Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CZD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CZD. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2015

home, sweet home

Najpierw, jak już pisałam, chcieli nas wywalić o 7.30 rano następnego dnia po zabiegu. Obroniłam się. Jak nagle odwaliłam maluteńką histerię, że jak to, prawie nieprzytomnego, rzygającego  dzieciaka, który nic nie przełyka chcecie wywalić do domu, to się nagle zainteresowała nami pani ordynator. Od tej pory Młoda dostawała w kroplówkach leki przeciwbólowe co cztery godziny na wyraźne jej polecenie bo przecież to strasznie boli i dziecko nie zacznie jeść jak się nie uśmierzy bólu. No ciekawostka, jeszcze kilka godzin temu musiałam się o te leki prosić, a tu koniecznie co cztery godziny. 

Po lekach nastąpiła minimalna poprawa - udało się wypić kilka łyków wody bezzwrotnie, potem parę łyżek wodnistego rosołku na kaszy mannej. Nabrałam odwagi, zaczęłyśmy co moment coś łykać.
I se pomyślałam gdzieś koło 15, że skoro przełamałyśmy lęk przed przełykaniem to może ja sobie w domu poradzę? I tak jestem tu sama, pies z kulawą nogą nie zagląda a jeśli zajrzy to przede wszystkim po to by strzelić focha. Jeszcze na dokładkę przyszła na zmianę taka starsiawa pielęgniarka, która postanowiła zrobić mi test wytrzymałościowy na nerrrrrrwy. Zadała po prostu wszystkie z najgłupszych pytań jakie słyszałam w całym życiu Młodej, przy okazji sypiąc radami jak z rękawa typu: proszę pani czy ona zawsze tak leży na plecach? a dlaczego nie leży na boku (po 5 minutach od romantycznego zapoznania)? czy pani wie, że jak ona tak będzie leżeć to kiedyś dostanie zapalenia płuc? 
A dlaczego ona jest tak przykryta? Bo śpi. Ale proszę pani ona zaraz zacznie gorączkować, wie pani? (a próbowałaś kiedyś torbo ze skaju choćby drzemać bez żadnego przykrycia?!)
A dlaczego ona tak szybko oddycha?
A skąd pani wie, że ją boli? (Z KĄTOWNI)

Boże, Bożęko jak ja miałam jej dość.

Ad rem. Pomyślałam, że chyba nerwowo nie wytrzymam, że w środowisku domowym i przyjaznej atmosferze dziecko na pewno błyskawicznie wróci do zdrowia i że bardzo zdrowo będzie się też umyć na ten przykład. Higiena życia - fizycznego i psychicznego - nie do prze ce nie nia.
I argument koronny - nie mamy transportu o 7.30 rano. Mamy transport o 18 z groszami, inaczej nie wyda, więc wychodzimy albo dziś wieczorem albo dopiero jutro wieczorem.

Poszłam do ordynatorki, przemówiłam do rozsądku a raczej udowodniłam, że ja jestem raczej rozsądna i uważam, że damy radę w domowych pieleszach. 
Ok, idziemy spojrzeć na pacjentkę, zbadać, wszystko gra ale wyjście do decyzji lekarza dyżurnego, po południu. A po południu, kiedy już byłam spakowana a Ojciec w drodze Młoda zagorączkowała i dupa z wyjścia. A już wizualizowałam sobie kibelek i wannę...

A na noc dostałyśmy towarzystwo w postaci... mężczyzny z synkiem, takim 5-letnim. Doprawdy uroczo... Wybaczyłam mu ten nietakt bo obaj byli niezwykle grzeczni a w rozmowie wyszło, że biega, ale łatwo nie było, z toaletą i w ogóle.

Kolejna noc praktycznie nieprzespana, bo nieswojo tak z obcymi, na dodatek chłopami, Młoda gorączkowała i postanowiła znów nie spać, chłopiec się wybudzał, tata udawał że śpi, pielęgniarka latała z termometrem - no nie szło oka zamknąć.
O 4 gorączka sobie poszła. 
O 6.30 poszli faceci, bo to jakieś nocne badanie tylko było.
O 7 pełny korytarz wrzeszczących dzieci bo wypisy prawda.

