Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lufka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lufka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 czerwca 2018

Lufka vel Mariola Krzywousta

Z tego wszystkiego nie napisałam nawet, że nasza Lufa przeszła na drugą stronę tęczy...


Tak jak przez całe swoje, prawie trzynastoletnie życie w ogóle nie chorowała i do weta chodziliśmy tylko na szczepienia, tak przez ostatni rok po prostu popsuła się całkowicie. Zaczął ją toczyć raczysko. Wyrósł jej na podbrzuszu ogromny guz, wielkości grejpfruta a to co było widać na zewnątrz to tylko niewielka część. Przeszła rozległą operację - rozciachali ją od szyi po ogon, wycięli co się dało. Przez dwie noce rzygała i cierpiała, a ja razem z nią...
Ale wykaraskała się. Sam wet był w szoku, że jednak z tego wyszła. Wydobrzała na kilka miesięcy ale guzy, te w środku, zaczęły odrastać i dziewczyna słabła w oczach. 

Bida po operacji

Lufka nie miała łatwego życia przez ten ostatni rok. Przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania i jej dotychczasowy świat legł w gruzach. Mianowicie dlatego, że przez 12 lat poruszała się po wykładzinie dywanowej a tu przyszło jej jakoś opanować panele. Jak na lodowisku! :) Tego co się działo nie da się opisać - buksowanie, rozjeżdżanie łap we wszystkie strony, wywrotki - dramat! Obcinaliśmy pazury, ale to była już starsza pani, więc i sił jej brakło. Nie miała lekko :)
W końcu kupiliśmy jej psie skarpetki z ABS-ami i one zrobiły robotę. Nawet nie miała problemu z przyzwyczajeniem się do nich, czyli jak nic czuła się w nich bezpieczniej. Biedna :)


Uosobienie łagodności

I tak to mieliśmy nadzieję, że psina doczeka sobie spokojnie lata i pohasa jeszcze po zielonej trawce na Banderozie. No niestety. W ciągu jednego tygodnia spuchły jej węzły chłonne, wysiadły nerki, przestała chodzić... Zupełnie opadła z sił. Cierpiała.
Odeszła 4 marca.

Moment pożegnania...

To był przecudowny, przekochany pies. Mądry, spokojny, a przy tym wesoły i prześmieszny. Wierny.
Bardzo za nią tęsknimy.
Wszystkiego co kiedykolwiek mnie drażniło, nagle jest mi brak. 
Minęły trzy miesiące a ja wciąż mam wrażenie, że słyszę ją kiedy otwieram drzwi do domu. Nawet wtedy, kiedy była już bardzo słaba, z ogromnym trudem ale podnosiła się z legowiska, żeby przywitać wchodzącego domownika. Zła byłam na nią, mówiłam - no nie wstawaj stara wariatko, przecież do ciebie podejdę! A skąd, próbowała do skutku a to oznaczało, że w końcu muszę jej pomóc... 

W domu zrobiło się strasznie cicho. Agnieszka nie jest rozmowna, więc zwykle słychać było tylko Lufkę - sapanie, stukanie pazurów, łomot tych nieszczęsnych wywrotek... Tylko szczekać nie umiała. Znaczy potrafiła ale nie miała w zwyczaju. Spontanicznie zaszczekała trzy razy w życiu - kiedy zobaczyła pierwszy raz bałwana,  konia i bardzo złego człowieka u nas na wsi. Potem musiałam ją uczyć szczekania na rozkaz :)


Początki znajomości

A uczyła się szybko i na całe życie. Na ten przykład, że nie wolno wchodzić do kuchni. W starym mieszkaniu to było proste - kuchnia, choć bez drzwi, była mała. Tam rzeczywiście nie było miejsca na psa, i to takiego sporego. W nowym mieszkaniu jest miejsca dość, również brak drzwi i dwa wejścia, więc mogłaby ganiać na około. A ona wiedziała, że nie wolno i koniec. 
Wiedziała też, że nie włazi się na kanapę ani na łóżka. Kanapa jest na wyłączność Młodej. Nigdy nie przyłapałam jej na polegiwaniu na kanapie pod naszą nieobecność. Dowodów w postaci sierści też nie dałoby się ukryć :)
Nie kradła jedzenia, choć była to miłość jej życia. No chyba, że ktoś paradował z kanapką na wysokości jej nosa... :) Ale ze stołu, a raczej niskiego stolika, nigdy nic nie zwinęła.

