Tym razem intuicja mnie nie zawiodła - cała ta afera bólowa u Młodej to wina miesiączki. Ale zanim się sprawa wyjaśniła mieliśmy spięcie ze szkołą.
Jak już pisałam w poniedziałek dzwonili ze szkoły, na szczęście do Ojca, że jest słabo, wierzganie nogami, temperatura 38. Podobno pytali czy Ojciec nie mógłby jej zabrać wcześniej do domu ale nie mógł. Czasem po prostu nie jest łatwo zwolnić się z pracy, poza tym dobrze wiemy, że jeśli Młoda wierzga to z pewnością ją boli i ma temperaturę i nie jest to zapowiedź żadnej infekcji. Po prostu taka jej uroda - przy bólu, hiperwentylacjach, trzęsiawkach ma podwyższoną temperaturę i tyle. Nic się z tym nie robi, walczy się z bólem a nie z gorączką.
Tak czy inaczej więcej nie dzwonili, więc dla mnie był to sygnał - nospa czy tam inny apap podziałał i jest spokój. Otóż szkoła poradziła sobie inaczej - wezwała pogotowie. No i bardzo dobrze.
Młoda wróciła do domu, widać że słaba ale bez bólu. O całej akcji w szkole przeczytałam w zeszycie do komunikacji, że takie procedury, itd. Oraz drukowanymi literami: ZALECENIE LEKARZA Z POGOTOWIA - W RAZIE PODWYŻSZENIA TEMPERATURY UDAĆ SIĘ DO LEKARZA RODZINNEGO.
Ale jaja, ale jaja. Sama bym na to nie wpadła.
Obsmarkałam się nieco no bo jak tu inaczej zareagować na takie dictum ale generalnie byłam bardzo zadowolona. bo w końcu to jakiś biały fartuch pochylił się nad Młodą, pewnie ją zbadał, pomacał, zadumał się i wygłosił swoje zalecenie w obecności nauczycieli. To bardzo ważne. Oni się uspokoili a i dla mnie poza wszystkim też ważne info, np. nie ma zapalenia wyrostka, c'nie?
Tego samego wieczora sprawa się wyjaśniła a ja napisałam długi list w zeszycie do nauczycieli. W tym roku zmieniła się wychowawczyni i drugi nauczyciel więc mogą nie znać naszych perypetii bólowych. Ale pozostał z tą klasą nasz kochany pan Marcin... Może nie było go wtedy w pracy.
Tak czy inaczej musimy chyba uczyć się siebie nawzajem od nowa.
Na przykład tego, że nam nie jest lekko ze świadomością że Młoda cierpi w szkole. Nie jest też lekko powiedzieć Ojcu, że nie może po nią przyjechać. Kto go zna ten wie. To jest nasza zakichana codzienność - ból pojawia się nagle i totalnie nie wiadomo skąd pochodzi. Próbujemy z nim walczyć po omacku, eliminując kolejne ewentualności ale nagle okazuje się, że wyczerpaliśmy repertuar i co teraz? Leki albo nie działają albo działają z dużym opóźnieniem. Jeśli więc przypuszczamy, że nie ma zagrożenia życia to niestety trzeba czasem podejmować łamiące serce decyzje. Bo pracę też trzeba mieć, prawda?
Jeszcze w poniedziałek po południu zostawiliśmy Agę z ciocią Kinią i polecieliśmy szukać pomocy ginekologicznej. Oczywiście nikt z marszu nie przyjmie, nawet za pieniądze i nawet cierpiącą niepełnosprawną dziewczynę, ale jedno wiem na pewno - musimy się zająć tym tematem. Trzeba jakoś uregulować te cykle chociażby po to, by łatwiej identyfikować ból. Zamierzam też powrócić do pomysłu zastosowania jakichś plasterków antykoncepcyjnych czy zastrzyków wstrzymujących te tegesy na trzy czy sześć miesięcy. Nie znam się na nowinkach w tym zakresie ale zamierzam się poznać bo to co się działo w ostatnich dniach to horror.
W ferworze walki, zupełnie przypadkiem trafiłam do lekarki, która prowadziła moją ciążę. Nie wiem czy ona mnie pamięta, ja wspominam ją miło. Mam jej wizytówkę i za parę dni, póki jestem na zwolnieniu bo przecież po coś jestem na tym zwolnieniu nie?, udamy się z Młodą na wizytę.