Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turnus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turnus. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 października 2023

najdłuższe wakacje ever

Znowu minęło kilka dobrych miesięcy a ja nie miałam kiedy usiąść do napisania paru słów. Działo się :)

Zakończyłyśmy szkołę. To już naprawdę koniec. Pożegnanie było bardzo wzruszające, Aga dostała piękny kolaż ze swoich zdjęć, dyplom i świadectwo, polały się łzy, były uściski... Po oficjalnej części, klasy rozeszły się do swoich sal i tam zaczęły do nas przychodzić wycieczki. Przychodzili nauczyciele i różni terapeuci, którzy pracowali z Młodą, pożegnać się. Zdumiewające! Martwiłam się, że sobie nie poradzę w nawigacji po szkole, że nie odnajdę wszystkich, którym chciałyśmy podziękować a tu oni wszyscy przyszli do nas! Niesamowici ludzie... Tego dnia Aga była ważna, zauważona, doceniona i uhonorowana. Tyle ludzi ją żegnało, tyle osób, których ja nie znam z nią gadało...


Dwoje cudownych nauczycieli - wychowawczyni Pani Marta i Pan Marcin (prywatny, osobisty Anioł :)


A potem były urodziny! I byli goście - spodziewani i zupełnie niespodziewani z trąbkami, głośni, weseli, zwariowani :) Oprócz rzecz jasna mojego brata, bo gdzieżby tam. Jako ojciec chrzestny mógłby chociaż zadzwonić. Mógłby. 
Ale to tyle na ten temat, olać. 
Ci, którym zależy, byli obecni, a tym którym nie zależy to vice wersal!


A potem byłyśmy na wsi i to był świetny czas. Sielski, leniwy a jednocześnie bardzo aktywny dzięki naszej nowej rikszy! Nie wiem czy pisałam czy nie, ale zdecydowałam się w końcu na odświeżenie naszego podstawowego sprzętu wakacyjnego, już nieco rozklekotanego po tych 13 latach  intensywnego eksploatowania. I tym razem zamówiłam rower z napędem elektrycznym i to był strzał w dziesiątkę. Długo się wahałam i broniłam przed takim rozwiązaniem, bo ja przecież jestem sportowcem, nie idę na łatwiznę! Ale prawda jest taka, że sportowiec zaczyna niedomagać bo młodszy się nie robi. I żebym nie wiem jak zaklinała rzeczywistość, jestem coraz słabsza. Nie mogę się z tym pogodzić, bo zawsze uważałam, że będę bardzo aktywna do końca życia, że będę biegać maratony z siwą głową, że będę jak te wszystkie starsze kobitki, które spotykałam na zawodach a niektórych nie mogłam dogonić. No niestety. Albo ja jestem zbudowana z marnego materiału, albo tryb życia jaki prowadzę, mimo moich rozpaczliwych wysiłków o zachowanie w nim choć odrobiny sportu, robi ze mnie powoli jakieś kalectwo. O maratonach muszę zapomnieć. Ostatnio biegłam Biegnij Warszawo na dystansie 10 km i na mecie prawie się popłakałam. Z jednej strony z żalu, że miałam najgorszy czas w swojej dziesięcioletniej karierze i prawie umarłam, z drugiej - z dumy, że w ogóle jeszcze potrafię przebiec ciurkiem 10 km. Długi i bolesny temat, na kiedy indziej.

Wracając do rikszy - pokochałam ją całym sercem, jakby od nowa :)) Teraz mamy niesamowite zasięgi i  super prędkość. Dość powiedzieć, że od połowy czerwca do końca września pokonałyśmy prawie 600 km. Jeździłyśmy po różnych trudnych nawierzchniach, co na starej rikszy było niemożliwe - po lasach, piachach, szutrze, błocie, wielgaśnych kałużach, pod górę i wszędzie :)) Zwiedziłyśmy nieznane bo zbyt oddalone okolice, odkryłyśmy nowe krainy! Pokazałam też Młodej miejsca, które w poprzednich latach zwiedziłam biegiem i żałowałam, że nigdy nie zdołamy razem tam dotrzeć. A jednak! 


