Zakończyłyśmy szkołę. To już naprawdę koniec. Pożegnanie było bardzo wzruszające, Aga dostała piękny kolaż ze swoich zdjęć, dyplom i świadectwo, polały się łzy, były uściski... Po oficjalnej części, klasy rozeszły się do swoich sal i tam zaczęły do nas przychodzić wycieczki. Przychodzili nauczyciele i różni terapeuci, którzy pracowali z Młodą, pożegnać się. Zdumiewające! Martwiłam się, że sobie nie poradzę w nawigacji po szkole, że nie odnajdę wszystkich, którym chciałyśmy podziękować a tu oni wszyscy przyszli do nas! Niesamowici ludzie... Tego dnia Aga była ważna, zauważona, doceniona i uhonorowana. Tyle ludzi ją żegnało, tyle osób, których ja nie znam z nią gadało...
sobota, 28 października 2023
najdłuższe wakacje ever
poniedziałek, 19 września 2022
w wiadomej sprawie
Musiałam sobie przeczytać poprzednią notkę, żeby się zorientować na którym odcinku tego brazylijskiego serialu skończyłam. I powiem tak: trochę się zadziało, a wciąż jestem w dupie.
Aby uporządkować - dostałam odpowiedź od Prezesa UODO, który stwierdził... że nic nie może. Nie jego kompetencja, on nie rozumie czego ja od niego wymagam i jeśli ja mu konkretnie napiszę czego od niego chcę, to on się ewentualnie ustosunkuje. Bo teraz, to on by mógł hipotetycznie podjąć działanie takie oto: gdybym ja zarządała od firmy E.on wykasowania moich danych osobowych i firma E.on by powiedziała NIE, to prezes by mógł im kazać. A tak to o. Nic nie może.
Po drugie dostałam odpowiedź od prokuratora w sprawie moich zeznań. I tu też się nie popisałam. Albowiem: "Sandra podjęła działania zmierzające do przywrócenia niezakłóconego stanu posiadania energii elektrycznej oraz niezakłóconego korzystania z wynajmowanego lokalu. Jej działanie było zdeterminowane w efekcie bezprawnym działaniem właścicielki lokalu, która zleciła odłączenie prądu, tym samym utrudniając korzystanie z zajmowanego lokalu przez Sandrę."
Albo ja nie jestem w pełni sił umysłowych, albo ten świat zwariował. Prokurator jakby całkiem nie wiedział, że ta pani ukradła mi mieszkanie a nie je wynajmuje. Jak ja śmiałam zakłócić...
Nie będę nic więcej o tym pisać, bo nie wiem czy Sandra tego nie czyta. Już mnie raz nazwała dorobkiewiczem, bo zorganizowałam "te wszystkie zbiórki" na swoją córkę, więc szpera po sieci. Niech szpera, ja szperam w lepszych miejscach.
O wakacjach Wam opowiem, mniej adrenaliny ale też ciekawie :)
Byłyśmy więc na wsi, na Banderozie przez trzy tygodnie. Matko... jak nam tam było dobrze... Pogoda obłędna. W tym roku dobry Bóg litościwie poskąpił wisienek, nie musiałam więc przerabiać hurtowych ilości. Łaskawie obdarzył jeżynami w rozsądnych ilościach ale niestety pokarał pomysłem zrobienia kiszonych ogórków w formie "od razu na zupę", czyli takich startych. A że obecnie dysponuję autem najlepszym na świecie, do którego można załadować wszystko (i Grodzisk i Skarżysko), to sobie jeździłyśmy na targ i nawoziłyśmy różnego dobra do przeróbki.
No właśnie - auto. Jestem zachwycona tym, jakie jest pakowne. Przewoziłam nim i kosiarkę do serwisu, i kosiarkę + wózek, i rikszę + wózek + milion toreb a jeszcze gdyby była taka potrzeba, dopakowałabym pół chałupy. Niepozorny Kangurek. Opcja z rampą robi ogromną robotę. Nie wyobrażam sobie teraz konieczności każdorazowego przesadzania Agi z wózka do auta i z powrotem, oraz składania wózka. Nie wyobrażam sobie.
W tym roku miałam też bieżącą dostawę świeżych jaj. Codziennie odwiedzała mnie kura, jak się niebawem okazało - wraz z koleżankami, bo im się bardziej podobało u mnie niż u sąsiadów ;) Nadałam jej imię - Lucy. Bo głupio tak wołać do kury Kuro! Nigdy za bardzo nie lubiłam kur, bo bałaganią (rozgrzebują), bo ...khem... srają gdzie popadnie, ale też nigdy dotąd żadna mnie osobiście nie obdarowywała jajkami. A to całkowicie zmienia postać rzeczy. Zaczęłam na nie patrzeć przychylniejszym okiem, a nawet witać poczęstunkiem. Sporo też je obserwowałam i stwierdzam, że nie są wcale takie głupie jak mi się wydawało. Bardzo fajne doświadczenie.
Na zdjęciu powyżej moment odkrycia pierwszego gniazda, gdzie zastałam 11 jajek.
