Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasiłki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasiłki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 kwietnia 2024

mówicie, że jesień...


... bo jakiś listopad się zrobił, choć już było przez chwilę lato. Trochę to złośliwe ze strony pani Wiosny.

Bardzo nam się ta zima dłużyła, mimo, że starałyśmy się spędzać ją aktywnie. Przede wszystkim połaziłyśmy po muzeach bo wreszcie miałyśmy na to czas. Próbowałam wykreować rutynę czwartków z kulturą, ale w naszym rettowym życiu nic nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Udało się co któryś czwartek, ok, dobre i to. 

W międzyczasie były jakieś święta, które udało nam się spędzić w bardzo miłym, wesołym, trochę nawet szalonym towarzystwie. Było głośno, gwarnie i totalnie bez stresu. No i na każde z nich pojechałyśmy naszym autem. Może Was dziwi, że tak podkreślam ten fakt, ale dla mnie to ogromny krok naprzód. Jak sobie ktoś przez trzydzieści parę lat wbijał do głowy, że jazda samochodem to zabawa absolutnie nie dla niego, to potem te trzy lata co je już przejeździłam okazuje się zupełnie niewystarczające, żeby w siebie uwierzyć. Ciekawe ile to jeszcze potrwa... 

I cóż, teraz naprawdę czekamy na wiosnę. Na Banderozie byłyśmy już ze trzy razy ale tylko na parę godzin, bo chałupa nieogrzewana to i za zimno na nocowanie. Może nawet nie tyle na nocowanie, bo my z zimnego chowu i w domu też mamy zakręcone kaloryfery przez większość okresu jesienno-zimowego. Wystarczy dobrze się przykryć i w takiej lodówce śpi się znakomicie. Ale umyć się, przebrać, dokonać fikuśnej Agnieszkowej toalety to już za fajnie nie jest. Czekamy więc na tę wiosnę a ona nagle pokazała jakiegoś focha. A ja mam maliny do posadzenia!

Generalnie bardzo nam jest dobrze na tym urlopie. Stwierdzam, że mogłabym już udać się na emeryturę. Kiedy pojawiam się u siebie w pracy czasami, to mówię koleżankom, że W OGÓLE nie tęsknię za pracą, choć ją przecież bardzo lubiłam. Trochę tęsknię za ludźmi z pracy, bo mamy wyjątkowo udaną, zgraną i bezkonfliktową ekipę, ale za pracą nic a nic. I już zaczynam drżeć na myśl, że za cztery miesiące muszę wrócić. Długo myślałam nad tym, co dalej. Czy ja w ogóle dam radę wrócić do pracy? 

Bez żalu pożegnałam myśl o oddaniu Młodej do jakiegoś ośrodka dziennego pobytu. Z kilku powodów. Po pierwsze ośrodków w okolicy brak (tak, to stolica proszę Państwa). Może gdzieś dalej coś bym znalazła, ale czy byłoby to "coś" czy miejsce dobre, w którym działoby się pozytywnie? Wykluczam przechowalnie, a jak znam nasze polskie realia, na tym by się skończyło. Choćby dlatego, że Aga jest bardzo grzeczną, nieabsorbującą osobą. Niczego się nie domaga, nie pyskuje, nie płacze, nie krzyczy, nie psoci, nie ucieka. Akuratnie by posadzić ją w kąciku i zająć się tymi, którzy się domagają. Po drugie, mając z tyłu głowy to co powyżej - czy ja jestem gotowa na kierat odwożenia jej i przywożenia w stołecznych korkach, oraz w międzyczasie pracowania zawodowo? Nie jestem. 

Zorientowałam się też, w sposób dość brutalny, że mogę w zasadzie zapomnieć o opiece wytchnieniowej. Byłam w naszym MOPS-ie i już wiem, że należy go zaorać. ZAORAĆ. I zabronować, co by kamień na kamieniu nie pozostał. W całej Polsce rozporządzenie o opiece wytchnieniowej realizują MOPS-y a w Warszawie nie. Bo nie. Zajmują się tym tylko jakieś stowarzyszenia, które polecają sobie znaleźć na własną rękę osobę, która będzie się opiekować. A jak se znalazłam to oni znaleźli masę problemów z dupy, które mnie ostudziły. Nawet nie chce mi się tego tu rozkminiać, szkoda moich nerwów. Być może kiedyś znajdę siły, by się ponownie tym tematem zająć. 