Dzięki nieocenionej naszej Kini, nasz rydwan przeszedł lekki tuning i ma piękne nadkola:)

Na turnusie było jak zwykle, czyli zajefajnie. Mamy już swój wypracowany rytm i czujemy się w nim znakomicie. Rano o świcie matka leci w las (no wciąż, choć rozpaczliwie), potem rychtunek, śniadanie, zabiegi a w tym matki basen (w te i wew te jakieś 140 razy, czyli 1400 metrów), potem kawka i krótki leżaczek przed domkiem, potem obiadek a po nim drzemka. Wstajemy jak raz na drugi leżaczek do kolacji, a po kolacji w drogę! I tak do zachodu słońca. W tym roku z poziomu roweru nazbierałyśmy pierdyliard grzybów mutantów - no nie dało się jechać bo trza było albo zamknąć oczy albo zsiadać i zbierać!








A potem znów byłyśmy na wsi i znów było fajnie. Tam jest zupełnie inny świat. Ludzie żyją spokojniej, blisko natury, bliżej Boga (jeśli takie ich życzenie a w większości jednak tak). Bardzo nam to odpowiada. Cały dzień na świeżym powietrzu, na tarasie albo w terenie. Coś tam sobie sadzimy, coś tam sobie pielimy, dbamy o kwiaty. Z Lucy, po początkowych podchodach i tropieniu gniazd oraz metody materializowania się na naszym podwórku, doszłyśmy do porozumienia i kontraktu na minimum dwa jajka dziennie. Lucy co prawda może tylko jedno dziennie ale zawsze jakąś koleżankę przyprowadzi. Super, szczególnie, że postanowiłam spróbować diety keto. 

A potem, znienacka pojawiła się możliwość skoczenia nad morze! Ale o tym to chyba jutro...

poniedziałek, 19 września 2022

w wiadomej sprawie

Musiałam sobie przeczytać poprzednią notkę, żeby się zorientować na którym odcinku tego brazylijskiego serialu skończyłam. I powiem tak: trochę się zadziało, a wciąż jestem w dupie.

Aby uporządkować - dostałam odpowiedź od Prezesa UODO, który stwierdził... że nic nie może. Nie jego kompetencja, on nie rozumie czego ja od niego wymagam i jeśli ja mu konkretnie napiszę czego od niego chcę, to on się ewentualnie ustosunkuje. Bo teraz, to on by mógł hipotetycznie podjąć działanie takie oto: gdybym ja zarządała od firmy E.on wykasowania moich danych osobowych i firma E.on by powiedziała NIE, to prezes by mógł im kazać. A tak to o. Nic nie może.

Po drugie dostałam odpowiedź od prokuratora w sprawie moich zeznań. I tu też się nie popisałam. Albowiem: "Sandra podjęła działania zmierzające do przywrócenia niezakłóconego stanu posiadania energii elektrycznej oraz niezakłóconego korzystania z wynajmowanego lokalu. Jej działanie było zdeterminowane w efekcie bezprawnym działaniem właścicielki lokalu, która zleciła odłączenie prądu, tym samym utrudniając korzystanie z zajmowanego lokalu przez Sandrę."

Albo ja nie jestem w pełni sił umysłowych, albo ten świat zwariował. Prokurator jakby całkiem nie wiedział, że ta pani ukradła mi mieszkanie a nie je wynajmuje. Jak ja śmiałam zakłócić...

Nie będę nic więcej o tym pisać, bo nie wiem czy Sandra tego nie czyta. Już mnie raz nazwała dorobkiewiczem, bo zorganizowałam "te wszystkie zbiórki" na swoją córkę, więc szpera po sieci. Niech szpera, ja szperam w lepszych miejscach.

O wakacjach Wam opowiem, mniej adrenaliny ale też ciekawie :)

Byłyśmy więc na wsi, na Banderozie przez trzy tygodnie. Matko... jak nam tam było dobrze... Pogoda obłędna. W tym roku dobry Bóg litościwie poskąpił wisienek, nie musiałam więc przerabiać hurtowych ilości. Łaskawie obdarzył jeżynami w rozsądnych ilościach ale niestety pokarał pomysłem zrobienia kiszonych ogórków w formie "od razu na zupę", czyli takich startych. A że obecnie dysponuję autem najlepszym na świecie, do którego można załadować wszystko (i Grodzisk i Skarżysko), to sobie jeździłyśmy na targ i nawoziłyśmy różnego dobra do przeróbki. 

