Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś na plus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś na plus. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 października 2024

hop siup i znowu jesień

Tak rzadko piszę, że jak już zasiądę do tego pisania i czytam dwie ostatnie notki, żeby mniej więcej zorientować się na czym skończyłam, to okazuje się, że olaboga, nie dam rady nadrobić zaległości. Że teraz to mogę jedynie po łebkach, skrótowo a i tak krótko nie będzie. No wiem, wystarczy częściej pisać i nie będzie problemu. Ale po tylu latach blogowania, naprawdę nie mam już zapału... Piszę tylko dla Was, dla tych co tu jeszcze zaglądają, bo wiem, że ktoś tam czeka, ktoś jest ciekawy co u nas. I ktoś mnie pogania :)

Czyli znowu mamy jesień. Rok temu, właśnie w tych dniach byłyśmy w Świnoujściu i tam pląsając po falach cieszyłam się, że cały rok urlopu przede mną. Kurde. Minęło nie wiem kiedy. 

Zima upłynęła nam głównie na włóczeniu się po muzeach, o czym nie wspomniałam ostatnio, bo starałam się skracać. A było naprawdę fajnie. Zwiedziłyśmy Muzeum Historii Żydów Polskich, i Muzeum Historii Polski (jeszcze w powijakach), podziwiałyśmy najsłynniejszych impresjonistów na wystawie multimedialnej (bomba!), i wystawę Arkadia w Narodowym. I akurat w ostatni czwartek wznowiłyśmy naszą edukację kulturalną wystawą Chełmońskiego w Narodowym - kto żyw niech leci i obejrzy, bo tak dużej wystawy jego obrazów jeszcze nie było. 

 
 
Latem w większości bawiłyśmy w naszym domu na wsi. A tam matka zrobiła sobie dwie podwyższone grządki (bo jedną miała już wcześniej, ale to za mało), a przy okazji oszlifowała szlifierką i odmalowała barierki tarasowe (bo już był na to czas najwyższy). A wszystko to pod czujnym okiem Kierowniczki.


 
Podczas naszych rowerowych wycieczek nad Pilicą zapoznałyśmy półdzikie, wolno snujące się stado koni. Niektóre były bardzo zainteresowane Młodą, podchodziły się przywitać, poniuchać i takie tam... Jak cię takie stado koni zaczyna wchłaniać, to nawet nie wiesz w co klepiesz paluchami na telefonie, że zdjęcia wychodzą czarno-białe.




Uratowałyśmy też nietoperza, znalezionego na ziemi w pełnym słońcu.


Na Dzień Matki i Dzień Dziecka kupiłyśmy sobie w prezencie ognisko, i teraz już nie musimy się ze wszystkim znosić i zwozić za dom, bo całość mamy na tarasie. Niedługo na naszym tarasie będzie już cały nasz wszechświat.


Usprawniłyśmy też "Mycie głowy pod jabłonką", tzn przeniosłyśmy się na... taras :))) Albowiem: tadam! mamy nowego pomocnika o wdzięcznym imieniu Dawid. I doprawdy nie wiem jak do tej pory żyłam na wsi bez Dawida. Dawid pomaga nie tylko w myciu głowy oczywiście. Kocham Dawida!


No i co. Oprócz zwykłego gospodarzenia, dużo jeździłyśmy rikszą. Odkryłyśmy w tym roku nowe trasy nad samą Pilicą - przecudowne! Tam spotkałyśmy te konie ale też wielkie stado krów, które opalało się na plaży - serio, wszystkie trzydzieściparę leżało na piachu nad wodą. Tam też rozwijałam swoją nową pasję poszukiwania ptasich piór, odkrywając miejscówkę żerowania bielika. To też temat wart rozwinięcia...



Właśnie - mam nowe hobby! Ptaki obserwuję od jakiegoś czasu, zupełnie amatorsko, choć już coraz więcej o nich wiem i potrafię już wiele z nich rozpoznać po głosie. A w tym roku zaprzyjaźniłam się z lornetką bo marzyłam o niej od dawna. Jednak kiedy w weekend majowy na Suwalszczyźnie znalazłam lotkę bielika - ogromne, ponad półmetrowe pióro - złapałam bakcyla. Mam ogromną frajdę w poszukiwaniu piór szczególnie piór drapieżników, bo te są duże, okazałe i naprawdę piękne. A żeby je znaleźć, trzeba wiedzieć gdzie szukać:) I muszę przyznać, że moja nowa pasja ratuje trochę tę starą - bieganie, ponieważ mam świeżą motywację do zebrania się o świcie z łóżka i wybiegnięcie na łąki. Bo na łąkach o świcie szuka się zjawiskowo!


To akurat myszołów, ale w tym sezonie znalazłam pióra: czapli siwej, lotkę i dwie sterówki bielika, myszołowa, pustułki, żurawia (ach!), bociana, czajki, sójki, dzięcioła zielonego, sowy uszatki i dużo bażantów:) Wiem, kręcicie palcem kółeczka na czole, ale co poradzę jak mnie tak wzięło?

Jestem bardzo wdzięczna za to, że wciąż jakoś się zwlekam z tego łóżka, choć coraz mniej siły i chęci. Znaczy chęci to są ale muszę przyznać, że leń mnie pokonuje. A pokonuje bo po prostu boli mnie biodro i kręgosłup, bo wiem, że jak się złacham to nie ma zmiłuj - nikt mnie na służbie nie zastąpi. Że będę zdychać. A z drugiej strony, jak już się zwlokę, jak polecę na te łąki, jak popatrzę na ten wschód słońca i dech mi zaprze i łzy wyciśnie z oczu, to wiem, że żyję. Że jak zobaczę jelonka we mgle, porysuję sobie kulasy w krzakach i ostach, znajdę dziesiąte pióro myszołowa ale nie tak z przypadku a w miejscu, gdzie wiem, że powinno tam jakieś leżeć, to mi się endorfiny będą z uszu wylewać do końca dnia mimo tego bólu biodra. Gdybym została w łóżku, nie zobaczyłabym tego:
 

A w ogóle to już od półtora miesiąca pracujemy, wiecie? Ale tego nie da się już opowiedzieć obrazkami, więc... następnym razem!

sobota, 20 kwietnia 2024

mówicie, że jesień...


... bo jakiś listopad się zrobił, choć już było przez chwilę lato. Trochę to złośliwe ze strony pani Wiosny.

Bardzo nam się ta zima dłużyła, mimo, że starałyśmy się spędzać ją aktywnie. Przede wszystkim połaziłyśmy po muzeach bo wreszcie miałyśmy na to czas. Próbowałam wykreować rutynę czwartków z kulturą, ale w naszym rettowym życiu nic nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Udało się co któryś czwartek, ok, dobre i to. 

W międzyczasie były jakieś święta, które udało nam się spędzić w bardzo miłym, wesołym, trochę nawet szalonym towarzystwie. Było głośno, gwarnie i totalnie bez stresu. No i na każde z nich pojechałyśmy naszym autem. Może Was dziwi, że tak podkreślam ten fakt, ale dla mnie to ogromny krok naprzód. Jak sobie ktoś przez trzydzieści parę lat wbijał do głowy, że jazda samochodem to zabawa absolutnie nie dla niego, to potem te trzy lata co je już przejeździłam okazuje się zupełnie niewystarczające, żeby w siebie uwierzyć. Ciekawe ile to jeszcze potrwa... 

I cóż, teraz naprawdę czekamy na wiosnę. Na Banderozie byłyśmy już ze trzy razy ale tylko na parę godzin, bo chałupa nieogrzewana to i za zimno na nocowanie. Może nawet nie tyle na nocowanie, bo my z zimnego chowu i w domu też mamy zakręcone kaloryfery przez większość okresu jesienno-zimowego. Wystarczy dobrze się przykryć i w takiej lodówce śpi się znakomicie. Ale umyć się, przebrać, dokonać fikuśnej Agnieszkowej toalety to już za fajnie nie jest. Czekamy więc na tę wiosnę a ona nagle pokazała jakiegoś focha. A ja mam maliny do posadzenia!

