... bo jakiś listopad się zrobił, choć już było przez chwilę lato. Trochę to złośliwe ze strony pani Wiosny.
Bardzo nam się ta zima dłużyła, mimo, że starałyśmy się spędzać ją aktywnie. Przede wszystkim połaziłyśmy po muzeach bo wreszcie miałyśmy na to czas. Próbowałam wykreować rutynę czwartków z kulturą, ale w naszym rettowym życiu nic nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Udało się co któryś czwartek, ok, dobre i to.
W międzyczasie były jakieś święta, które udało nam się spędzić w bardzo miłym, wesołym, trochę nawet szalonym towarzystwie. Było głośno, gwarnie i totalnie bez stresu. No i na każde z nich pojechałyśmy naszym autem. Może Was dziwi, że tak podkreślam ten fakt, ale dla mnie to ogromny krok naprzód. Jak sobie ktoś przez trzydzieści parę lat wbijał do głowy, że jazda samochodem to zabawa absolutnie nie dla niego, to potem te trzy lata co je już przejeździłam okazuje się zupełnie niewystarczające, żeby w siebie uwierzyć. Ciekawe ile to jeszcze potrwa...
I cóż, teraz naprawdę czekamy na wiosnę. Na Banderozie byłyśmy już ze trzy razy ale tylko na parę godzin, bo chałupa nieogrzewana to i za zimno na nocowanie. Może nawet nie tyle na nocowanie, bo my z zimnego chowu i w domu też mamy zakręcone kaloryfery przez większość okresu jesienno-zimowego. Wystarczy dobrze się przykryć i w takiej lodówce śpi się znakomicie. Ale umyć się, przebrać, dokonać fikuśnej Agnieszkowej toalety to już za fajnie nie jest. Czekamy więc na tę wiosnę a ona nagle pokazała jakiegoś focha. A ja mam maliny do posadzenia!
Generalnie bardzo nam jest dobrze na tym urlopie. Stwierdzam, że mogłabym już udać się na emeryturę. Kiedy pojawiam się u siebie w pracy czasami, to mówię koleżankom, że W OGÓLE nie tęsknię za pracą, choć ją przecież bardzo lubiłam. Trochę tęsknię za ludźmi z pracy, bo mamy wyjątkowo udaną, zgraną i bezkonfliktową ekipę, ale za pracą nic a nic. I już zaczynam drżeć na myśl, że za cztery miesiące muszę wrócić. Długo myślałam nad tym, co dalej. Czy ja w ogóle dam radę wrócić do pracy?
Bez żalu pożegnałam myśl o oddaniu Młodej do jakiegoś ośrodka dziennego pobytu. Z kilku powodów. Po pierwsze ośrodków w okolicy brak (tak, to stolica proszę Państwa). Może gdzieś dalej coś bym znalazła, ale czy byłoby to "coś" czy miejsce dobre, w którym działoby się pozytywnie? Wykluczam przechowalnie, a jak znam nasze polskie realia, na tym by się skończyło. Choćby dlatego, że Aga jest bardzo grzeczną, nieabsorbującą osobą. Niczego się nie domaga, nie pyskuje, nie płacze, nie krzyczy, nie psoci, nie ucieka. Akuratnie by posadzić ją w kąciku i zająć się tymi, którzy się domagają. Po drugie, mając z tyłu głowy to co powyżej - czy ja jestem gotowa na kierat odwożenia jej i przywożenia w stołecznych korkach, oraz w międzyczasie pracowania zawodowo? Nie jestem.
Zorientowałam się też, w sposób dość brutalny, że mogę w zasadzie zapomnieć o opiece wytchnieniowej. Byłam w naszym MOPS-ie i już wiem, że należy go zaorać. ZAORAĆ. I zabronować, co by kamień na kamieniu nie pozostał. W całej Polsce rozporządzenie o opiece wytchnieniowej realizują MOPS-y a w Warszawie nie. Bo nie. Zajmują się tym tylko jakieś stowarzyszenia, które polecają sobie znaleźć na własną rękę osobę, która będzie się opiekować. A jak se znalazłam to oni znaleźli masę problemów z dupy, które mnie ostudziły. Nawet nie chce mi się tego tu rozkminiać, szkoda moich nerwów. Być może kiedyś znajdę siły, by się ponownie tym tematem zająć.
Znienacka pojawiła się jeszcze inna możliwość. Od 1 stycznia obowiązuje rozporządzenie o możliwości pobierania zasiłku wspierającego dla dorosłych osób ze znaczną niepełnosprawnością. Dla tych najbardziej niesamodzielnych. Trzeba jedynie stawić się na komisji (kochamy komisje!), która ustali poziom potrzebnego wsparcia, po uprzednim złożeniu wniosku rzecz jasna. Wniosek takowy złożyłam od razu 1 stycznia, i już (sic!) 19 marca byłyśmy na komisji. Pierwszy raz w życiu dostałyśmy za cokolwiek w czymkolwiek maksymalną liczbę 100 pkt. I ja wiem, że może wydaje się Wam to odrobinę chore, ale cieszymy się jak wariatki! Kto by się spodziewał! Po komisji, która ustaliła całkowitą niezdolność do samodzielnej egzystencji, oraz po innej komisji, która ustaliła całkowitą niezdolność do pracy - mamy to! Trzecia komisja ustaliła, że potrzebne jest maksymalne wsparcie. OŁJEE!