No właśnie - auto. Jestem zachwycona tym, jakie jest pakowne. Przewoziłam nim i kosiarkę do serwisu, i kosiarkę + wózek, i rikszę + wózek + milion toreb a jeszcze gdyby była taka potrzeba, dopakowałabym pół chałupy. Niepozorny Kangurek. Opcja z rampą robi ogromną robotę. Nie wyobrażam sobie teraz konieczności każdorazowego przesadzania Agi z wózka do auta i z powrotem, oraz składania wózka. Nie wyobrażam sobie. 



W tym roku miałam też bieżącą dostawę świeżych jaj. Codziennie odwiedzała mnie kura, jak się niebawem okazało - wraz z koleżankami, bo im się bardziej podobało u mnie niż u sąsiadów ;) Nadałam jej imię - Lucy. Bo głupio tak wołać do kury Kuro! Nigdy za bardzo nie lubiłam kur, bo bałaganią (rozgrzebują), bo ...khem... srają gdzie popadnie, ale też nigdy dotąd żadna mnie osobiście nie obdarowywała jajkami. A to całkowicie zmienia postać rzeczy. Zaczęłam na nie patrzeć przychylniejszym okiem, a nawet witać poczęstunkiem. Sporo też je obserwowałam i stwierdzam, że nie są wcale takie głupie jak mi się wydawało. Bardzo fajne doświadczenie.


Na zdjęciu powyżej moment odkrycia pierwszego gniazda, gdzie zastałam 11 jajek. 

A potem pojechałyśmy na turnus. Rok temu, żegnając turnusowych znajomych mówiłam im, że za rok przyjadę tu sama swoim samochodem. To było takie trochę gadanie życzeniowe, bo choć bardzo chciałam żeby tak się stało, to nie dawałam wtedy za siebie w roli kierowcy pięciu groszy... Ba! Jeszcze pół roku temu nie dawałam. A jednak dokonało się. Sama zapakowałam dobytek, Młodą i przejechałam 450 km w jedną stronę. Do tej pory nie wierzę :))) 

W puszczy Noteckiej było cudnie, jak zwykle. Nękały nas w tym roku jakieś choróbska, od samego początku. Przyjechałyśmy w sobotę, a w niedzielę od rana Aga dostała torsji, które szarpały ją do nocy. Tego jeszcze nie grali. Cały dzień siedziałam przy niej na stołeczku i próbowałam dawać cokolwiek pić, po łyżeczce. Nie było jak dać leków, a o jedzeniu nawet nie było mowy. Ale jakoś przetrwałyśmy. W niedzielę już było lepiej, zjadła kaszę manną na wodzie i udało się jakoś przemycić leki. 

Potem, za kilka dni dopadło mnie przeziębienie. Upał po trzydzieści parę stopni a ja zdychałam. Potem dopadło też Młodą - gorączka, flegma w gardle. Już miałam strach w oczach, bo Młoda bardzo szybko zapada na zapalenie płuc a gorączkę bardzo trudno u niej zbić, ale po dwóch dniach jak ręką odjął. W życiu czegoś takiego nie widziałam. 

Jak zwykle dużo jeździłyśmy na rikszy, a zrobili nam obłędną wręcz, ciągnącą się do samego Drezdenka (13km) ścieżkę rowerową, więc było gdzie poszaleć. Przez las, po starym nasypie kolejowym, no po prostu bajka. Ja trochę biegałam, choć przez te choroby, niestety nie tyle ile bym chciała. Popływałam też w jeziorze a temperatura wody była tak wysoka, że miałam ochotę zamoczyć też Młodą ale nie było jak. Byłam nieprzygotowana - ani stroju, choć z tym byśmy sobie łatwo poradziły, ale nie miałam też żadnego koła dmuchanego ani materaca... Do nadrobienia w przyszłym roku.

I tak o. 

