do domów imprezowiczów, nigdy nie jeździłam. Długi i trudny temat, taka zaciapa w głowie. No i teraz nadszedł czas, kiedy trzeba się przeprogramować, bo nie mogę już sobie wymyślać wymówek i liczyć, że zawsze znajdzie się dobry człowiek, który będzie nas woził na Banderozę czy na turnus. Samochód daje nam niezależność i - niestety - jest w naszym życiu niezbędny.
Latem w Gościmiu obiecałam sobie, że za rok na turnus przyjedziemy własnym autem. Same. I kurde, nie chcę ale muszę. Więc chyba nabyłam auto... I chyba jestem już po pierwszej jeździe doszkalającej... I nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Jestem autentycznie przerażona, bo moje życie od kilkunastu miesięcy wywala się do góry nogami. Nic już nie jest tak jak było. I mimo, że wiem, że idę w dobrym kierunku, to jednak aby dotrzeć do celu muszę wyjść daleko, daleko poza strefę komfortu. A życie w ciągłym stresie to wiecie jakie jest.
Taki ze mnie wydziwus, że zamiast cieszyć się, że jednak zmierzam do tego co sobie obiecałam, realizuję plan krok po kroku, za chwilę zyskam niezależność, będę mogła jechać gdziekolwiek chcę i kiedy chcę - rozpaczliwie staram się zdusić w sobie lęk i chęć ucieczki.
Obiecuję sobie, że za rok wrócę do tej notki i będę się z siebie śmiać do rozpuku. Że tak bardzo bałam się tego, co dla większości ludzi jest normalnością, banalną czynnością jak codzienne mycie zębów.
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! W nowym życiu, w nowych postanowieniach i nowych strefach komfortu...