Znienacka pojawiła się jeszcze inna możliwość. Od 1 stycznia obowiązuje rozporządzenie o możliwości pobierania zasiłku wspierającego dla dorosłych osób ze znaczną niepełnosprawnością. Dla tych najbardziej niesamodzielnych. Trzeba jedynie stawić się na komisji (kochamy komisje!), która ustali poziom potrzebnego wsparcia, po uprzednim złożeniu wniosku rzecz jasna. Wniosek takowy złożyłam od razu 1 stycznia, i już (sic!) 19 marca byłyśmy na komisji. Pierwszy raz w życiu dostałyśmy za cokolwiek w czymkolwiek maksymalną liczbę 100 pkt. I ja wiem, że może wydaje się Wam to odrobinę chore, ale cieszymy się jak wariatki! Kto by się spodziewał! Po komisji, która ustaliła całkowitą niezdolność do samodzielnej egzystencji, oraz po innej komisji, która ustaliła całkowitą niezdolność do pracy - mamy to! Trzecia komisja ustaliła, że potrzebne jest maksymalne wsparcie. OŁJEE!

I teraz wiemy, że Młoda dostanie ten zasiłek, w związku z tym stać ją na zatrudnienie osoby wspierającej. Taka była chyba idea tego zasiłku - zatrudnić pomoc, odciążyć rodzica czy kto tam był na służbie do tej pory i stworzyć mu możliwość pójścia do pracy. I super. Być może jest to kusząca propozycja dla kogoś, kto nie pracuje zawodowo i chciałby się wyrwać z domu. Choć trudno mi sobie wyobrazić kobietę około pięćdziesiątki, która wypadła z rynku pracy 20-25 lat temu, z organizmem styranym ciężką fizyczną pracą przy opiece nad osobą całkowicie niesamodzielną, która teraz nagle dostaje wigoru i chce rozpocząć karierę zawodową. Ok, bez sarkazmu - pewnie chce się wyrwać z domu ale na pewno nie do pracy. Ona, tak jak ja, na pracę już nie ma siły. No sorry, taka jest prawda. Wszystko mnie boli - kręgosłup, kolana, biodro, kostka, barki i łokcie. Ja marzę o emeryturze a nie o pracy. 

Pewnie spłaszczam problem i postrzegam go przez pryzmat swojego życia i moich potrzeb. Sytuacje życiowe są naprawdę bardzo różne, o czym można się przekonać dołączając do grupy na FB dedykowanej temu zasiłkowi, choć nie polecam, bo można osiwieć. Ogrom ludzkich dramatów powala. A dramaty te niestety uruchamiają w ludziach wiele niefajnych mechanizmów. Ale ja nie o tym. Konkluzja jest mianowicie taka, że ja wolałabym już sama zrezygnować z pracy i się "zatrudnić" na służbie u mojej córki niż szukać kogoś płatnego do opieki, by móc wrócić do pracy, na którą nie mam już siły. inna kwestia to znalezienie odpowiedniej osoby...

Ale zdecydowałam inaczej. Spróbujemy popracować razem, na pół etatu. Zwolnić się mogę w każdej chwili, prawda? Mam to szczęście, że pracuję blisko, w naprawdę przyjaznym środowisku i mam świetnego dyrektora, który rozumie moją sytuację. Zaproponowałam powrót na pół etatu, w godzinach, w których nikt nie chce pracować - piątek popołudniu i sobota rano. W tych dniach bez trudu znajdę wolny, osobny gabinet, w którym zadekuję Młodą. Bo przesz nie będzie siedzieć ze mną. Spróbujemy. Jeśli będzie to zbyt obciążające dla którejkolwiek z nas, to się zwolnię. Jestem już w zupełnie innym momencie swojego życia - ja już nie pragnę wyrwać się z domu, nie pragnę kontaktu ze światem. Ja pragnę spokoju. Takie życie jakie teraz prowadzimy bardzo nam odpowiada. Niespieszne, spokojne. Dużo spacerów, jakieś ciekawe wycieczki a jak się zrobi ciepło, to pojedziemy na wieś i będziemy gospodarzyć :) I jeździć na rowerze :)



wtorek, 28 kwietnia 2015

trzęsidupa stara, bo młoda akurat bez trzęsiawki

Lecznicza maryśka coraz bardziej mnie interesuje albowiem nie ma już tygodnia by Młoda nie dostała ataku. Znowu ustala się jakiś nowy porządek - 6.30 rano jest atak a za pół godziny fest trzęsiawka. No i po wyjeździe do szkoły.