I znowu zostałyśmy same ze sobą i swoimi wyzwaniami bólowo-jedzeniowo-piciowymi. Jak zobaczyli, że Aga zjadła na śniadanie trochę zmiksowanej zupy mlecznej wyrwanej pazurami z kuchni, to zasada "przeciwbólowe co 4 godziny" przestała obowiązywać. Znowu po prośbie. Gorączka zeszła w nocy to też przestali do nas zaglądać.
O 17 wyszarpałam jakiś wypis od kolejnej sfochowanej lekarki dyżurnej i pożegnaliśmy ten no cóż - mało przyjazny przybytek.

Zdania o Centrum nie zmieniam - gwiazdorstwo i muchy w nosie. Oraz taśma. Oddział otolaryngologiczny to jakaś klinika jednego dnia. Kuriozum. No chyba, że do każdego pacjenta podchodzi się indywidualnie i z empatią czego w tym miejscu nie uświadczysz. Wszystko trzeba sobie wyszarpać.
Zasady na oddziale to chora pozostałość z poprzedniego systemu. Rodzicom nic nie wolno, jeść i pić na oddziale nie wolno, tylko na stołówce. Jednocześnie nie wolno zostawić dziecka samego. Pielęgniarki nie mają czasu zajmować się dziećmi co jasno dają do zrozumienia. Nie wolno też siadać ani tym bardziej leżeć na łóżkach pacjentów. A już na pewno nie wolno skorzystać z ich łazienki.

Jedna zasada jest uzasadniona i logiczna choć kłóci się z innymi zasadami (sic!) - gorące napoje przenosimy wyłącznie w termosach lub kubkach termicznych, szczelnie zamkniętych. Czego tłumaczyć nie trzeba. Wszystkie inne zasady są bzdurne i nie trzymają się kupy. I niech mi nikt nie mówi o jakichś zarazkach czy utrzymaniu toalet w czystości. To się załatwia w inny sposób, tak jak to robią w cywilizowanych krajach, tylko trzeba chcieć. Ale u nas wciąż panuje przekonanie, że zakazy i nakazy załatwią wszystko.

W czwartek musimy tam wrócić na kontrolę. Wiele lat wzdrygiwałam się na widok szpitala na Działdowskiej (dziadowskiej). Przeszło mi. Na Centrum Zdrowia Dziecka mi przeszło.

wtorek, 17 lutego 2015

dajemy radę

Czuję się dziwnie, jakbyśmy stąd w ogóle nie wychodziły. Choć niby tylko jedno piętro wyżej a świat jakby bardziej przyjazny. Zainstalowano nas w sali dwuosobowej ale nie mamy towarzystwa. I taki jest podobno plan na całość pobytu, chyba że się zdarzy najazd dzieci to wtedy nie ma rady.

Oddział faktycznie maleńki, raptem 5 sal. Cholernych łazienek nie ma, więc pozostaje nam się wietrzyć.

Zabieg jutro, oczywiście na czczo, ale może uda się nie zwlekać do popołudnia.

Niestety również jutro zadecydują się losy błogosławionej Danuty, która dziś znienacka wylądowała w szpitalu na Banacha.
Nie jest dobrze.

A ja po poniedziałkowej wizycie u lekarza ze swoimi wynikami badań dostałam dwa tygodnie zwolnienia i groźbę wysłania mnie do szpitala jak tylko wyjdę z tego, w którym obecnie przebywam.
Osom. Naprawdę. A nie dałoby się tak nas pokroić rodzinnie?

Czy wojsko mnie słyszy? Danutę trzeba wspomóc bo może być słabo...
Dziękuję.

poniedziałek, 16 lutego 2015

dziś samo narzekanie i pretensje także ten, sorry

No cóż, piękne te odremontowane oddziały. Pastelowe kolory ścian i fartuchów, bardzo fachowo i profesjonalnie wyglądające tabliczki przy każdym pomieszczeniu, fajna stołówka z dużym telewizorem. Łazienki przy co drugim pokoju... W sensie - jedna na dwie sale. I wszystkie na tyle małe, że absolutnie nie da się wjechać wózkiem a nawet jakby ktoś się uparł to i tak już w środku będąc nie wyjąłby dziecka z wózka. Nie ma o czym gadać - nikt o tym nie myślał i tyle. Brodziki wysokie na 30 cm. Na całym oddziale ani jednej łazienki dostosowanej dla potrzeb osób niepełnosprawnych. I ja nie mówię tu o takim pokoju kąpielowym z profesjonalną wanną jak na Niekłańskiej:




gdzie można osobę położyć do takiego oto cuda. Mięciutko, jeździ to w górę i w dół według potrzeb, proste w użyciu i utrzymaniu. A obok kibelek i leżanka.
Tam nie było łazienki jaką można spotkać na każdej stacji benzynowej - z większą powierzchnią i wspornikami przy sedesie czy umywalce. Zero, null. 