Generalnie bardzo nam jest dobrze na tym urlopie. Stwierdzam, że mogłabym już udać się na emeryturę. Kiedy pojawiam się u siebie w pracy czasami, to mówię koleżankom, że W OGÓLE nie tęsknię za pracą, choć ją przecież bardzo lubiłam. Trochę tęsknię za ludźmi z pracy, bo mamy wyjątkowo udaną, zgraną i bezkonfliktową ekipę, ale za pracą nic a nic. I już zaczynam drżeć na myśl, że za cztery miesiące muszę wrócić. Długo myślałam nad tym, co dalej. Czy ja w ogóle dam radę wrócić do pracy? 

Bez żalu pożegnałam myśl o oddaniu Młodej do jakiegoś ośrodka dziennego pobytu. Z kilku powodów. Po pierwsze ośrodków w okolicy brak (tak, to stolica proszę Państwa). Może gdzieś dalej coś bym znalazła, ale czy byłoby to "coś" czy miejsce dobre, w którym działoby się pozytywnie? Wykluczam przechowalnie, a jak znam nasze polskie realia, na tym by się skończyło. Choćby dlatego, że Aga jest bardzo grzeczną, nieabsorbującą osobą. Niczego się nie domaga, nie pyskuje, nie płacze, nie krzyczy, nie psoci, nie ucieka. Akuratnie by posadzić ją w kąciku i zająć się tymi, którzy się domagają. Po drugie, mając z tyłu głowy to co powyżej - czy ja jestem gotowa na kierat odwożenia jej i przywożenia w stołecznych korkach, oraz w międzyczasie pracowania zawodowo? Nie jestem. 

Zorientowałam się też, w sposób dość brutalny, że mogę w zasadzie zapomnieć o opiece wytchnieniowej. Byłam w naszym MOPS-ie i już wiem, że należy go zaorać. ZAORAĆ. I zabronować, co by kamień na kamieniu nie pozostał. W całej Polsce rozporządzenie o opiece wytchnieniowej realizują MOPS-y a w Warszawie nie. Bo nie. Zajmują się tym tylko jakieś stowarzyszenia, które polecają sobie znaleźć na własną rękę osobę, która będzie się opiekować. A jak se znalazłam to oni znaleźli masę problemów z dupy, które mnie ostudziły. Nawet nie chce mi się tego tu rozkminiać, szkoda moich nerwów. Być może kiedyś znajdę siły, by się ponownie tym tematem zająć. 

Znienacka pojawiła się jeszcze inna możliwość. Od 1 stycznia obowiązuje rozporządzenie o możliwości pobierania zasiłku wspierającego dla dorosłych osób ze znaczną niepełnosprawnością. Dla tych najbardziej niesamodzielnych. Trzeba jedynie stawić się na komisji (kochamy komisje!), która ustali poziom potrzebnego wsparcia, po uprzednim złożeniu wniosku rzecz jasna. Wniosek takowy złożyłam od razu 1 stycznia, i już (sic!) 19 marca byłyśmy na komisji. Pierwszy raz w życiu dostałyśmy za cokolwiek w czymkolwiek maksymalną liczbę 100 pkt. I ja wiem, że może wydaje się Wam to odrobinę chore, ale cieszymy się jak wariatki! Kto by się spodziewał! Po komisji, która ustaliła całkowitą niezdolność do samodzielnej egzystencji, oraz po innej komisji, która ustaliła całkowitą niezdolność do pracy - mamy to! Trzecia komisja ustaliła, że potrzebne jest maksymalne wsparcie. OŁJEE!

I teraz wiemy, że Młoda dostanie ten zasiłek, w związku z tym stać ją na zatrudnienie osoby wspierającej. Taka była chyba idea tego zasiłku - zatrudnić pomoc, odciążyć rodzica czy kto tam był na służbie do tej pory i stworzyć mu możliwość pójścia do pracy. I super. Być może jest to kusząca propozycja dla kogoś, kto nie pracuje zawodowo i chciałby się wyrwać z domu. Choć trudno mi sobie wyobrazić kobietę około pięćdziesiątki, która wypadła z rynku pracy 20-25 lat temu, z organizmem styranym ciężką fizyczną pracą przy opiece nad osobą całkowicie niesamodzielną, która teraz nagle dostaje wigoru i chce rozpocząć karierę zawodową. Ok, bez sarkazmu - pewnie chce się wyrwać z domu ale na pewno nie do pracy. Ona, tak jak ja, na pracę już nie ma siły. No sorry, taka jest prawda. Wszystko mnie boli - kręgosłup, kolana, biodro, kostka, barki i łokcie. Ja marzę o emeryturze a nie o pracy. 

Pewnie spłaszczam problem i postrzegam go przez pryzmat swojego życia i moich potrzeb. Sytuacje życiowe są naprawdę bardzo różne, o czym można się przekonać dołączając do grupy na FB dedykowanej temu zasiłkowi, choć nie polecam, bo można osiwieć. Ogrom ludzkich dramatów powala. A dramaty te niestety uruchamiają w ludziach wiele niefajnych mechanizmów. Ale ja nie o tym. Konkluzja jest mianowicie taka, że ja wolałabym już sama zrezygnować z pracy i się "zatrudnić" na służbie u mojej córki niż szukać kogoś płatnego do opieki, by móc wrócić do pracy, na którą nie mam już siły. inna kwestia to znalezienie odpowiedniej osoby...

Ale zdecydowałam inaczej. Spróbujemy popracować razem, na pół etatu. Zwolnić się mogę w każdej chwili, prawda? Mam to szczęście, że pracuję blisko, w naprawdę przyjaznym środowisku i mam świetnego dyrektora, który rozumie moją sytuację. Zaproponowałam powrót na pół etatu, w godzinach, w których nikt nie chce pracować - piątek popołudniu i sobota rano. W tych dniach bez trudu znajdę wolny, osobny gabinet, w którym zadekuję Młodą. Bo przesz nie będzie siedzieć ze mną. Spróbujemy. Jeśli będzie to zbyt obciążające dla którejkolwiek z nas, to się zwolnię. Jestem już w zupełnie innym momencie swojego życia - ja już nie pragnę wyrwać się z domu, nie pragnę kontaktu ze światem. Ja pragnę spokoju. Takie życie jakie teraz prowadzimy bardzo nam odpowiada. Niespieszne, spokojne. Dużo spacerów, jakieś ciekawe wycieczki a jak się zrobi ciepło, to pojedziemy na wieś i będziemy gospodarzyć :) I jeździć na rowerze :)



sobota, 18 listopada 2023

Świnoujście


 Ok, żeby nie było, że "jutro" jest za kolejne cztery miesiące ;)

Morze marzyło mi się od dłuższego czasu, ale nie było kiedy, jak i w ogóle. I nagle, tak z głupia frant, znajome małżeństwo pochwaliło się swoimi planami na krótki jesienny urlop, a ja westchnęłam, a oni powiedzieli - jedźcie z nami, toć macie czas. No mamy. I pojechaliśmy. I było cudnie...

Plaża w Świnoujściu jest najpiękniejsza jaką widziałam w Polsce. Niesamowicie szeroka, czysta, i w tym okresie niemal pusta. Wybrzeże w październiku jest wolne od tłumu i parawanów, w pułapkę których złapałyśmy się kiedyś latem, bodaj w Jastrzębiej Górze. Doszłyśmy do linii wody, postałyśmy tam z pół godziny i kiedy się odwróciłyśmy, nie miałyśmy już jak wrócić. Dramat. 


Morze w październiku zaskoczyło mnie jeszcze kilka razy. Na ten przykład wschodem i zachodem. Myślałam, że znowu zobaczę wieczorem słonko wpadające do wody a tu nic z tego, bo ono o tej porze roku zachodzi zupełnie gdzie indziej :) A na wschód wybrałam się w stroju biegowym o 6 rano, z premedytacją pół godziny wcześniej, bo dla mnie jest to jedyna bezpieczna pora na poranne bieganie - Aga śpi wciąż w miarę mocno. Ale o 6 rano było jeszcze tak ciemno, że autentycznie pierwszy raz miałam nie lada pietra. Szczególnie, że najbliższe wejście na plażę było dość dzikie. Szłam w czarną otchłań i myślałam o tych wszystkich morderstwach, o których słuchałam w audiobookach. O mamo. Na plaży było równie przerażająco :) Niesamowite uczucie. Całkowicie zaburzone poczucie przestrzeni. Niby trochę widać, że pusto wokół, ale każdy cień, każdy wodorost wydłuża się do postaci. Morze szumi a jest niesamowicie cicho. No dobra, myślę, pobiegnę tylko do tego następnego drzewa na wydmie, ale ono wcale się nie przybliża. Ojacie. Spotkałam, a właściwie widziałam tylko dwie osoby. Całkowita pustka. No i rozwidniało się dość słabo. Zorientowałam się wreszcie, że jest pełne zachmurzenie, więc ze spektakularnego wschodu raczej nici. Ale było po prostu strasznie pięknie!