Mam wrażenie balansowania na krawędzi - nigdy nie wiem co mnie czeka jutro, czy zdołam załatwić zaplanowane sprawy, czy uda mi się złapać Danutę żeby przyszła popilnować wnuczki. Miałam dziś pójść do urzędu miasta ale wczoraj przeleciało mi przez głowę, że skoro mam chwilę to wskoczę na rower i pojadę od razu bo jutro... Dziś dziecko szczęśliwie w szkole, jutro może się okazać, że zostaje i lipa z sosną, nigdzie się nie ruszę. I prosz - mówcie mi wróżka.

Druga sprawa to Danuta. Ile jeszcze będę mogła złapać o tej 6.30 za słuchawkę i poprosić, żeby przyszła bo ja do pracy muszę? Kiedyś to były epizody raz na jakiś czas, ostatnio nie ma tygodnia bez kombinowania opieki.

Dziś postanowiłam zrobić eksperyment w celu uniknięcia trzęsiawki i podałam Młodej wlewkę w trakcie ataku. Nie żeby go przerwać tylko żeby nie dopuścić do tego szalonego napięcia całego ciała, które ciągnie się potem cały dzień. Bo sam atak nie jest tak wyczerpujący i straszny jak potem te całe długie godziny leżenia jak struna.
Udało się. Aga zasnęła na godzinę tuż po ataku a kiedy się obudziła funkcjonowała normalnie i do tej pory (10.00 rano) jest ok. Zjadła, wypiła, jest nieco zmęczona ale bez szajby. Nie śpi.

Tylko, że sposób ten nie pozwala mi jej jednak puścić do szkoły. Bo co - na głodniaka? Taki śpiący zezwłok? I po drugie - zacznę ją teraz wlewkami futrować?

Ostatnio przy składaniu wniosku o zasiłek pielęgnacyjny w wysokości 153 zeta miesięcznie, wraz z furą oświadczeń pod groźbą odpowiedzialności karnej dowiedziałam się, że mimo że polskie prawo przyznaje ten śmieszny zasiłek każdej osobie z orzeczeniem o niepełnosprawności to jeśli jeden z rodziców pracuje gdzieś zagranicą i tam pobiera jakieś świadczenia to państwo polskie wszczyna procedury sprawdzające. Czyli jak pani przyjmująca wniosek mi powiedziała - "zaczynamy śledzić" co, kto, gdzie i oczywiście ILE. Musiałam więc podpisać takie oświadczenie, że wszyscy mieszkamy razem, mamy takie samo nazwisko, jesteśmy zatrudnieni w kraju i nie pobieramy żadnych świadczeń z Unii Europejskiej.
Wow! Ciekawe ile hojne państwo polskie przeznacza środków na "prześledzenie"? Ile urzędników zajmuje się sprawdzaniem czy aby nie powodzi nam się zbyt dobrze? I czy jeśli nam się powodzi to zabierają tę zawrotną kwotę 153 zeta?
Bo wywalczone rok temu w sejmie świadczenie pielęgnacyjne też już chcą obciąć. Toć 1300 zeta to czysta rozpusta!
Obetnie się niepełnosprawnym to się dorzuci urzędnikom. Będzie miał kto przekładać kolejne papiery i słusznie głosować na Dekodera i całą tę szajkę złodziei. 5 milionów urzędników to nie w kij dmuchał, ładny elektorat...

Rozważam sobie te wszystkie sprawy i liczę te złotówki bo naprawdę nie wiem jak długo jeszcze uda mi się zatrzymać pracę. Być może będę musiała dołączyć do tych wstrętnych darmozjadów, którzy nie mieli rozumu by pozbyć się ciąży kiedy był na to czas a na dodatek teraz, zupełnie bez ambicji nie chcą się rozwijać na rynku pracy tylko bezproduktywnie zżerać nasze podatki wraz ze swoimi debilkami!!!! Zżerać podatki, niestety nie debilki, prawda.

Idę potłuc garkami póki mogę się tym pochwalić albowiem za to co w garkach zapłaciłam uczciwie zarobionymi pieniążkami.