Paróweczka... my precious...

Oczywiście była w stanie wykonać każdą sztuczkę za żarcie :) 


Mogłabym opowiedzieć z milion anegdot z udziałem Lufki, ale wiem, że mają one wartość jedynie dla nas. To są i będą już na zawsze nasze wspomnienia - lepszego psa nie mogliśmy sobie wymarzyć.


Żegnaj kochana. Nasza rodzina nie jest już pełna bez ciebie. 

piątek, 27 października 2017

nie ma się czym chwalić

Nie ukrywam, że coraz ciężej jest mi tu powracać. To chyba z resztą jasne od dłuższego czasu. Wypaliła się matka blogerka. Wszystkie słowa zostały już wypowiedziane, problemy omówione i zapisane na wieki wieków ament. Taka trochę nuda się wciąż powtarzać...

Ciężko mi tym bardziej, że mamy słaby okres. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe i jak zwykle po burzy wyjdzie słońce i znowu złapiemy oddech. Ale póki co, ponownie wpadliśmy w czarną dziurę pod tytułem "ból niewiadomego pochodzenia".
Kiedy już mam wrażenie, że mniej więcej wiem o co chodzi i jak rozpoznawać przyczynę tego bólu, nadchodzi taki ciąg wydarzeń, że znowu dostaję pałą w łeb i znowu jestem kompletnie zielona i głupia. Dokładnie trzy lata temu, spędziłyśmy uroczy czas w szpitalu na Niekłańskiej, na diagnostyce bólu właśnie. Nic konkretnego wtedy nie odkryliśmy i właściwie można powiedzieć, że jesteśmy w tym samym miejscu. Tylko gorszym.

Ostatnie dwa weekendy to koszmar. Zero snu. Walka z bólem, którego nie imają się żadne dostępne leki. Nawet nie wiem co mam więcej na ten temat napisać... Nie da się. Nie da się opisać tego, co się czuje, o czym się myśli w długie bezsenne nocne godziny patrząc na cierpiące dziecko. Kiedy przechodzi się przez fazy niemocy, płaczu, złości, znieczulenia, rozpaczy. Kiedy dzieli się włos na czworo i stara się odkryć coś, co na pewno umknęło poprzednim razem.
Nic nie umknęło, taki mamy lajf.

A kiedy dziecko, moje dorosłe dziecko spokojnie śpi to jest święto. To jest błogość. To jest szczęście, o które modlę się co wieczór, kiedy z duszą na ramieniu kładę się obok i boję zasnąć. No bo jeśli przymknę oko i zacznę już zapadać w ciepłą nicość a poczuję, że Młoda zaczyna wierzgać, to w jednej chwili znowu zapadnę się w rozpacz a tego uczucia nienawidzę tak bardzo jak niczego na świecie. No może jeszcze tego, jak zaczyna mi się śnić, że Młoda zaczyna wierzgać, zrywam się z hercklekotem na miarę zawału, a okazuje się, że na szczęście to tylko początek mojej choroby psychicznej bo dziecko śpi. ŚPI. A ja mam właśnie zawał.

Jednak jakoś wciąż udaje nam się jako tako funkcjonować. Aga jeździ do szkoły, my pracujemy. Nie kumam kompletnie jak to się udaje ale jeszcze wciąż się udaje.