Kurczę, kocham to morze, a tak rzadko je ostatnio widuję. Świnoujście to raczej jednorazowe turnee, bo od nas mocno daleko - 650 km. Ciężka podróż, szczególnie, że po drodze nie ma szans na jakąś toaletę w ludzkich warunkach dla dorosłej niepełnosprawnej osoby, która potrzebuje czegoś więcej niż uchwytów w toalecie przystosowanej dla ludzi na wózkach. Takich toalet też zresztą nie widać zbyt często. Nie ma u nas miejsc dla osób potrzebujących leżanek do zmiany pampersa. Tacy ludzie u nas nie podróżują. Nie istnieją. Żeby przetrwać 7-8 godzin jazdy, trzeba nie pić, proste.

Chcę jednak zakończyć pozytywnym przesłaniem - było cudownie! Nostalgicznie, magicznie, spokojnie, spacerowo, śmieszkowo. Znajomi dbali o nas bardzo. Dzielnie ciągnęli wózek po piachu i w ogóle dostosowywali cały plan dnia pod nasze potrzeby. Jestem bardzo wdzięczna za moich przyjaciół.


sobota, 28 października 2023

najdłuższe wakacje ever

Znowu minęło kilka dobrych miesięcy a ja nie miałam kiedy usiąść do napisania paru słów. Działo się :)

Zakończyłyśmy szkołę. To już naprawdę koniec. Pożegnanie było bardzo wzruszające, Aga dostała piękny kolaż ze swoich zdjęć, dyplom i świadectwo, polały się łzy, były uściski... Po oficjalnej części, klasy rozeszły się do swoich sal i tam zaczęły do nas przychodzić wycieczki. Przychodzili nauczyciele i różni terapeuci, którzy pracowali z Młodą, pożegnać się. Zdumiewające! Martwiłam się, że sobie nie poradzę w nawigacji po szkole, że nie odnajdę wszystkich, którym chciałyśmy podziękować a tu oni wszyscy przyszli do nas! Niesamowici ludzie... Tego dnia Aga była ważna, zauważona, doceniona i uhonorowana. Tyle ludzi ją żegnało, tyle osób, których ja nie znam z nią gadało...


Dwoje cudownych nauczycieli - wychowawczyni Pani Marta i Pan Marcin (prywatny, osobisty Anioł :)


A potem były urodziny! I byli goście - spodziewani i zupełnie niespodziewani z trąbkami, głośni, weseli, zwariowani :) Oprócz rzecz jasna mojego brata, bo gdzieżby tam. Jako ojciec chrzestny mógłby chociaż zadzwonić. Mógłby. 
Ale to tyle na ten temat, olać. 
Ci, którym zależy, byli obecni, a tym którym nie zależy to vice wersal!


A potem byłyśmy na wsi i to był świetny czas. Sielski, leniwy a jednocześnie bardzo aktywny dzięki naszej nowej rikszy! Nie wiem czy pisałam czy nie, ale zdecydowałam się w końcu na odświeżenie naszego podstawowego sprzętu wakacyjnego, już nieco rozklekotanego po tych 13 latach  intensywnego eksploatowania. I tym razem zamówiłam rower z napędem elektrycznym i to był strzał w dziesiątkę. Długo się wahałam i broniłam przed takim rozwiązaniem, bo ja przecież jestem sportowcem, nie idę na łatwiznę! Ale prawda jest taka, że sportowiec zaczyna niedomagać bo młodszy się nie robi. I żebym nie wiem jak zaklinała rzeczywistość, jestem coraz słabsza. Nie mogę się z tym pogodzić, bo zawsze uważałam, że będę bardzo aktywna do końca życia, że będę biegać maratony z siwą głową, że będę jak te wszystkie starsze kobitki, które spotykałam na zawodach a niektórych nie mogłam dogonić. No niestety. Albo ja jestem zbudowana z marnego materiału, albo tryb życia jaki prowadzę, mimo moich rozpaczliwych wysiłków o zachowanie w nim choć odrobiny sportu, robi ze mnie powoli jakieś kalectwo. O maratonach muszę zapomnieć. Ostatnio biegłam Biegnij Warszawo na dystansie 10 km i na mecie prawie się popłakałam. Z jednej strony z żalu, że miałam najgorszy czas w swojej dziesięcioletniej karierze i prawie umarłam, z drugiej - z dumy, że w ogóle jeszcze potrafię przebiec ciurkiem 10 km. Długi i bolesny temat, na kiedy indziej.

Wracając do rikszy - pokochałam ją całym sercem, jakby od nowa :)) Teraz mamy niesamowite zasięgi i  super prędkość. Dość powiedzieć, że od połowy czerwca do końca września pokonałyśmy prawie 600 km. Jeździłyśmy po różnych trudnych nawierzchniach, co na starej rikszy było niemożliwe - po lasach, piachach, szutrze, błocie, wielgaśnych kałużach, pod górę i wszędzie :)) Zwiedziłyśmy nieznane bo zbyt oddalone okolice, odkryłyśmy nowe krainy! Pokazałam też Młodej miejsca, które w poprzednich latach zwiedziłam biegiem i żałowałam, że nigdy nie zdołamy razem tam dotrzeć. A jednak! 


Dzięki nieocenionej naszej Kini, nasz rydwan przeszedł lekki tuning i ma piękne nadkola:)

Na turnusie było jak zwykle, czyli zajefajnie. Mamy już swój wypracowany rytm i czujemy się w nim znakomicie. Rano o świcie matka leci w las (no wciąż, choć rozpaczliwie), potem rychtunek, śniadanie, zabiegi a w tym matki basen (w te i wew te jakieś 140 razy, czyli 1400 metrów), potem kawka i krótki leżaczek przed domkiem, potem obiadek a po nim drzemka. Wstajemy jak raz na drugi leżaczek do kolacji, a po kolacji w drogę! I tak do zachodu słońca. W tym roku z poziomu roweru nazbierałyśmy pierdyliard grzybów mutantów - no nie dało się jechać bo trza było albo zamknąć oczy albo zsiadać i zbierać!








A potem znów byłyśmy na wsi i znów było fajnie. Tam jest zupełnie inny świat. Ludzie żyją spokojniej, blisko natury, bliżej Boga (jeśli takie ich życzenie a w większości jednak tak). Bardzo nam to odpowiada. Cały dzień na świeżym powietrzu, na tarasie albo w terenie. Coś tam sobie sadzimy, coś tam sobie pielimy, dbamy o kwiaty. Z Lucy, po początkowych podchodach i tropieniu gniazd oraz metody materializowania się na naszym podwórku, doszłyśmy do porozumienia i kontraktu na minimum dwa jajka dziennie. Lucy co prawda może tylko jedno dziennie ale zawsze jakąś koleżankę przyprowadzi. Super, szczególnie, że postanowiłam spróbować diety keto. 

A potem, znienacka pojawiła się możliwość skoczenia nad morze! Ale o tym to chyba jutro...

sobota, 7 stycznia 2023

co poradzę, że czas leci...

 ... ale ja nie mam kiedy taczek załadować! To już cztery miesiące?!

Bardzo, bardzo intensywny czas. Grażynka mówi, że ja wciąż gdzieś lecę, jestem w ciągłym biegu, ale jak mam nie być jak wszystko na mojej głowie? Nie ma zmiłuj, trza zaiwaniać.

19 listopada odzyskałam mieszkanie. Znaczy weszłam tam ze ślusarzem i zastałam ruinę. Brud, smród i robactwo. Nie wiem jak można przez 19 miesięcy tak zniszczyć mieszkanie. Ściany brudne po sam sufit. Dywany zniknęły, pewnie piesek zrobił gnój to wyrzucili. Lakier do paznokci na meblach. Mnóstwo śmieci, szafki w kuchni pełne różnych rzeczy. W każdym kącie jakieś brudne ciuchy. Tony zabawek ale takie barachło rodem z jajek niespodzianek... Do tego pozostawione wory z ciuchami, sejf, dokumenty firmy. 