Młoda rozpoczęła ostatni rok edukacji. Mam zaledwie kilka miesięcy żeby wymyślić co będzie dalej. I nie wiem. Jestem totalnie przygnębiona tym tematem, ale to już następnym razem.





wtorek, 1 października 2019

turnus

Tak, turnus to dla nas zawsze dawka bardzo pozytywnej energii. Szczególnie dla mnie. Na turnusie bowiem, zwykle spotykamy wiele bardzo życzliwych osób. Odkąd jeździmy indywidualnie, czyli na turnusy nie organizowane przez jakąś grupę rodziców z dziećmi niepełnosprawnymi, naszym towarzystwem są w większości emeryci. Staruszkowie, sami schorowani ale w większości bardzo empatyczni, współczujący i podziwiający.

Wszystkie starsze panie po kilkudniowej obserwacji, najsampierw nas wypytawszy co za choroba i ile dziewczynka ma lat,  zawsze nas ojojają, a zaraz potem zaczynają podziwiać. Głównie mnie oczywiście, no bo dziewczynka to taka biedna… No biedna, zgadzam się i wcale mnie to już nie denerwuje, choć jeszcze kilka lat temu pewnie rzucałabym się zębami do tętnic.

Ale matka? Jaka dzielna! Zapyla tym wózkiem, tą rikszą (swoją drogą - riksza to świetny nawiązywacz nowych znajomości), jaka silna, jak dźwiga, jak karmi cierpliwie na tej stołówce… I do tego patrzcie - biega, pływa, taka energiczna i na dodatek zawsze uśmiechnięta! Nie płacze, nie chodzi w worku pokutnym, nie rozpacza… Ej, a widzieliście jak one razem we dwie tańczą na dysce?

A ja się, powiem Wam tak zupełnie szczerze, w tym wszystkim pławię. Całe dwa tygodnie pławię się i pierś wypinam, że ja naprawdę taka dzielna jestem. Chłonę te komplementy, uśmiecham się szeroko do tych wszystkich staruszków i się z nimi na maxa zaprzyjaźniam. Z paniami plotkuję, od panów z przymrużeniem oka przyjmuję komplementy i adoracje. Ja ich wszystkich uwielbiam! Oni mi fundują dwa tygodnie w kompletnie innym kosmosie. Tam jestem gwiazdą! I kurna gwiazdorzę na całego.

To staruszkowie. Kompletnie inne oblicze tych, których mijamy codzień na ulicy. Nie wiem dlaczego inni, może dlatego, że na wakacjach tak samo wyluzowani jak my?

Ale tym razem przydarzyło nam się też coś niezwykłego.
Pewnego razu, późnym wieczorem, po ognisku, podeszła do nas nieznajoma młoda kobieta, którą jednak kojarzyłam z widzenia, bo spacerowała z kijkami i workiem w folkowy wzór na plecach. Była uczestniczką innego turnusu w naszym ośrodku, mianowicie turnusu Amazonek.

Podeszła z wyraźnym zamiarem rozmowy. Przywitała się i od razu wypaliła: 
- Ja chciałam tylko powiedzieć, że jest pani dla mnie bohaterką.

Zatkało mnie.

- Ja panią obserwuję i chciałam powiedzieć, że miałam 26-letnią, niepełnosprawną siostrę, w podobnym stanie do pani córki i wiem, ile wysiłku i starań kosztowało moją mamę jej życie.


Chciałam jej odpowiedzieć, że nie jestem żadną bohaterką, gdyż nie wybrałam sobie świadomie takiego życia, ale w tym momencie byłam tak oszołomiona jej szczerością, że dukałam tylko jakąś nieskończoną ilość razy „dziękuję”.

Gdyby na tym się skończyło, byłaby to kolejna miła chwila, komplement, kamyczek do gwiazdorzenia.
Ona jednak powiedziała o wiele więcej.

- Jeśli pani pozwoli, chciałabym zabrać Agnieszkę na spacer, może na lody do sklepu? Tak, żeby mogła pani popływać sobie na łódce czy wziąć kajak, żeby mogła się pani zrelaksować. Myślę, że bym sobie poradziła.

No i na takie dictum to już całkiem zbaraniałam.
Kobieta miała konkret w głowie. Ona chciała mi podarować trochę czasu dla mnie samej. Powiedziała, że ma przecież cały weekend wolny (bez zabiegów - jesteśmy wszak na turnusie rehabilitacyjnym) i się dostosuje.
Podziękowałam jej setny raz, umówiłyśmy się na dalsze ustalenia nazajutrz na stołówce, kiedy sobie sprawę przemyślę.