Dla rodziców wyznaczono jedną łazienkę z ubikacją i prysznicem na cały oddział, czyli na jakieś 30-40 opiekunów. Nie muszę opowiadać jakie były kolejki rano i wieczorem prawda? I jaki bajzel... bo przecież ani o szmacie ani o mopie nie ma mowy, toż to siedlisko zarazków.

Kończąc ten beznadziejny temat - nie ma jak wykąpać niepełnosprawnego dziecka. Nie ma. Można jedynie zabrać z domu jakąś miskę, rozłożyć ręczniki na łóżku i próbować to zrobić na sali. Jeśli pielęgniarki pozwolą bo to też nie jest pewne.

Wszystkie sale są mocno przeszklone, mieszczą od 2 do 5 pacjentów. Nam zaproponowano tę pięcioosobową. Poszłam, zobaczyłam, zbladłam. 
Nie chcąc się awanturować poprosiłam o parawan. Nie ma czegoś takiego jak mobilny parawan, to chyba jakiś kurde przeżytek. Ale słowo klucz się pojawiło. Jedna z pielęgniarek konspiracyjnym tonem podpowiedziała mi, żeby jeszcze pójść z tym problemem do pani profesor jakiejśtam, szefowej oddziału, bo ona dużo może. Kurde, jak ja nie lubię załatwiać takich rzeczy! Nie umiem prosić, wyjaśniać, zgrabnie i dowcipnie zagadywać. No nie umiem! Ale w żołnierskich trzech słowach wyłuszczyłam o co mi chodzi i poszłyśmy na ogląd oddziału. 
Słowo klucz "parawan". Jest jedna sala z parawanem zamontowanym w ścianie ale tam leży chłopiec. Ale chłopiec jest "mocno uszkodzony". Nie szkodzi! My kochamy mocno uszkodzonych, to nasza rodzina, w ciemno. 

I to był strzał w dziesiątkę. To był drugi w kolejności największy pozytyw tego pobytu, tuż za niespodziewaną konsultacją laryngologiczną, bo nie zauważyłam żadnego dyskomfortu, żadnego skrępowania, wręcz odwrotnie - znalazłam się w swoim dobrze znanym świecie. Chłopiec? I co z tego? Miałyśmy parawan i kiedy trzeba było, korzystałyśmy, a potem z jego mamą gadałyśmy i gadałyśmy i gadałyśmy... A potem śpiewałyśmy, śmiałyśmy się, i wymieniałyśmy doświadczenia. Znowu mnóstwo się nauczyłam, znowu doceniłam ile mamy szczęścia w życiu i że inni mają o wiele trudniej. 
Nie wiem czy z kimkolwiek innym byłoby nam bardziej komfortowo niż z ludźmi, którzy żyją w naszej bajce, którym nie straszne dziwne zachowania, zwyczaje czy zapachy, którym powierza się swoje dziecko w ciemno idąc w kolejkę do łazienki bo wiadomo, że w razie czego się nie ulękną i zachowają zimną krew, bo na pielęgniarki to raczej liczyć nie można. Już widzę minę którejkolwiek z nich gdybym wpadła na taki głupi pomysł i poprosiła, żeby posiedziała przy moim dziecku kiedy ja się będę kąpać :D Albo kiedy będę piła kawę przy śniadaniu na stołówce bo na sali jest zakaz jedzenia i picia. Ale by się działo! :D Sądzę, że natychmiast przestałby mnie obowiązywać regulamin, tak jak ostatecznie nie dotyczyła mnie opłata – 6,90 za dobę – za możliwość przebywania z dzieckiem na oddziale. Podobno to opłata za media – prąd, wodę itd. ale skoro nie miałyśmy możliwości skorzystania ani z toalety ani z prysznica to tylko czekałam aż ktoś mi się upomni o pieniądze. Nikt się nie upomniał, na szczęście.
Super miałyśmy współlokatorów i oby zawsze takich.