Nie da się tego oddać słowami. Obraz nędzy i rozpaczy, który dobitnie mówi o kobiecie, która mieszkała tam z dwójką małych dzieci! W tym jedno, to niemowle, musiało mieć spore kłopoty zdrowotne bo znalazłam dużo leków i opatrunków, które sugerują to i tamto. A papierochy były palone... Syf jest obrazem nawyków Sandry, nie zauważyłam raczej zniszczeń robionych po złości. Może kilka, ale równie dobrze mogła to być robota dzieci. O jej konkubencie nie wspominam, bo myślę, że przez ostatnie miesiące już go tam nie było. 

Nie będę za bardzo się w tym temacie rozwijać, bo nie mam pewności czy Sandra tu nie zagląda. Szczerze mówiąc nie podejrzewam ją o taki spryt i mam ją w dupie, ale jeśli zagląda to niech raczej wie mniej niż więcej - będzie miała większą niespodziankę. Nasze sądy są wolne w dosłownym (wyłącznie) tego słowa znaczeniu, ale teraz już mi nie zależy na czasie. Życie nauczyło mnie cierpliwości (oj, bardzo dobrze mnie nauczyło!) i ja sobie na te sądowe wyroki cierpliwie poczekam. 

O sądzie, praworządności i tym przez co już przeszłam mogłabym tu napisać ze trzy sute notki, no ale nie mogę, no nie mogę. Może za jakiś czas. Nie oddam w ich obronie ani jednego złamanego paznokcia. Przepraszam za ten polityczny wtręt, ale akurat jestem w temacie, prawda, i skóra mi cierpnie na samą wzmiankę. 

Kończąc tymczasem temat mieszkania - muszę zrobić generalny remont. Kuchnia, łazienka i przedpokój nie nadają się do użytku, reszta też do odmalowania. Nie wiem czy zdołam zrewitalizować meble, z pewnością będę probować. A zacząć musiałam od dezynsekcji.

Z dobrych wiadomości - majster, który robił nam remont starego mieszkania i wyszykował też to nowe, cudem ma czas i już jest w szale pracy. Jestem bardzo szczęśliwa bo wiem, jak trudno teraz o dobrą ekipę remontową. Tego człowieka znam, wiem, że jest dobrym fachowcem, słowny, nie pije, robota pali mu się w rękach, dostał klucz i działa. Nie muszę nad nim stać i pilnować, co dla mnie jest bezcenne, bo ja ani nie mam na to czasu ani możliwości. 

Koszty ogromne, ale muszę to zrobić, traktuję to jako inwestycję w naszą najbliższą przyszłość, w emeryturę. Najłatwiej byłoby sprzedać to mieszkanie w cholerę ale Aga jeździ do szkoły ostatni rok i od wakacji już wiem, że nie będę pracować. Muszę więc zabezpieczyć sobie jakiś dochód, bo na samym zasiłku będzie bardzo ciężko. 

No właśnie - nieubłaganie nadchodzą zmiany w życiu. Koniec szkoły, koniec naszej ciężko wypracowanej rutyny. A było jak w zegareczku... Aga o 6.45 wsiada do dowozu i jedzie do swojej kochanej szkoły. Piętnaście minut później matka wsiada na rower i jedzie do pracy. Każda ma swoje życie, swoje obowiązki, swoje sprawy. Spotykamy się o 16.00 pod blokiem, kiedy Aga wysiada z dowozu. Jemy obiad, przechodzimy w tryb domowy. 

I tak będziemy działać do wakacji, a potem koniec. Szczerze mówiąc nie miałam czasu na szukanie nowego, DOBREGO miejsca. No nie rozdwoję się, ledwie ogarniam codzienność plus sprawy remontowe. Pobieżne rozglądanie się nie napawa optymizmem, więc trochę odpuściłam temat. Bo nie poślę Młodej byle gdzie, do przechowalni. Ale też muszę uczciwie przyznać, że uczepiłam się pomysłu starania się o roczny urlop nauczycielski na poratowanie zdrowia. W moim planie idealnym dostaję ten urlop od września i wtedy zaczynam się rozglądać za ośrodkiem. No i ogarniam swoje zdrowie, z którym ostatnio trochę słabo. 

Byłby to czas na zorganizowanie naszego życia od nowa. Nie da się tego zrobić pracując zawodowo, plus zajmowanie się Młodą, plus gaszenie pożarów życia. Ale jeśli tego urlopu mi odmówią, to będę musiała się zwolnić. 

A jestem tak bardzo zmęczona, że pójdę nawet na zasiłek, byle tylko odpocząć. Tyle tylko, że to złudny odpoczynek, bo ja dokładnie wiem, jak wygląda "siedzenie w domu"... 


poniedziałek, 19 września 2022

w wiadomej sprawie

Musiałam sobie przeczytać poprzednią notkę, żeby się zorientować na którym odcinku tego brazylijskiego serialu skończyłam. I powiem tak: trochę się zadziało, a wciąż jestem w dupie.

Aby uporządkować - dostałam odpowiedź od Prezesa UODO, który stwierdził... że nic nie może. Nie jego kompetencja, on nie rozumie czego ja od niego wymagam i jeśli ja mu konkretnie napiszę czego od niego chcę, to on się ewentualnie ustosunkuje. Bo teraz, to on by mógł hipotetycznie podjąć działanie takie oto: gdybym ja zarządała od firmy E.on wykasowania moich danych osobowych i firma E.on by powiedziała NIE, to prezes by mógł im kazać. A tak to o. Nic nie może.

Po drugie dostałam odpowiedź od prokuratora w sprawie moich zeznań. I tu też się nie popisałam. Albowiem: "Sandra podjęła działania zmierzające do przywrócenia niezakłóconego stanu posiadania energii elektrycznej oraz niezakłóconego korzystania z wynajmowanego lokalu. Jej działanie było zdeterminowane w efekcie bezprawnym działaniem właścicielki lokalu, która zleciła odłączenie prądu, tym samym utrudniając korzystanie z zajmowanego lokalu przez Sandrę."

Albo ja nie jestem w pełni sił umysłowych, albo ten świat zwariował. Prokurator jakby całkiem nie wiedział, że ta pani ukradła mi mieszkanie a nie je wynajmuje. Jak ja śmiałam zakłócić...

Nie będę nic więcej o tym pisać, bo nie wiem czy Sandra tego nie czyta. Już mnie raz nazwała dorobkiewiczem, bo zorganizowałam "te wszystkie zbiórki" na swoją córkę, więc szpera po sieci. Niech szpera, ja szperam w lepszych miejscach.

O wakacjach Wam opowiem, mniej adrenaliny ale też ciekawie :)

Byłyśmy więc na wsi, na Banderozie przez trzy tygodnie. Matko... jak nam tam było dobrze... Pogoda obłędna. W tym roku dobry Bóg litościwie poskąpił wisienek, nie musiałam więc przerabiać hurtowych ilości. Łaskawie obdarzył jeżynami w rozsądnych ilościach ale niestety pokarał pomysłem zrobienia kiszonych ogórków w formie "od razu na zupę", czyli takich startych. A że obecnie dysponuję autem najlepszym na świecie, do którego można załadować wszystko (i Grodzisk i Skarżysko), to sobie jeździłyśmy na targ i nawoziłyśmy różnego dobra do przeróbki. 

No właśnie - auto. Jestem zachwycona tym, jakie jest pakowne. Przewoziłam nim i kosiarkę do serwisu, i kosiarkę + wózek, i rikszę + wózek + milion toreb a jeszcze gdyby była taka potrzeba, dopakowałabym pół chałupy. Niepozorny Kangurek. Opcja z rampą robi ogromną robotę. Nie wyobrażam sobie teraz konieczności każdorazowego przesadzania Agi z wózka do auta i z powrotem, oraz składania wózka. Nie wyobrażam sobie. 



W tym roku miałam też bieżącą dostawę świeżych jaj. Codziennie odwiedzała mnie kura, jak się niebawem okazało - wraz z koleżankami, bo im się bardziej podobało u mnie niż u sąsiadów ;) Nadałam jej imię - Lucy. Bo głupio tak wołać do kury Kuro! Nigdy za bardzo nie lubiłam kur, bo bałaganią (rozgrzebują), bo ...khem... srają gdzie popadnie, ale też nigdy dotąd żadna mnie osobiście nie obdarowywała jajkami. A to całkowicie zmienia postać rzeczy. Zaczęłam na nie patrzeć przychylniejszym okiem, a nawet witać poczęstunkiem. Sporo też je obserwowałam i stwierdzam, że nie są wcale takie głupie jak mi się wydawało. Bardzo fajne doświadczenie.