No i ja od razu pomyślałam, że ona samą propozycją mnie zrelaksowała. Nie muszę wypuszczać się kajakiem na jezioro, żeby przez cały następny dzień łazić z uśmiechem na twarzy. Serio. 
Ale jeśli mogę… to się wypuszczę!


I się wypuściłam! Tralalala!
Poszłam w to jezioro jak dzik w żołędzie, do obłędu i bez opamiętania!


I takie to właśnie jest nasze życie turnusowe. Mnie podbudowuje maksymalnie. Szkoda, że potem powrót do realnego życia jest dość brutalny - na codzień nikt się nade mną tak nie rozczula ;) 
Ale jest na co czekać! 

sobota, 28 września 2019

wakacje

Ale ta pogoda to trochę wujowa, c’nie? Lato, lato, a tu nagle łup i zimno, wieje i gradem zaiwania. Z jednej strony to ja lubię niskie temperatury, bo mi się lepiej biega (tak, tak, nadal biegam), z drugiej jednak, niech już spadnie śnieg lepiej, bo w deszcz i zawieję to nawet na rowerze się nie da jeździć. A to mój podstawowy środek lokomocji.

W tym roku właściciel ośrodka, do którego jeździmy z Młodą od 10 lat na turnusy, tak nam powywracał plany urlopowe swoją niefortunną decyzją, że do tej pory odczuwam skutki. A to już prawie październik. Otóż ten właściciel, postanowił w marcu olać wszystkie indywidualne rezerwacje (w tym naszą) i wynajął cały ośrodek grupie rodziców z dziećmi głuchoniemymi. Grupa postawiła warunek, że przyjadą, ale chcą ośrodek na wyłączność, więc kazał recepcjonistkom podzwonić do wszystkich stałych klientów i przesunąć ich na inny termin. 
W marcu. Znaczy w marcu kazał dzwonić.
Tak się wściekłam, że postanowiłam za wszelką cenę znaleźć inne przyjazne miejsce i wreszcie uwolnić się od Osieka, na co miałam już ochotę od dawna. Z różnych względów, nie będę się już tu rozdrabniać. I zaczęłam szukać, choć marzec to już okrutny deadline i bardzo trudno znaleźć coś sensownego. 

Jednak udało się, choć nie w terminie, który najbardziej nam pasuje. 
Mamy już wypracowany optymalny terminarz wakacyjny, który nam się sprawdzał przez ostatnie lata. Tuż po zakończeniu roku szkolnego, który nota bene za chwilę będzie się odbywał z końcem maja chyba, bo co roku jest wcześniej, Aga miała „Lato w mieście”. 
To jest taki miły gest i koło ratunkowe rzucone nam rodzicom przez szkołę, bo dziatki mogą jeszcze przez dwa tygodnie wakacji jeździć do szkoły, a rodzice pracować w swoich pracach. Potem się zaczyna jazda, bo zostaje jeszcze conajmniej 6 tygodni do zaopiekowania a w tym roku realnie 8 (słownie: OSIEM), bo koniec roku był 19 czerwca. 
Kto z państwa ma osiem tygodni urlopu? No dobra - jeśli tworzycie pełną rodzinę, kto ma 4 tygodnie urlopu? Tata 4 i mama 4? 
Ja mam. Bo jestem zatrudniona z karty nauczyciela, ale Ojciec ma tylko 14 dni, więcej jednorazowo nie dostanie. I wciąż zostają dwa tygodnie… 

No dobra, to była przydługa dygresja. Do brzegu. 
Po Lecie w mieście zwykle ja brałam już urlop i jechałyśmy na Banderozę. Druga połowa lipca. Potem jechałyśmy na turnus - pierwsza połowa sierpnia, po czym ja wracałam do robo a pieczę przejmował Ojciec, na ostatnie dwa tygodnie sierpnia. W tym czasie ja miałam swoje dwa tygodnie „wolnego”, czyli chodziłam do robo ale poza nią, byłam wolna jak przeciąg. Czyli mogłam spać bez czuwania, mogłam pójść na zakupy o dowolnej porze dnia, nie musiałam wracać do domu przed 16, mogłam nawet pójść do kina. Czyste szaleństwo! Zanim przywykłam, że mogę, minął pierwszy tydzień. Potem chciałam wszystko na raz.