Do tego wszystkiego niestety Lufka nam się kończy. W wakacje odkryliśmy, że rośnie jej na brzuchu jakiś obcy, i to w szybkim tempie. Wet zdiagnozował nowotwór sutka.
Lufa w marcu kończy 13 lat. Do tej pory była zdrowym, cudownym psem.
Trzy tygodnie temu przeszła bardzo ciężką i rozległą jak się okazało operację wycięcia tego obcego, który nabrał rozmiarów melona. Rozcięli ją od gardła po tyłek bo okazało się, że więcej do cięcia było wewnątrz niż na zewnątrz...

Tragedia. Była taka noc, po operacji, kiedy Młoda cierpiała a Lufa rzygała po narkozie. Nie bardzo wiedziałam co się dzieje i za co mam się łapać. Zrezygnowałam ze spania - po prostu przestałam udawać, że będę łapać drzemki w przerwach na akcje, bo nie miało to żadnego sensu. Co przyłożyłam głowę do poduszki, jedna albo druga miała coś do zakomunikowania. No więc zrezygnowałam i w przerwach robiłam różne mniej lub bardziej pożyteczne rzeczy.
Rano zmienił mnie Ojciec.

Mam teraz dorosłe dziecko na wózku i równie niepełnosprawnego psa. Jedno noszę, drugie stawiam bo mu się łapy rozjeżdżają i upada dziesiątki razy na dzień. Jeździmy windą nawet bez Agi bo Lufa już nie umie chodzić po schodach. Na domiar złego zrobiła jej się paskudna rana na łapie, nie wiadomo od czego, na którą nie mogę nawet spojrzeć bo słabnę. No po prostu odwalam kitę. Rana po operacji kręgosłupa własnej córki mnie nie ruszała a widok rozwalonej łapy psa funduje mi przerwę w życiorysie.

I tak to u nas obecnie wygląda.
Stan na dziś - dwie kulawe i matka z ojcem na ostatnich nogach. Nie ma, zupełnie nie ma się czym chwalić.


sobota, 15 września 2012

kilka zdjęć, w zasadzie to dwa



Kolorku - to jest sokownik:) Składa się z trzech garnków: do najniższego wlewasz wodę, w średnim zbiera się sok z owoców, które wsypujesz do najwyżej położonego. Takie gotowanie na parze:)
Sok - czysty i klarowny, odpływa rurką do miski.
Ja go potem zagotowuję z cukrem, nalewam do słoików i stawiam odwracając do góry dnem.

Wcale nie ma z tym tak dużo roboty a satysfakcja gwarantowana:)
Dziś na tapecie winogrona.

Jeszcze chcę Wam pokazać Lufkę i jej geniusz.
Lufka w naszym kurniku nalepiej położyłaby się na samiutkim środku, żeby mieć wszystko pod kontrolą oraz być w centrum zainteresowania. Jednak ze względu na bezpieczeństwo moje i Małej jest permanentnie przeganiana w kąt, bo nie mogę przecież idąc z Małą na garbie, sadzić długaśne kroki, skakać przez nią i jeszcze uważać żeby jaśnie pani nie podeptać.
Szczwana bestia wybrała więc sobie strategiczną miejscówkę, z której może kontrolować całą chałupę.
Bo tak:
tyłkiem leży w przedpokoju, lekki obrót głowy i ma na oku drzwi wejściowe. Z resztą jak się przyjrzeć to widać, że prawe ucho już czujne i skierowane właśnie w tamtą stronę;) To bardzo ważne, bo codziennie gdzieś od godziny 16.30 już pilnuje tych drzwi w oczekiwaniu na Ojca, który po powrocie napełnia jej michę;)
Po drugie patrząc w lustro kontroluje co się dzieje w najważniejszej części naszego kurnika, czyli w khem salonie oraz kuchni. Czyli tam gdzie stoję robiąc to zdjęcie.
Czyż to nie genialne?:)