Na zdjęciu powyżej moment odkrycia pierwszego gniazda, gdzie zastałam 11 jajek. 

A potem pojechałyśmy na turnus. Rok temu, żegnając turnusowych znajomych mówiłam im, że za rok przyjadę tu sama swoim samochodem. To było takie trochę gadanie życzeniowe, bo choć bardzo chciałam żeby tak się stało, to nie dawałam wtedy za siebie w roli kierowcy pięciu groszy... Ba! Jeszcze pół roku temu nie dawałam. A jednak dokonało się. Sama zapakowałam dobytek, Młodą i przejechałam 450 km w jedną stronę. Do tej pory nie wierzę :))) 

W puszczy Noteckiej było cudnie, jak zwykle. Nękały nas w tym roku jakieś choróbska, od samego początku. Przyjechałyśmy w sobotę, a w niedzielę od rana Aga dostała torsji, które szarpały ją do nocy. Tego jeszcze nie grali. Cały dzień siedziałam przy niej na stołeczku i próbowałam dawać cokolwiek pić, po łyżeczce. Nie było jak dać leków, a o jedzeniu nawet nie było mowy. Ale jakoś przetrwałyśmy. W niedzielę już było lepiej, zjadła kaszę manną na wodzie i udało się jakoś przemycić leki. 

Potem, za kilka dni dopadło mnie przeziębienie. Upał po trzydzieści parę stopni a ja zdychałam. Potem dopadło też Młodą - gorączka, flegma w gardle. Już miałam strach w oczach, bo Młoda bardzo szybko zapada na zapalenie płuc a gorączkę bardzo trudno u niej zbić, ale po dwóch dniach jak ręką odjął. W życiu czegoś takiego nie widziałam. 

Jak zwykle dużo jeździłyśmy na rikszy, a zrobili nam obłędną wręcz, ciągnącą się do samego Drezdenka (13km) ścieżkę rowerową, więc było gdzie poszaleć. Przez las, po starym nasypie kolejowym, no po prostu bajka. Ja trochę biegałam, choć przez te choroby, niestety nie tyle ile bym chciała. Popływałam też w jeziorze a temperatura wody była tak wysoka, że miałam ochotę zamoczyć też Młodą ale nie było jak. Byłam nieprzygotowana - ani stroju, choć z tym byśmy sobie łatwo poradziły, ale nie miałam też żadnego koła dmuchanego ani materaca... Do nadrobienia w przyszłym roku.

I tak o. 

Młoda rozpoczęła ostatni rok edukacji. Mam zaledwie kilka miesięcy żeby wymyślić co będzie dalej. I nie wiem. Jestem totalnie przygnębiona tym tematem, ale to już następnym razem.





piątek, 8 lipca 2022

No cóż... Nie pisałam, bo z jednej strony nic się nie dzieje (w wiadomej sprawie) a z drugiej nie mam kiedy taczek załadować. 

Sandra z dziećmi siedzi po ciemku, pozew złożony od nowa czeka na zlitowanie. Zapytałam Killerki czy coś, COKOLWIEK, się zadziało, to mi odpisała, że sprawa ma nowy numer i jeśli do dziś nic się nie zadzieje to napisze pismo do sądu. Prawdę mówiąc załamuje mnie jej podejście, bo wygląda na to, że o mnie zapomniała. Nie mogła wcześniej tego pisma napisać?

Interesująca wiadomość jest taka, że wylosowała mnie ta sama sędzia... I ja nie wiem czy to dobrze czy to źle. Z jednej strony sprawę już zna i moje błagalne pismo czytała, z drugiej jak widać znowu jej się nie spieszy... Sąd ma mnie i moje problemy w dupie.

Czy ja pisałam, że złożyłam na komisariacie zeznanie w sprawie użycia moich danych? To złożyłam, co wcale nie było takie proste. Obywatel nie może tak po prostu wpaść na komisariat i złożyć zeznanie. Musi ustawić się w kolejce, bo zeznania odbiera tylko jedna policjantka (przynajmniej u nas, a to w sumie jedyny komisariat w tej stołecznej dzielni) i ona je odbiera około 2 godziny. Tyle to trwa, w końcu sprawdziłam. Po dwóch razach posiedzeń w kolejce, z których musiałam rezygnować bo Młoda wraca do domu o określonej porze i nie ma zmiłuj - muszę być w domu. Chciałam się umówić na konkretną godzinę, ale tak też się nie da, bo różne rzeczy mogą wypaść, policjantka może być wezwana, ble ble ble. No więc uknułyśmy z Kinią moją niezastąpioną plan - w poniedziałek o 6.30 rano jej małżonek idzie mi zająć kolejkę, ja oddaję Młodą do dowozu szkolnego i lecę w te pędy go zmienić. Udało się, ale o lakier że tak powiem, bo zaraz za małżonkiem już wpadł inny chętny na składanie zeznań z takim samym cwanym planem, żeby być pierwszym.

Dwie godziny zeznawałam. Po czym policjantka i tak szczerze mi powiedziała, że nie jest przekonana, że to wystarczy do wszczęcia postępowania. Czekam do dziś na jakąś decyzję. W te czy wew te.

Ale dostałam odpowiedź od Inspektora Ochrony Danych Osobowych firmy E.on. I po długich i wnikliwych konsultacjach z działem prawnym on nie widzi uchybień. Wszystko jest git, toć to nie firma E.on podała moje dane tylko osoba, która (co wynika ze stenogramów rozmów) mnie zna a ja ją. Rozumiecie to? Ona mnie zna a ja ją, więc wszystko gra. Jak znacie PESEL swojej koleżanki czy kolegi to możecie go sobie wykorzystać.

"Z przeprowadzonej analizy wynika, że Spółka jako Administrator Pani danych osobowych nie naruszył przepisów RODO*. Podczas dwóch rozmów telefonicznych konsultanci Call Center działali w sposób prawidłowy w zakresie udzielania informacji osobom trzecim. Należy podkreślić, że konsultanci Call Center nie ujawnili Pani danych osobowych, ani bezpośrednio nie naruszali Pani praw wynikających z RODO.

Podczas dwóch rozmów telefonicznych Pani dane osobowe oraz dane dotyczące lokalu do którego dostarczana jest energia elektryczna tj. lokalu przy ul.......... w Warszawie zostały przekazane do Spółki przez osobę kontaktującą się z Call Center. Ze szczegółowej analizy zapisów rozmów telefonicznych wynika, że osoba kontaktująca się jest dla Pani osobą znaną, oraz Pani znana oraz jest faktycznym użytkownikiem ww. lokalu.

W odniesieniu do realizacji wniosku osoby kontaktującej się o wznowienie energii elektrycznej w lokalu wyjaśniamy, że działania Spółki były prawidłowe i zgodne z obowiązującymi przepisami prawa dotyczącymi praw własności lokalu wynikające m.in. z art. 684 Kodeksu Cywilnego. Zgodnie z opinią Działu Prawnego Spółki wydaną w Pani sprawie „(...)wstrzymanie dostawy energii elektrycznej nie powinno mieć charakteru stałego i nie powinno mieć na celu pozbawienia energii faktycznego użytkownika lokalu”.

Na dzień 19.04.2022 r. będącego dniem wznowienia dostawy energii elektrycznej na Pani koncie rozliczeniowym wszelkie należności za energię elektryczną wynikające z umowy były uregulowane. W związku z powyższym Spółka nie miała podstaw do dalszego wstrzymania dostawy energii."

RODO-SRODO. Tyle w temacie.

Wciąż czekam na odpowiedź Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

A z życia naszego, przyziemnego kosmosu, to Aga ma jutro 24 urodziny. Świętowała je już w szkole tuż przed zakończeniem roku, ze swoją ekipą, a jutro spodziewamy się chrzestnej z rodziną. Jutro zaczynamy też wakacje, bo do dziś Młoda jeździła na Lato w mieście a matka mogła jeszcze popracować. Zwijamy klamoty i wynosimy się w niedzielę na Banderozę, gdzie jeździłyśmy ostatnio na każdy weekend. Bo wiecie - matka jest już kierowcą pełną gęmbą a powoli staje się też zapalonym działkowcem. Wyrezała sobie cztery grządki, posadziła sałatę i szpinak i teraz trzeba to podlewać. 