W robo też ten czas był na rozruch - jeszcze przed początkiem roku, jeszcze przed rozpoczęciem terapii, spokojne przygotowanie warsztatu pracy, jakieś badania, diagnozy ale na spokojnie.

Tym razem turnus znalazłam dopiero na drugą połowę sierpnia, co nam zburzyło cały plan. 
Ojciec musiał urlopować w lipcu, my na Banderozie na początku sierpnia i na koniec turnus (do 1 września!) i powrót do pracy był bardzo bolesny, oj bardzo. Nigdy więcej.

Ale to takie techniczne sprawy organizacyjne, nudne, choć dla nas bardzo ważne. Aga rozpoczęła edukację szkolną w dziewiątym roku życia, teraz ma 21 lat, czyli od 12 lat nie byliśmy całą rodziną na wakacjach. Od 12 lat nie spędziliśmy razem urlopu.

Do brzegu, do brzegu.
W tym roku byliśmy w Gościmiu. Puszcza Notecka, Wielkopolska. Ośrodek poleciła mi inna rodzinka, choć byli tam z 15 lat temu albo i dalej. Postanowiłam zaryzykować, bo miał (ten ośrodek) to, czego najbardziej potrzebujemy: lasy do spacerowania/rikszowania/biegania i jezioro do pływania. I do tego zakwaterowanie w domkach, czego jeszcze nigdy nie przerabiałyśmy.

I to był strzał w dziesiątkę.
Tak całościowo strzał. 
Bo domek okazał się mieszkankiem dwupokojowym, z podjazdem, z przestronną łazienką, własną trawką, stołem i leżakiem. Wystarczyło zrobić krok za próg i już byłyśmy na świecie.
Bo Aga nareszcie czuła się dobrze. Od 10 lat kiedy jeździłyśmy do Osieka, zawsze coś się działo. Ataki, ból, nieprzespane noce, jazdy z wrzaskiem pod kościołem (nigdy tego nie zapomnę), zaparcia i wszystkie nieszczęścia świata. Co roku pisałam z żalem, że nie ma wakacji od życia, że nie ma zmiłuj, że boli, że niby mamy odpoczywać a tylko robimy dobrą minę do złej gry, bo wracamy złachane jak klacz po westernie. I niech mnie nikt nie pyta czy wypoczęłam!

Tym razem WYPOCZĘŁAM. Obie wypoczęłyśmy. Bo choć w tym roku z różnych względów przez całe wakacje musiałam przejąć całą opiekę fizycznie na siebie, to naprawdę wypoczęłam psychicznie. 
Nic nie bolało, w nocy spokój, błogi uśmiech na twarzy Młodej - to jest gwarant mojego odpoczynku. 


Biegałam jak szalona, świtem, kiedy ona jeszcze słodko spała. 
Pływałam jak wściekła, w basenie, bo w ośrodku jest takowy i miałam to pływanie jako zabieg.
Jeździłyśmy codziennie na rikszy, po kolacji, po 8-10 kilometrów, a raz nawet prawie 30 (wybrałyśmy się do sklepu w mieście…), bo miałyśmy znakomity warun - środek lasu, równiutka asfaltowa szosa i zero ruchu.




Po porannych zabiegach zalegiwałyśmy przed domkiem na trawce. Kawka, sielanka, pogaduchy, szydełkowanie.



I to co tygrysy doceniają najbardziej - stołówka! Nie trzeba gotować ani zmywać! Matko, jaki to dla mnie luksus! Idzie się na gotowy posiłek, się je, się dziękuje i się wychodzi….
Raj…
Nie zrozumie tego nikt, chyba, że tak jak ja nienawidzi gotować a musi, i nie może postawić strawy przed progeniturą i powiedzieć: smacznego. 
Gotowanie, karmienie, pojenie, zmywanie to czynności, które zajmują mi większość dnia na przykład na wakacjach na Banderozie.


