Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wulkany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wulkany. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 czerwca 2015

żyję, żyję

Znowu zostałam pogoniona do roboty, znaczy do pisania. Wstyd mi. Ostatnio dużo się dzieje i nie wiem od czego zacząć. To ja może tak w punktach.

Młoda.
Ostatni tydzień szkoły spędziła w domu, na antybiotyku. Coś ostatnio za dużo tego chorowania. I ja wiem, że migdały były cięte z innego powodu ale mogłyby też pomóc na te przeziębienia co? A tu jakby wręcz odwrotnie. No i nie udało nam się wyprawić urodzin w klasie, ze swoimi ziomalami i nauczycielami. Będą ogólnoszkolne, w dniu urodzin.
Udało nam się za to być na zakończeniu roku szkolnego, bo skoro Ojciec siedział na zwolnieniu (u mnie w robo za dużo się teraz dzieje) to i ja się ciut urwałam z pracy i pojechaliśmy razem autem. Ewenement. Zwykle Młoda jeździła sama. Cieszę się, fajnie wyszło bo żegnaliśmy w tym roku ulubioną wychowawczynię Agi, która przenosi się z całym swoim życiem do nowo wybudowanej filii szkoły w Wawrze. Szkoda... Agnieszka była z nią bardzo związana.
W szkole spotkałam swoją wieloletnią podopieczną z Poradni, której mocno rekomendowałam tę szkołę. Fajnie tak zobaczyć co się dzieje z "moimi" dziećmi, które wypuściłam spod swoich skrzydeł z zajęć Wczesnego Wspomagania Rozwoju. Ta dziewuszka przyszła do nas kiedy jeszcze nie umiała chodzić a teraz to już panienka, która wzrostem dogania swoją mamę. Łezka się w oku kręci, choć to było jedno z moich najtrudniejszych dzieci. 

A Młoda niestety wciąż atakuje mimo, że samowolnie podniosłam jej dawkę jednego leku. Czysta desperacja. Z soboty na niedzielę nie spałyśmy do godziny 6.30 rano. Nie mogłam opanować tej cholernej trzęsiawki. Ja wiem, że moje dziecko już dawno ma określoną jednostkę chorobową a jednak wciąż mam wrażenie, że głównie dolega jej nadwrażliwość na pogodę tudzież pełnię księżyca. Dajcie spokój, to co się dzieje z naszą pogodą to jest jakiś koszmar. Maj był beznadziejny, czerwiec nie lepszy. Od kilku dni u nas zbiera się na burzę, która nie nadchodzi i dziecko mi wariuje.

Całe szczęście koniec roku szkolnego u nas nie oznacza końca szkoły - jeszcze trzy tygodnie letnich zajęć przed nami. Jupi!

Dla poprawy nastroju foto fryzury w wersji szkolnej oraz bardziej zaawansowanej wakacyjnej:

   




Mama.
Najgorsze przypuszczenia się potwierdziły - jest raczysko. Gruczolak przewodu żółciowego. Podobno wycięty w całości ale teraz czeka ją 6 tygodni naświetlania, potem chemia.
Bardzo źle wygląda, schudła, pomarszczyła się, zapadły jej się oczy. Jakoś się ogarnęła i mimo zagubienia chyba ma ochotę zawalczyć. Stosuje się do wszystkich wskazówek dotyczących diety (naruszyli jej trzustkę więc teraz ma dodatkowo problemy z cukrem) i choć ma wilczy apetyt to wiele potraw przestało jej smakować - wszystko jest za słodkie, nawet banany. Jednak musi jeść, musi się odżywić i wzmocnić bo czeka ją ta cholerna chemia.
Jestem załamana tym wszystkim bo niespecjalnie mogę jej pomóc. Chciałabym jeździć z nią na te wizyty, te naświetlania ale jak to zrobić z Agą pod pachą? Wypisałam się z turnusu rehabilitacyjnego nad morzem bo nie było wiadomo jak to się wszystko potoczy ale jednak chyba pojedziemy do Osieka bo też szkoda mi Młodej, żeby siedziała zamknięta w wakacje w domu skoro i tak nie możemy pomóc Danucie. Całe szczęście jest jeszcze jej przyjaciółka a moja matka chrzestna, która zobowiązała się z nią jeździć. Sama przeszła tę drogę 30 lat temu...