Coraz bardziej podoba mi się to działkowanie, choć pamiętam, że Błogosławiona Danuta wiecznie pomstowała, że na tych piachach nic nie chce rosnąć. Oprócz chwastów, bo te rosną na potęgę na każdej glebie, również podczas suszy. Pfff. No więc jeździmy sobie w piątki, wracamy w niedziele i jesteśmy wolne jak ptaki. Niesamowicie doceniam ten stan i jestem z siebie ogromnie dumna, bo pokonałam bardzo długą i wyboistą drogę by ten stan osiągnąć. Grażynka ma rację - jestem zadaniowcem. Na dodatek dość chyba upartym, co mnie poważnie zdumiewa bo całe życie miałam się za osobę ze słomianym zapałem.

Jedziemy więc działkować na trzy tygodnie a potem czeka mnie najpoważniejszy test na kierowcę - 450 km drogi na turnus. Nie powiem, żebym się lekutko nie bała... ale odwrotu nie ma. 

A w ogóle czy ja przedstawiałam Wam już mojego zięcia?


wtorek, 5 kwietnia 2022

jazda!

Ja naprawdę nie wiem gdzie mi się podział luty i marzec. Nie zauważyłam. Tak się zakręciłam w tej nauce jazdy.
Z drugiej strony słabo mi jak widzę ile to już trwa...

No uczę się. Znaczy chyba już skończyłam wreszcie się uczyć w zeszłym tygodniu. Bo ile można. Miałam co prawda dwutygodniową przerwę, bo Młoda podupadła na zdrowiu i to tak z przytupem. Jak zwykle zapalenie płuc, rekordowo wysoka temperatura 41 z kawałkiem (nie liczyłam tych kreseczek bo umarłam na zawał). I nie było zmiłuj - lekarz nie miał czasu przyjść do niepełnosprawnej osoby. Jutro. 

Wkurza mnie to już tak bardzo, a nie jestem w stanie poprawić tej sytuacji. Niby obowiązuje jakieś pierwszeństwo ale tylko teoretycznie. Praktycznie jak dzwonię i chcę zamówić wizytę lekarską, to czy to będzie wizyta domowa czy stacjonarna, słowo klucz "niepełnosprawność" nie robi na nikim żadnego wrażenia. Nie ma miejsc, lekarz nie da rady, przykro mi. Zawsze może pani zadzwonić po pogotowie. I tyle.

A skoro nie chciałam wzywać pogotowia (zgadnijcie czemu) to przez godzinę musiałam polewać Młodą zimną wodą w wannie, bo żadne leki przeciwgorączkowe nie dawały rady. No i do obiecanego "jutro" jakoś dotrwałyśmy...

A potem znowu zaczęłam się uczyć. Taką uroczo oklejoną furą.


Jak widzicie - same trupie czachy na masce, więc jak prułam te całe dozwolone 50km/h to wokół mnie było pusto. Bardzo mi się podobało, bardzo. Natomiast od dłuższego czasu jeżdżę z moim instruktorem  (ups - jeździłam, bo już jeżdżę sama!) moją błękitną strzałą i już nie było tak luksusowo. 

Muszę powiedzieć, że przeżyłam (i wciąż przeżywam) mocne wzloty i upadki. Od euforii po Rów Mariański. Od "będę zajebistym kierowcą" po "nigdy się tego nie nauczę, co ja sobie myślałam". Bardzo dużo mnie to wszystko kosztowało i gdybym nie zaczęła od dupy-strony czyli od kupna samochodu, chyba dałabym sobie spokój. A tak - zainwestowałam konkretne pieniądze, czas i zaangażowanie kilku osób, oraz było nie było - ogłosiłam całemu światu, że będę jeździć. W tej sytuacji nie idzie się poddać. Dlatego mozolnie wygrzebywałam się z kolejnych dołów, na kolanach, emocjonalnie sponiewierana, z gorzką świadomością, że jednak ten mój beret to jest potężnie zryty. Żeby sobie do tego stopnia wmówić, że się człowiek nie nadaje, to nie każdy potrafi. Ja potrafię, jestem mistrzem.

I w zasadzie to z lutego i marca nic więcej nie pamiętam. Wyrzucałam Młodą do szkoły, leciałam na dwugodzinne jazdy, potem do pracy, szybko do domu bo Młoda wracała już ze szkoły i tak dzień za dniem. Jeśli nie miałam jazd, to trzeba było ogarnąć zakupy, gotowanie czy inne zwykłe obowiązki. 

W międzyczasie zaczęłam już umierać ze strachu, że nieuchronnie nadchodzi ten moment, kiedy będę musiała usiąść za kierownicą bez towarzystwa instruktora. Co nastąpiło zaledwie w zeszłą środę. Instruktor wziął mnie z zaskoczenia.
Oświadczył bowiem, że dziś jedziemy na dwa auta, bo on musi swój zaprowadzić do mechanika. I mimo mojego zawału, pojechaliśmy...

Kończąc już ten przydługi wątek powiem, że powoli zaczęłam w końcu jeździć sama. Tak wokół komina, czyli po najbliższej okolicy, ale ten największy strach chyba mam za sobą (oby!). 
Auto z podjazdem sprawdza się znakomicie - Młoda wjeżdża jak królowa, siedzi sobie w swoim wózku, przestrzeni jest cale mnóstwo. Na dłuższe trasy będę sobie ją przesadzać na siedzenie obok mnie, bo potrzebuję załadować na pakę rikszę i pół chałupy, ale podczas krótkich przejażdżek nie muszę się szarpać. Bardzo lubię to nasze autko.

Poniżej dwie próby generalne> Na jednej Młoda w kapciach, na drugiej w siatce od Wioletki :)




I tak o. Miałam co prawda jeszcze ciekawe przygody: a to w banku, a to w urzędzie dzielnicy, ale to już chyba następnym razem. 
W czwartek natomiast jadę odłączyć prąd mojej cudownej, przybranej rodzince. Koniec wakacji.



sobota, 15 stycznia 2022

obiecanki

Przeczytałam sobie poprzednią notkę, żeby wiedzieć, w którym momencie przerwałam tę fascynującą historię. I pomyślałam - o matko... kiedy to było...

A minęło dopiero półtora miesiąca.

Jestem w permanentnym niedoczasie. Dużo się zadziało a ja nawet nie miałam kiedy (i nie miałam siły, tak po prawdzie), usiąść i coś napisać. I dzieje się nadal.

Po mecenasie zdążył opaść kurz. Szybko się okazało, że jest bardzo miły, ma dobre pomysły i dużo chęci, jednak czasu dla mnie nie ma za grosz i jest tragicznie niesłowny. Plan działania jaki mi przedstawił był świetny, ale co z tego jak prawie nietknięty. Kilka razy miał jechać do najemców dziś, jutro a najdalej pojutrze i nigdy tam nie dotarł. Kłamaał, że był ale nie został wpuszczony choć światło się paliło - i z tym światłem przedobrzył bo nie ma opcji, żeby zlokalizował okna na czwartym piętrze piątej klatki ośmioklatkowego bloku znajdujące się po drugiej stronie budynku.

Oczywiście zdążyłam złapać doła jak stodoła, przepłakałam sprawę, po czym powstałam jak feniks z popiołów, otrzepałam się i postanowiłam, że czas ruszyć do Killerki. Wierzę, że wszystko co nas spotyka ma jakiś swój sens. Być może musiałam przegryźć się z mecenasem, żeby nabrać siły do podjęcia moich własnych, samodzielnych decyzji. I wybrałam girls power. Mam nadzieję, że dobiłam do właściwego portu.

Czyli domyślacie się, że wciąż utrzymuję czteroosobową już rodzinę. Tak, bąbelek się narodził.

A poza tym to co. Święta spędziłyśmy we dwie, w domu. Wigilia była bardzo klimatyczna i wzruszająca. Dla mnie, bo Młoda jakby potrafiła, to pewnie popukałaby się w czoło patrząc na smarkającą co chwilę matkę. Mimo wszystko byłam bardzo zadowolona, że zdecydowałam się zostać w domu. Tego mi było trzeba - samotności we dwie, intymności, świątecznego wieczoru na moich zasadach, z czytaniem Biblii, śpiewaniem kolend, w blasku świec. Miałyśmy siebie na wyłączność i wiem, że Młodej bardzo się to podobało.