Chciałabym się bardziej rozwinąć na temat opieki pielęgniarskiej, z której z moją współlokatorką ciągnęłyśmy kabla na maksa bo wściekać się to szkoda zdrowia, ale chyba nie ma co. Wszyscy wiedzą o co chodzi. Bardzo nas bawiły teksty – „pani się musi oszczędzać” padające z ust kobity, która stoi i przygląda się z boku jak podajemy leki, jak karmimy, przewijamy, myjemy w łóżku… I jeszcze tuż przed wyjściem z sali – „proszę oszczędzać kręgosłup”. A idźże już do diabła i przestań udawać troskę. Czy one naprawdę są na tyle bezmyślne i nie zdają sobie sprawy, że wykonujemy za nie wszystkie te czynności? Czy po prostu na tyle bezczelne? Tylko jedna przyszła do mnie i zapytała czy potrzebuję pomocy w pielęgnacji. Zdębiałam.
Ale wspomnę pana rehabilitanta, bo to postać ważna i kluczowa w dalszej opowieści, który sam właściwie rzadko do nas zaglądał, zaś spotkany zawsze mówił, że właśnie się wybierał/myślał/już szedł/koniecznie zaczynajmy :D Miszcz!

Lekarka prowadząca jak najbardziej zasługuje na oddzielny akapit. Z początku mimoza jak już pisałam wczoraj, niespecjalnie mająca ochotę na jakieś niestandardowe działania jak wykonanie telefonu w celu określenia przybliżonej godziny badania, które miało być rano, na czczo a jest prawie 13. Jednak w efekcie końcowym zmuszona byłam odszczekać wiele z moich gorzkich zarzutów. No po prostu to, że w ostatniej chwili wpadło jej do głowy umówić nas i wysłać na konsultację do laryngologa uratowało opinię całego oddziału.
Uważam jednak, że ten szpital przede wszystkim gwiazdorzy. Jadą na swojej opinii najlepszego specjalistycznego ośrodka w kraju i robią za gwiazdy. A gwiazdy jak wiadomo mają fochy, począwszy od pielęgniarek, które na rodziców patrzą raczej z góry aż po lekarzy, którzy dosłownie dają popis potrzeby wywyższenia się.
- Makroskopowo bez zmian - wygłosił młody pan doktor endoskopista. 
- Hę? Znaczy, że nie ma ref... 
- Tak jak powiedziałem - makroskopowo bez zmian! – uciął, nie dając mi nawet dokończyć pytania.
- Cokolwiek to znaczy - mówię zdegustowana i zrezygnowana wiedząc, że nie ma co z bucem dyskutować, poczekam na wypis to se przeczytam.

Rozmowa odbyła się w sali wybudzeń. Młoda była znieczulona ogólnie ale płyciutko, "na 5-7 minut wyłączę jej świadomość" - tak powiedziała anestezjolog. Nawet obyło się bez intubacji. Dlaczego więc wyproszono mnie zanim podano ten wyłączający lek? Gdzie się podziały standardy sprzed lat, kiedy właśnie w CZD przed badaniem rezonansu magnetycznego usłyszałam, że koniecznie powinnam być z dzieckiem do momentu zaśnięcia, żeby się czuło bezpiecznie? To już nie obowiązuje czy może nie obowiązuje przy TAKICH dzieciach? Bo nie rozumieją (nie mówi znaczy się nie rozumie – stereotyp wiecznie żywy), bo im wszystko jedno? Komuś by ubyło gdybym zobaczyła jak anestezjolog podaje lek przez wenflon? Nie, rodzic jest po prostu niepożądany, zbędny, denerwujący jak wrzód na dupie.

Kiedy Aga dosypiała po badaniu ja gadałam z inną anestezjolog, jakąś chyba pielęgniarką i panią sprzątającą. Chyba, bo obie oprócz lekarki, która pilnowała wybudzania tak se siedziały i plotkowały. Nie wiem po co tam były, w sali gdzie były cztery krzesła, leżanka dla osoby wybudzanej i pulsoksymetr. Mnie pilnowały? :D


No i tak sobie gadałyśmy a właściwie ja dostałam słowotoku o tych łazienkach, o tym że niestety należy ich omijać szerokim łukiem, że mniejsze szpitale bardziej są skupione na indywidualnym pacjencie i nie mają przerobu jak na taśmie. Bo to prawda. Na Niekłańskiej są kompletnie inne standardy traktowania pacjenta i jego opiekuna również. Tam pielęgniarki nie mają much w nosie i wręcz lubią pogadać z rodzicem bo w takiej atmosferze przyjemniej się pracuje. Lekarz stara się opiekować pacjentem, którego prowadzi, odwiedza go, podpytuje, obserwuje a nie przychodzi na obchód a na każde pytanie odpowiada wzruszeniem ramion i tekstem: proszę cierpliwie czekać. No muszę powiedzieć, że ten młody prowadzący z alergologii, z naszego pierwszego pobytu na Niekłańskiej bardzo wysoko postawił poprzeczkę.