Ja.
No cóż, byłam na tych Wulkanach i było nieprawdopodobnie zajebiście. Taki mocny radosny akcent na zakończenie mojej kariery biegacza na jakiś bliżej nieokreślony czas. Oczywiście będę sobie latać po polach i lasach przez wakacje do września, może nawet polecę jeszcze w dwóch imprezach biegowych - marzy mi się Pogoń za Bobrem nad Wigrami oraz Półmaraton Praski pod koniec sierpnia ale czy się uda nie wiem. Wigry mocno niepewne ze względu na to, że to impreza wyjazdowa i nie wiem czy nie będę potrzebna Danucie. Półmaraton zależy od mojej kondycji i zdrowia a potem we wrześniu żegnaj bieganie... Nie wiem ile trzeba odczekać po operacji, mam nadzieję że nie dłużej niż do końca roku. 

Ale wracając do Wulkanów. Po pierwsze ekipa Morsów Poznań jest przemocna - kupa pozytywnie zakręconych wariatów, dawno z nikim tak się nie śmiałam, dawno w żadną grupę nie weszłam tak miękko jak w masło. Jakbyśmy się znali od wielu lat. To oczywiście moje wrażenia ale mam nadzieję że tak jak ja ich polubiłam tak oni polubili mnie. Dochodzą mnie słuchy że to całkiem możliwe - piwo za moje zdrowie wypili w sobotę! 
Po drugie ogromnie doceniam to niezwykłe uczucie bycia częścią biegowej grupy, która razem jedzie na bieg, ekscytuje się nim a potem w drodze powrotnej rozkminia go na wszelkie możliwe sposoby, wymienia się opowieściami z trasy, ciągnie kabla ze wszystkiego co tylko możliwe. I to są ludzie mniej więcej w moim wieku czyli nie tylko ja mam tak idiotyczny kryzys wieku średniego :D 
To szczególnie ważne na takim biegu jak ten - z przeszkodami, z błotem, bagnem, skakaniem po autach, wspinaniem się na czworaka po niemal pionowych ubłoconych ścianach wygasłych wulkanów bo emocje buchają każdym porem ciała i po prostu musisz podzielić się swoimi wrażeniami. Musisz pokazać wszystkie swoje siniaki i krwawiące łokcie i piszczele, opowiedzieć co cię spotkało na trasie, ile razy lądowałaś w błocie z pełnym zanurzeniem, jak nie mogłaś wtarabanić się na kręgi słomy, jak jęczały kostki wykrzywione w nienaturalny sposób przy zbieganiu z góry, jak szłaś wąską ścieżynką w polu wysokich pokrzyw, jak zjeżdżałaś na dupie po błocku i kto pomógł ci przeskoczyć ciężarówkę. I jakiego miałaś banana na twarzy przez cały ten ześwirowany bieg, oprócz obłędu w oczach. Jeśli nie masz w zasięgu ręki kogoś kto przeżył to razem z tobą to zamęczysz opowieściami swoje otoczenie. Ja miałam całą drogę powrotną ze Złotoryi do Poznania na opowieści dziwnej treści ale i tak zamęczyłam rodzinę oraz kto mi się tylko nawinął w pracy i nie zwiał :D
Cały tydzień żyłam tym szaleństwem!
I jeszcze żyję.
Wpisuję Wulkany do mojego stałego grafiku imprez biegowych. Będę jeździć do Złotoryi przez Poznań co roku, jeśli tylko zdrowie (moje lub bliskich) mi na to pozwoli. 

Paczajcie na matkę wariatkę:

 Przed startem było trzęsidupstwo ze strachu ale było też zaklinanie mocy :P


Banan na twarzy od początku do końca. Tu jeszcze jestem czysta i widać piękny czerwony kolor moich zakupionych specjalnie na ten bieg ogrodniczych rękawiczek.


Pierwsza i nie ostatnia woda!


 Ostatnie, ale nie pierwsze, błoto :D


Właśnie wyleciałam z lasu, po pokonaniu ostatniego wulkanu


 Takie tam SPA...



To już prawie koniec, ostatnie przeszkody pokonywałam właściwie na autopilocie


 Jest meta, jest medal, jest woda pitna!


 Ciuchy potraktowane szlauchem


Oraz hasło dnia poprzedniego, z wyjścia na piwerko :) Jedynie dla kurażu ofkors!

Biegaliśmy w większości po takich chaszczach, że nasi fotografowie nie mieli niestety szansy nas uwiecznić. Żeby poczuć choć trochę atmosferę tej imprezy trzeba obejrzeć filmik. Okazuje się, że nawet się załapałam! W niezbyt szczęśliwych okolicznościach i nie wiem czy powinnam się tym chwalić ale co mi tam! Toć wiadomo, że miszczem świata nie jestem i już nie będę a te kręgi słomy takie jakieś kurde wysokie i nieporęczne :P



Dopisane:
Kasia! Ty wiesz co nie?... :D Kocham Ciebie i Twoje myszy :D