W przerwie świątecznej poleniłyśmy się do całkowitego znudzenia, więc po Nowym Roku obie z wielką chęcią wróciłyśmy do swoich obowiązków. 

A teraz żyję tematem - ja i moje pierwsze auto. Nie wiem już, czy pisałam kiedyś o tym czy nie, bo wszystko mi się miesza, ale całe swoje dorosłe życie sądziłam, że nie nadaję się na kierowcę. Mam prawo jazdy od 30 lat, ale poza kilkoma epizodami kiedy po nocy odwoziłam maluchem do domów  imprezowiczów, nigdy nie jeździłam. Długi i trudny temat, taka zaciapa w głowie. No i teraz nadszedł czas, kiedy trzeba się przeprogramować, bo nie mogę już sobie wymyślać wymówek i liczyć, że zawsze znajdzie się dobry człowiek, który będzie nas woził na Banderozę czy na turnus. Samochód daje nam niezależność i - niestety - jest w naszym życiu niezbędny.

Latem w Gościmiu obiecałam sobie, że za rok na turnus przyjedziemy własnym autem. Same. I kurde, nie chcę ale muszę. Więc chyba nabyłam auto... I chyba jestem już po pierwszej jeździe doszkalającej... I nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Jestem autentycznie przerażona, bo moje życie od kilkunastu miesięcy wywala się do góry nogami. Nic już nie jest tak jak było. I mimo, że wiem, że idę w dobrym kierunku, to jednak aby dotrzeć do celu muszę wyjść daleko, daleko poza strefę komfortu. A życie w ciągłym stresie to wiecie jakie jest.

Taki ze mnie wydziwus, że zamiast cieszyć się, że jednak zmierzam do tego co sobie obiecałam, realizuję plan krok po kroku, za chwilę zyskam niezależność, będę mogła jechać gdziekolwiek chcę i kiedy chcę - rozpaczliwie staram się zdusić w sobie lęk i chęć ucieczki. 

Obiecuję sobie, że za rok wrócę do tej notki i będę się z siebie śmiać do rozpuku. Że tak bardzo bałam się tego, co dla większości ludzi jest normalnością,  banalną czynnością jak codzienne mycie zębów.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! W nowym życiu, w nowych postanowieniach i nowych strefach komfortu...

piątek, 25 czerwca 2021

dzień ojca

Nie wiem doprawdy co się dzieje z tym czasem. Gdzie mu się tak spieszy i czemu się uparł, żeby mi spiętrolić. Jest 23:16. Położyłam się z lapkiem i solidnym postanowieniem, że coś napiszę. Ale jest 23:17 i szczerze mówiąc - przybijam gwoździa.

To dziś krótko.

Oczy wyleczone! Nareszcie! Byłam u okulistki, która orzekła, że to wygląda jakby się zaczęło uczuleniem a na skutek mojego orcowania - się zakaziło. Dostałam krople z antybiotykiem i odżyłam po dwóch dniach. Ludzie...

Co to jest za ulga! Czuję się teraz jak po liftingu, takie mam oczy naciągnięte! A to tylko opuchlizna zeszła. Szkoda, że nie zabrała ze sobą tych zmarszczek co mi je dała w prezencie.

Wczoraj był Dzień Ojca. Aga zrobiła dla Taty lampionik w szkole. Podobno przy tej robocie polały się łzy i było sporo emocji. Po południu poszłyśmy na cmentarz - ona do swojego, a ja do swojego Taty. 


***

I tyle zdołałam napisać wczoraj.

***

W ogóle, to co siądę do tego pisania to mi wena ucieka. Jak gdzieś idę czy biegnę to mam tyle przemyśleń, że nie nadążam zapamiętywać. Potem siadam i wszystko to takie mądre co wymyśliłam, już wyparowało. Taka oto niemoc intelektualna.

Jakoś to nasze życie powoli się układa. Ja jestem spokojniejsza a tym samym Młoda jakby też. Pani wychowawczyni donosi mi co jakiś czas, że Aga coraz więcej się otwiera, coraz chętniej rozmawia. Dopiero teraz dowiaduję się, że w szkole bali się, że ona się całkiem zamyka - uciekała w swój świat, dużo spała, była nieobecna. Teraz jest całkiem inaczej. Chętnie uczestniczy w życiu klasy, czasami od samego rana wodzi wzrokiem za wychowawczynią chcąc ją przywołać na rozmowę. Wybrała sobie tę panią Martę na powierniczkę - tylko z nią rozmawia o sprawach domowych, tatowych. Wcale się nie dziwię, to bardzo wrażliwa, spokojna i uważna osoba wysokiej kultury.  

A pani Marta dzwoni do mnie co jakiś czas i - za pozwoleniem Młodej - przekazuje o czym gadają. To niesamowite, jak wiele tematów ta dziewczyna przerabia, w sensie Aga, nie Marta. Wydawałoby się, że wielu zdarzeń nie rejestruje a ona widzi i słyszy wszystko. Ostatnio martwiła się o moje zdrowie i mówiła o tym w dniu, kiedy miałam iść do okulisty. Martwiła się też, że nie załatwimy dowozu na "Lato w mieście" (załatwione!). Ale dużo też mówi o tacie. Że tęskni (i dodaje symbol "zdrowy" - za zdrowym tatą?), że często chodzimy na cmentarz, że ma zdjęcie taty przy łóżku. Pani Marta pyta: Agnieszko, a czy to ci pomaga na twoją tęsknotę? - Nie.

Mówi też, że wie, że tata jest przy niej tylko ona go nie widzi.

A ja dwa i pół miesiąca czekałam, żeby do mnie przyszedł. Zastanawiałam się, czy to zrobi. Mama mnie odwiedziła, a on do tej pory tylko raz mi się śnił i to przez moment. Żadnej akcji, dialogu, sam sekundowy obrazek, z którego trudno było mi cokolwiek wywnioskować.

A przedwczoraj przyszedł. Czułam go tak realnie... Położyłam się spać i jak zwykle po chwili już mnie nie było. I wtedy poczułam jego oddech, westchnienie... Jakby chciał wtulić twarz w moją szyję od tyłu. Czasem lubił się tak przytulać. W pierwszej nanosekundzie się wystraszyłam, a potem pomyślałam, że to głupie. Czego mam się bać? Przecież chciałam żeby przyszedł. I zapytałam - to ty? czy to ty? Nie odpowiedział, ale czułam tak bardzo realnie ten oddech. Byliśmy tak bardzo blisko siebie, jakbyśmy byli zamknięci w jakiejś bańce. I choć byłam całkiem wybudzona to trwałam z zamkniętymi oczami bo wiedziałam, że jak je otworzę to bańka pryśnie... I po kolejnej chwili prysła... Świat nabrał swoich zwykłych rozmiarów.

Niesamowite doznanie. Szkoda, że bez słów. Bo tyle chciałabym mu jeszcze powiedzieć i o tyle zapytać... Ale pozytywne. Odebrałam same pozytywne wibracje. Może chciał mi dać znać, że jest, że nie ma żalu, że czuwa? Że między nami wszystko ok? 

*

A jutro jedziemy na Banderozę. Z Kinią. Nikt tam jeszcze nie był po zimie i boję się, co zastanę. Za dwa tygodnie zamierzam tam rozpocząć z Młodą wakacje i chcę się rozeznać co i jak. 

A póki co, nieliczne wolne weekendowe wieczory (tak jak dziś) spędzam tak:


i to uwielbiam!! Spokój, ciepły letni wieczór, dziergadło i serial ;) I moje kwiatecki!



wtorek, 8 czerwca 2021

z tym drapaniem - aktualne...

No niestety. Bujam się z tym problemem już drugi miesiąc. Właściwie zaczynam się przyzwyczajać... Zmarchy mi się porobiły takie, że nie mogę na siebie patrzeć.

Teleporada odbyła się tydzień później, czyli wczoraj, albowiem lekarze okazuje się - też chorują. Dziękuję za wszystkie podpowiedzi, dzięki nim oprócz zleconych badań, zrobiłam też poziom witaminy D. Oraz przeanalizowałam skład farby, którą ostatnio szalałam po domu. Oraz przeanalizowałam wszystkie Wasze sugestie. Mądrzejsza nie jestem, bo nic sensownego nie znalazłam. Oprócz tego stresu, prawda. No nic, jutro idę na prawdziwą wizytę z wynikami badań i zobaczymy.