Cierpliwie czekać, acha. Pewnie. Na czczo cierpliwość kończy się koło godziny 11, o 13 już jest o nią bardzo ciężko. A jak po południu znowu ktoś przychodzi i z rozbrajającym spokojem mówi, że jutro znowu na czczo bo USG to się nóż w kieszeni otwiera. Bo przecież nie można zrobić dwóch badań jednego dnia na czczo, skąd. Proceduralne leżakowanie rulez. NFZ płaci za minimum 3 dni, w których ma się DZIAĆ. A że dziecko musi trochę pogłodować to ojtam, c'nie? Wielkie mi ajwaj, w końcu to my jesteśmy dla nich a nie oni dla nas.

Młoda głodowała tego dnia do 15 po południu. Bo w pierwszej kolejności na badanie idą małe dzieci co jest logiczne i bardzo słuszne jednakowoż nikt się tam nie wysila i nie wczytuje w karty - jak dziewczynka ma 16 lat to jest duża, wszystko rozumie i może pogłodować, prawda.
I tu wracamy do pana rehabilitanta, który akurat był łaskaw oklepywać Bartusia, naszego współstraceńca kiedy wróciłyśmy na oddział. Opowiadałam bowiem co tam się dowiedziałam na dole, że tych nieszczęsnych dostosowanych łazienek nie ma na żadnym oddziale, na co rehabilitant mówi - ALEŻ SĄ! Zdębiałyśmy - jak to? No są, tylko pielęgniarki zajumały!
Acha... Faktycznie, łazienka obok loży pielęgniarskiej była oznaczona "Tylko dla personelu" o czym mnie na wstępie poinformowano. Nigdy tam nie zajrzałam. Nie wiem więc czy facetowi się chlapło czy bredził, jednak nie wydaje mi się, żeby przy dzisiejszym stanie prawnym było możliwe techniczne odebranie wyremontowanego oddziału bez dostosowanej łazienki. Jeśli to prawda i łazienka dla personelu jest dostosowana to jest to niebywały skandal.

No nic. Odetchnęłyśmy chwilę w domu i jutro znowu trzeba się pakować.
Boję się. Boję się przede wszystkim zabiegu, bólu który ze sobą niesie ale boję się również ponownych kłopotów z salą, toaletą itd. Znowu trzeba się będzie bić.
„Wojsko” bardzo by się przydało, dziękujemy za wszystkie ciepłe myśli i trzymanie kciuków i poprosimy o jeszcze trochę. Z góry wielkie dzięki.

sobota, 14 lutego 2015

chwilowo w domu

Najpierw dobre wiadomości.
Po pierwsze - gastroskopia wyszła dobrze. Pobrano jakieś tam wycinki do badań histopatologicznych ale to standardowo. Wyniki przyślą pocztą.
Czyli to co nas interesuje najbardziej - refluksu brak, hura! oraz skoro tak, to migdały żyją swoim życiem i nie są takie duże z powodu podrażniania przez cofającą się treść żołądka. Hura jeszcze raz.

Po drugie - wykonano kolejne badania laboratoryjne oraz USG jamy brzusznej - wszystkie wzorowe.

Po trzecie i chyba najważniejsze - we wtorek wracamy do tego mało nam przyjaznego przybytku na zabieg przycięcia migdałów. Lub usunięcia, zależy co tam zdecydują operatorzy.
Ha!!! Znienacka udało nam się zakwalifikować, zupełnie niespodziewanie, tak z głupia frant właściwie i nie będziemy już czekać ani do października ani na jakiś wypad z kolejki - HURA. 

Trzy dni gnicia i nerwów z powodu jednego badania - gastroskopii. Trzy dni "proceduralnego leżakowania" jak to trafnie określiła lekarka z USG. I trzeciego dnia, rzutem na taśmę wygrałyśmy zabieg a to za sprawą niepozornej, wręcz znielubionej lekarki prowadzącej, zwanej roboczo Mimozą.