A potem pojechałyśmy na turnus. Rok temu, żegnając turnusowych znajomych mówiłam im, że za rok przyjadę tu sama swoim samochodem. To było takie trochę gadanie życzeniowe, bo choć bardzo chciałam żeby tak się stało, to nie dawałam wtedy za siebie w roli kierowcy pięciu groszy... Ba! Jeszcze pół roku temu nie dawałam. A jednak dokonało się. Sama zapakowałam dobytek, Młodą i przejechałam 450 km w jedną stronę. Do tej pory nie wierzę :)))
W puszczy Noteckiej było cudnie, jak zwykle. Nękały nas w tym roku jakieś choróbska, od samego początku. Przyjechałyśmy w sobotę, a w niedzielę od rana Aga dostała torsji, które szarpały ją do nocy. Tego jeszcze nie grali. Cały dzień siedziałam przy niej na stołeczku i próbowałam dawać cokolwiek pić, po łyżeczce. Nie było jak dać leków, a o jedzeniu nawet nie było mowy. Ale jakoś przetrwałyśmy. W niedzielę już było lepiej, zjadła kaszę manną na wodzie i udało się jakoś przemycić leki.
Potem, za kilka dni dopadło mnie przeziębienie. Upał po trzydzieści parę stopni a ja zdychałam. Potem dopadło też Młodą - gorączka, flegma w gardle. Już miałam strach w oczach, bo Młoda bardzo szybko zapada na zapalenie płuc a gorączkę bardzo trudno u niej zbić, ale po dwóch dniach jak ręką odjął. W życiu czegoś takiego nie widziałam.
Jak zwykle dużo jeździłyśmy na rikszy, a zrobili nam obłędną wręcz, ciągnącą się do samego Drezdenka (13km) ścieżkę rowerową, więc było gdzie poszaleć. Przez las, po starym nasypie kolejowym, no po prostu bajka. Ja trochę biegałam, choć przez te choroby, niestety nie tyle ile bym chciała. Popływałam też w jeziorze a temperatura wody była tak wysoka, że miałam ochotę zamoczyć też Młodą ale nie było jak. Byłam nieprzygotowana - ani stroju, choć z tym byśmy sobie łatwo poradziły, ale nie miałam też żadnego koła dmuchanego ani materaca... Do nadrobienia w przyszłym roku.
I tak o.
Młoda rozpoczęła ostatni rok edukacji. Mam zaledwie kilka miesięcy żeby wymyślić co będzie dalej. I nie wiem. Jestem totalnie przygnębiona tym tematem, ale to już następnym razem.
wtorek, 1 października 2019
turnus
sobota, 28 września 2019
wakacje
W marcu. Znaczy w marcu kazał dzwonić.
Mamy już wypracowany optymalny terminarz wakacyjny, który nam się sprawdzał przez ostatnie lata. Tuż po zakończeniu roku szkolnego, który nota bene za chwilę będzie się odbywał z końcem maja chyba, bo co roku jest wcześniej, Aga miała „Lato w mieście”.
czwartek, 16 sierpnia 2018
od życia nie ma urlopu
środa, 5 sierpnia 2015
wakacje całkiem popiętrolone
czwartek, 23 lipca 2015
podobno nieszczęścia...
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Wakacje - Osiek 2014
I w tym roku było nie inaczej - cały ośrodek w Osieku, do którego pojechałyśmy po raz czwarty żył, za przeproszeniem, naszą kupą a właściwie jej brakiem. Dobrotliwe starsze panie bardzo się litowały nad nieszczęściem Młodej i przynosiły nam różne specyfiki takie jak Xenna extra i różne inne z kategorii "tylko na receptę, mało mi tyłka nie urwało" a to wszystko jakby w czarną dziurę. Nikło bez efektu. Cuda i dziwy panie.
Oczywiście nasza niezastąpiona Hania musiała i tym razem nas poratować. Przywiozła magiczne czopki i się nieco ruszyło, acz niczego nie urwało. Starsze panie jak się dowiedziały świętowały razem z nami :) To jest właśnie magia tego ośrodka :)
Tam się jedzie jak do innego świata a jednocześnie już jak do rodziny. Obsada się nie zmieniła - wszystkie panie z recepcji, kuchni, panie sprzątające, panowie dozorcy - każdego już znamy z imienia i nas też już znają. Wszyscy bardzo mili i uczynni.
Spotykamy też wielu znajomych, i tych z którymi się umawiamy na turnus i różnych innych poznanych w poszczególnych latach. Dowcip tam jest bardzo specyficzny - kulawi, którzy zresztą sami tak siebie nazywają, śmieją się z siebie i wymyślają tak nieprawdopodobne tematy do przedyskutowania, że postronny normals mógłby zwyczajnie tego nie wytrzymać :) Uwielbiam ten luz, w zachowaniu, rozmowie, zabawie.
Z sukcesów: zdobyłam drugie miejsce w boule. Normalnie rozwaliłam ten kiosk!
Po drugie - polatałam po lesie i się nie zgubiłam na amen, choć było takie prawdopodobieństwo. Niejednokrotnie.
Po trzecie - obiegłam w końcu to jezioro Kałębie. Nie jest to jakiś specjalny wyczyn, bo to tylko niespełna 14 km ale jak się tak spojrzy hen za wodę to wydaje się, że mapy i inne GPS-y kłamią jak psy i to musi być zajebiście daleko i nie dam rady.
Po czwarte - nauczyłam się skakać na skakance.
Po piąte - umiem też robić nową, taką oto fryzurkę :)
Ps. Szykuje się niesamowita imprezka, którą niebawem zapowiem więc ten - stay tuned :)


