Ponieważ czuję się dobrze tylko na rowerze i kiedy biegnę, czyli w ruchu, postanowiłam przyjąć wspaniałomyślne zaproszenie mojej nieocenionej Kini i pojechałyśmy do niej na działkę. Na Podlasie. Żebym mogła pobiegać po lesie i owionąć wiatrem te moje oczy ;) Pojechałyśmy w pięć bab i jednego chłopa, jej chłopa, czyli że w sensie męża. Pozwalam sobie na takie śmiałe określenie, albowiem on nas w rozmowie telefonicznej ze swoim kumplem ocenił tak: jestem tu z młodą panną, starą panną, starą wdową, młodą wdową i żoną. I nie dostał po łbie!

 Muszę powiedzieć, że nie pamiętam kiedy ostatni raz tak się śmiałam. Śmiałam się całe trzy dni oprócz czasu spędzonego w podróży. 

po bieganiu polecam dzierganie, kawkę i ajerkoniaczek :)

Bo w podróży mało mnie szlag nie trafił. W tamtą stronę, po godzinie jazdy, zorientowałam się, że zostawiłam w domu telefon. No matko jedyna no... Toć w telefonie jest połowa życia - jest nawigacja niezbędna do latania po obcym lesie i okolicy, jest aparat fotograficzny niezbędny do uwiecznienia każdego drzewa, kwiatka, krzaczka oraz mojej zarąbistej spódniczki biegowej na tle jeziora, jest fejsbunio i instagramek, jest wreszcie kasa... Bardzo się zdenerwowałam, bardzo. Szczególnie, że opanowały mnie złe myśli, że jeśli zostawiłam telefon w domu, no to trudno - skoro jestem taka pipaparapa, to będę miała odwyk. Ale jeśli go wzięłam i on mi wypadł z kieszeni jak wkładałam Młodą do auta na ten przykład... to już dużo gorzej. Na szczęście czekał na mnie na kanapie.


Moi kochani przyjaciele pocieszali mnie jak mogli, ciągnąc ze mnie kabla jak stąd do Suwałk. Że razem z telefonem na pewno cały domek za mną tęskni. Kibelek posrał się z tęsknoty i kran się popłakał. Tak im się nudziło w tej dziczy. A mieszkaliśmy w ostatnim domu pod lasem, cicho i spokojnie, ptaszki śpiewały całą dobę, dopóki nie przyszedł leśnik z podkaszarką.



Może bym im miała za złe to darcie łacha (przyjaciołom, nie ptaszkom) ale zaopiekowali mnie tak czule, że mogą sobie żartować ile wlezie. Pozwolili mi biegać (codziennie!) i dziergać, zaopatrzyli w telefon, nakarmili pierogami i jajkami poche (albo faberże), rozpalili ognicho, pośpiewali... Było cudownie.

tak mi dziewczynki przyozdobiły talerzyk 

Młoda posiedziała na tarasie, pochrapała, pospacerowała. Obiecała, że nie będzie kablować swojej wychowawczyni, co robiła na działce, a w szczególności co się działo wieczorami. Się zobaczy.


Droga powrotna trwała 6 i pół godziny, z czego 1/3 tego czasu toczyliśmy się w Warszawie. Cała Polska wracała z długiego weekendu. No trudno, i tak było warto. 



ostatnie bieganie, w kapuśniaczku ale za to w towarzystwie przepięknej tęczy

piątek, 7 maja 2021

Wioletka

No i jest. Wisi. Piękna taka, kosmiczna.

Przedstawiam Państwu - oto Wioletka. 

Dostała imię na cześć koleżanki, która wystraszywszy się swej niemocy, poruszyła lawinę - wyszukała ten system, wykonała pierwszy telefon (bez mojej wiedzy!) i zamówiła projektantkę systemu do naszego domu. Ja nie miałam tyle odwagi, ani fantazji. Nie śniło mi się, kiedy pierwszy raz zobaczyłam to ustrojstwo u Precla kilka lat temu, że i nam się uda je mieć.

Chrzest odbędzie się najpewniej za tydzień, bo okazało się, że zebranie zaledwie czterech kobiet w jeden wolny wieczór graniczy z cudem. Tak naprawdę trzech matek chrzestnych tego projektu, które się uparły, że Wioletka zawiśnie na naszym suficie. Kinia, Jola i Wiola.

Będziemy rozwalać szampana o to UFO. 

Minął tydzień odkąd ani razu, ani jednego razu nie dźwignęłam Młodej. A pierwszego dnia, zaraz po montażu, wykrzyczałam, że wypieprzę to gówno za okno. Kinia świadkiem. Byłam zmęczona, wykończona, i tak bardzo chciałam założyć tę kamizelkę w trzy sekundy, że kiedy się okazało, że halo - muszę się tego nauczyć, puściły mi nerwy i emocje. 

Ale następnego dnia pomyślałam sobie, że mam duże zobowiązanie wobec tak wielu osób, które zrzuciły się na to, by mi się żyło łatwiej, że po prostu muszę dać szansę Wioletce. I postanowiłam, że zawalczę i się tego nauczę. I kiedy podeszłam do sprawy ze spokojem, wszystko poszło zupełnie gładko. Grunt to spokój.

Cała trudność polega na zakładaniu kamizelek. Bo samo przemieszczanie się to żadna filozofia, nawet zmiana pomieszczeń. Ruch góra-dół jest obsługiwany przez pilota, czyli nie ma mowy o jakimkolwiek dźwiganiu. Ruch prawo-lewo, to siła własnych mięśni ale tak naprawdę to żaden wysiłek, bo poruszamy się na kółkach w szynach. Jak drzwi przesuwne w szafie.

Zakładanie kamizelki początkowo nie jest proste, jeśli mamy do czynienia z osobą kompletnie nie współpracującą. Młoda nie podniesie nogi, nie utrzyma pozycji siedzącej bez podparcia, nie przytrzyma się - nie pomoże w żaden sposób. Wręcz odwrotnie - trzeba pamiętać o lewej ręce, która niechybnie ma jakąś ukrytą sprężynę w środku, bo uwolniona ląduje natychmiast we włosach. 



Ale to wszystko kwestia wypracowania swojego własnego sposobu i najbardziej dogodnej pozycji zakładania tej kamizelki i podpinania do Wioletki. Jeśli przesadzam Młodą z wózka na kanapę czy łóżko, to muszę zakładać kamizelkę na siedząco. Kwestia wsunięcia jej za plecy i podłożenia tych długich wąsów pod nogi. Już nie staram się robić tego aż tak bardzo dokładnie i równo bo wiem, że przy podnoszeniu do góry wszystko się wyrówna samo i znajdzie na swoim miejscu. Wystarczy zahaczyć równolegle za te same kolorowe tasiemki i gotowe. 

Natomiast jak przenoszę Agę z łóżka/kanapy na wózek lub do łazienki (do wanny, na kibelek), to zapinam ją w pozycji leżącej. I znowu - ważne, żeby równo zahaczyć te kolorowe tasiemki, inaczej będzie przechylona na jedną ze stron. Nie wiem czy kumacie o co mi chodzi, ale ufam że tak :)

Bałam się, że cała ta operacja zakładania i podpinania będzie trwała tak długo, że dam sobie spokój i po prostu dźwignę, żeby było szybciej. Szczególnie rano, kiedy wyprawiam Młodą do szkoły i każda minuta między szóstą a siódmą rano cenna. Otóż nie. Chyba naprawdę już byłam zmęczona, bo ani razu nie przyszło mi to do głowy - po prostu podpinam i już.

Swoją drogą - odzwyczaję się od dźwigania i co to będzie na wakacjach, na turnusie? E tam, głupie gadanie, ciało tak szybko nie zapomina, wiem to z praktyki biegacza. I wolę podźwigać kilka tygodni, niż resztę życia.

Jestem przeszczęśliwa. Uświadomiłam sobie dziś, że coraz łatwiej wstaje mi się z łóżka rano. Został jeszcze pewien dyskomfort ale już nie muszę dobierać odpowiedniej pozycji by zminimalizować ból pleców. Ba! Ja chyba nawet dziś wstałam w ogóle o tym nie myśląc! Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak się czułam. I mój bark jakby mi nie dokucza... Mogę podnieść wyprostowane ramię do góry. Bez bólu.

Życie bez bólu jest możliwe.

Uwielbiam Wioletkę. I uwielbiam Was za to, że daliście mi Wioletkę.

Dziękuję.