Otóż Mimoza to młoda osoba a jakby już zrutyniała. Plakietka przy jej pastelowym (ała! nie było białych fartuchów!) uniformie informowała, że to stażystka ale wnikliwe oko naszej doświadczonej współlokatorki stwierdziło, że to musi być kolejna specjalizacja. Być może, nie będę się spierać, bo Mimoza była mocno mimozowata. I mało aktywna, taka odtąd dotąd. Nic ponad to co konieczne. Z pewnością  można mieć do niej żal, że nie walczy o swojego pacjenta. Taki lekarz raczej dyżurny niż prowadzący, jeśli wiecie o co mi chodzi.
Ale ale. 
Po dobrych wynikach gastroskopii i USG kolejnego dnia, oraz po ostatniej naszej jakby wieńczącej współpracę rozmowie, kiedy mimoza stwierdziwszy brak wpływu przewodu pokarmowego na bezdechy poleciła skontaktować się z neurologiem, przypomniałam jej o tym, że jeszcze laryngolodzy mają tu swoje wątki. W końcu nie zapominajmy o tych nieszczęsnych wielkich podobno migdałach. No tak, tak... Trzeba o tym pamiętać... Dziękuję, do widzenia.

My tu z sąsiadką natychmiast gorący temat, rozkminiamy dalsze kroki jakie powinnyśmy poczynić i wyszło nam na to, że może by spróbować jeszcze właśnie w Centrum, może tu mają bliższe terminy. A tu za pół godziny wraca Mimoza i mówi, że ma dla mnie bardzo dobrą wiadomość - co prawda przygotowała już nasz wypis i "odkliknęła" nas w systemie (czyli możemy w każdej chwili przybytek opuścić) ale załatwiła nam jeszcze konsultację laryngologiczną. Być może uda się przyciąć szybciej te migdały ale tutejsi lekarze muszą osobiście zakwalifikować.

Karamba, myślałam, że ją ucałuję!

Formalnie więc wypisane poszłyśmy kanałami, jak to w CZD, na wizytę do laryngologa. W prawo, w lewo, windą, potem piwnicą, potem znowu w jedną i drugą i windą w górę i JUŻ byłyśmy na miejscu. Z pielęgniarką jako przewodnikiem to prościzna, wracać miałyśmy same.
Ale najważniejsze - pan doktor poczytał karty z Niekłańskiej, porozmawiał, zajrzał w gardło (oj duże) i zakwalifikował. A skoro mamy świeże badania to... na wtorek może być? 
TEN WTOREK?! 
CUDOWNIE!

No i wracamy do Centrum we wtorek a w środę zabieg. Wciąż jestem w szoku.
Musiałyśmy jeszcze oddać krew na ustalenie grupy co okazało się być nie takie proste po wykliknięciu z systemu. Trzeba było pojechać do laboratorium obsługującego poradnie. Trochę pozwiedzałyśmy dziś tego molocha.

Z pozoru zupełnie nieudany i stresujący pobyt w CZD okazał się mieć niesamowicie pozytywny skutek. O niedogodnościach jeszcze napiszę bo to co się dzieje we flagowym, uznawanym za najlepszy specjalistyczny ośrodek w kraju, zakrawa na skandal. Jeśli prawdą jest to czego się dowiedziałam. A jeśli nie to też skandal bo jak inaczej określić niemożność wykąpania niepełnosprawnego dziecka w takim miejscu? W miejscu do którego zjeżdżają najbardziej skomplikowane przypadki dziecięcych chorób i niepełnosprawności?

środa, 11 lutego 2015

znowu we więźniu

Jesteśmy. Fajnie nie jest.
Faktycznie oddział wyremontowany ale kompletnie nie przystosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych. Nie ma tu ani jednego takiego miejsca, ani jednej łazienki w której mogłabym umyć Młodą.

Ulokowano nas, po mojej interwencji u szefowej oddziału, w sali dwuosobowej, z chłopcem. Była to jedyna sala z parawanem a chłopiec jest głęboko niepełnosprawny, więc to i tak o niebo lepsza opcja od sali czteroosobowej w całości przeszklone.

Podobno mają tu często różnorako niepełnosprawne dzieciaki. Dlaczego nikt nie wpadł na to, że wózkiem nie wjedzie się pod prysznic z wysokim brodzikiem? Dlaczego nie ma dostosowanej łazienki na całym oddziale?

Tęsknię za skansenem. Za tamtym personelem też.