I teraz wiemy, że Młoda dostanie ten zasiłek, w związku z tym stać ją na zatrudnienie osoby wspierającej. Taka była chyba idea tego zasiłku - zatrudnić pomoc, odciążyć rodzica czy kto tam był na służbie do tej pory i stworzyć mu możliwość pójścia do pracy. I super. Być może jest to kusząca propozycja dla kogoś, kto nie pracuje zawodowo i chciałby się wyrwać z domu. Choć trudno mi sobie wyobrazić kobietę około pięćdziesiątki, która wypadła z rynku pracy 20-25 lat temu, z organizmem styranym ciężką fizyczną pracą przy opiece nad osobą całkowicie niesamodzielną, która teraz nagle dostaje wigoru i chce rozpocząć karierę zawodową. Ok, bez sarkazmu - pewnie chce się wyrwać z domu ale na pewno nie do pracy. Ona, tak jak ja, na pracę już nie ma siły. No sorry, taka jest prawda. Wszystko mnie boli - kręgosłup, kolana, biodro, kostka, barki i łokcie. Ja marzę o emeryturze a nie o pracy.
Pewnie spłaszczam problem i postrzegam go przez pryzmat swojego życia i moich potrzeb. Sytuacje życiowe są naprawdę bardzo różne, o czym można się przekonać dołączając do grupy na FB dedykowanej temu zasiłkowi, choć nie polecam, bo można osiwieć. Ogrom ludzkich dramatów powala. A dramaty te niestety uruchamiają w ludziach wiele niefajnych mechanizmów. Ale ja nie o tym. Konkluzja jest mianowicie taka, że ja wolałabym już sama zrezygnować z pracy i się "zatrudnić" na służbie u mojej córki niż szukać kogoś płatnego do opieki, by móc wrócić do pracy, na którą nie mam już siły. inna kwestia to znalezienie odpowiedniej osoby...
Ale zdecydowałam inaczej. Spróbujemy popracować razem, na pół etatu. Zwolnić się mogę w każdej chwili, prawda? Mam to szczęście, że pracuję blisko, w naprawdę przyjaznym środowisku i mam świetnego dyrektora, który rozumie moją sytuację. Zaproponowałam powrót na pół etatu, w godzinach, w których nikt nie chce pracować - piątek popołudniu i sobota rano. W tych dniach bez trudu znajdę wolny, osobny gabinet, w którym zadekuję Młodą. Bo przesz nie będzie siedzieć ze mną. Spróbujemy. Jeśli będzie to zbyt obciążające dla którejkolwiek z nas, to się zwolnię. Jestem już w zupełnie innym momencie swojego życia - ja już nie pragnę wyrwać się z domu, nie pragnę kontaktu ze światem. Ja pragnę spokoju. Takie życie jakie teraz prowadzimy bardzo nam odpowiada. Niespieszne, spokojne. Dużo spacerów, jakieś ciekawe wycieczki a jak się zrobi ciepło, to pojedziemy na wieś i będziemy gospodarzyć :) I jeździć na rowerze :)
Jak dobrze znów Cię czytać! Pozdrowienia serdeczne dla Was!
OdpowiedzUsuńŻonkile, jakie cudne, jak ich dużo! Czyżbyście były w UK? Bo tam są całe połacie żonkilowe, w parkach, przy jezdniach, wszędzie! :)
OdpowiedzUsuńCo do pracy, doskonale Cię rozumiem. Jestem na emeryturze 3 lata i jestem szczęśliwa (wcześniej też nie pracowałam od 2012 roku, bo całe życie wcześniej pracowałam, bo jak inaczej, ale nigdy nie chciałam pracować, dla mnie praca to jak zamach na własną wolność).
Tak, masz rację, Młoda jest za grzeczna, wielu opiekunów sobie ją "odpuści"... Ale że w Warszawie takie cyrki i z miejscami dla ludzi z potrzebami Agi i z ofertą opieki, to skandal i dla mnie szok.
Jesteś bardzo dzielna. Podziwiam Cię.
Chciałam tylko powiedzieć, że cieszę się z każdego wpisu :) Czytam pani bloga od lat, ale jeszcze nigdy nie komentowałam. Wszystkiego dobrego!
OdpowiedzUsuńMatko, co u Ciebie, u Was slychac? Jak Wam minal rok i jakie plany na przyszlosc? Usychamy tu, mimo ze nie zostawiamy komentarzy codziennie...!
OdpowiedzUsuńUsciski, novembre
Witaj Matko :) Wpadlam tylko zostawic komcia ze tesknimy. Mam nadzieje ze wakacje minely wam dobrze mimo upalow. Sciskam z Wiatrakowa
OdpowiedzUsuń