Także turnus i nowa miejscówka bardzo udana, będziemy wbijać tam w przyszłym roku.






No tak. Jak nie piszę to miesiącami, jak zacznę to nie umiem skończyć notki. Chciałabym jeszcze sporo napisać o tym turnusie, bo fajne rzeczy się zadziały. To był bardzo dobry czas. Ale chyba dość na dziś. 


czwartek, 16 sierpnia 2018

od życia nie ma urlopu

Ostatnim razem leki podziałały trzy miesiące. Trzy cudowne, spokojne miesiące. Potem musieliśmy podwoić dawkę i znów liczyłam na to, że co najmniej do września będzie spokój. Taka ze mnie optymistka.
No niestety.
Znów jesteśmy w ciemnej dupie. 
Zaczęło się na turnusie. Jakżebyśmy mogły choć raz spokojnie sobie poleżeć na kocyku na trawce, c'nie? Analizowałam, czy choć jeden z siedmiu już turnusów w tym przeuroczym miejscu miałyśmy spokojny, taki bez scen i sensacji i wyszło mi na to, że nie. Każdy jeden był przesraniutki. Rozpoczynał się sielsko, tak dla zmyłki, a potem...
Tym razem nie inaczej.

Młoda jest wykończona. Ja jestem wykończona i roztrzęsiona. Ojciec dopiero będzie. Albowiem teraz jest jego zmiana - pojechali wczoraj na działkę a ja wróciłam do pracy.

Cały rok czekam na te dwa tygodnie, kiedy mimo, że pracuję to jednak mam szansę pobyć sama w domu. Porobić to na co mam ochotę i kiedy mam ochotę. Na ten przykład o dowolnej porze wyjść z domu, wsiąść na rower i gdzieś sobie pojechać. Albo pobiegać. Bez grafiku, bez planowania. Nie po godzinie 18, kiedy wróci Ojciec tylko o 15.48.
Albo nie robić nic. Albo spać, tak po prostu położyć się bez lęku do łóżka i przespać noc bez nasłuchiwania jednym uchem. I pójść do kina. I nie karmić, nie poić bez końca, nie zmieniać pieluch i nie dźwigać.
I zatęsknić.

Od tygodnia się bałam, że nie wyjadą. No bo jak taka jazda to jak wyjadą. A jednocześnie bałam się, że wyjadą. No bo jak sobie poradzą. 
Decyzję zostawiłam Ojcu. Nie zająknął się nawet. I pojechali. Wczoraj.
Przeryczałam dwie godziny. Potem poszłam do kościoła (bo święto) i ryczałam kolejną. Potem ryczałam jak wracałam na rowerze. 
Potem położyłam się do łóżka bo ten dzień zaczął się bólem o 5.30, i choć była jakaś 13.30 postanowiłam skorzystać z tego, że mogę i trochę pospać. Ale jak spać jak łóżko się rusza, pościel się rusza, słyszę i czuję jak Młoda wierzga nogami... Nie szło. To przeryczałam kolejną godzinę.

I tak o. 

Dzień mieli ok, noc kiepską. Od 3 rano najpierw atak, potem ból, wierzganie do rana.
Jutro idę do dr Zwolińskiego po jakiś ratunek. Dawki tego leku nie da się już podnieść, więc musi wymyślić coś innego. Ufam, że wymyśli. Bo jak nie, to nie wiem... 

Ps. Udało mi się pokazać Agnieszce zachód słońca. 



środa, 5 sierpnia 2015

wakacje całkiem popiętrolone

Byłyśmy w Osieku. Tak, akurat i dokładnie w te dwa mroźne tygodnie lipca. Napisałabym - lata ale kto to wie co nas czeka. Niby teraz mamy temperatury afrykańskie ale za chwilę może się zrobić październik i co.

Bilans aktywności naszego turnusu wygląda tak:
- bieganie - sztuk trzy,
- riksza - 2,
- pływanie rowerem wodnym - 1,
- potańcówka - 1,
- pływanie wpław - ZERO,
- skakanka - ZERO,
- leżenie na kocyku - ZERO

plus jedna skręcona kostka oraz 13 ataków. Over.

Były cztery dni pogody w tym trzy na początku (bez szajby - na kocyku nie dało się poleżeć) i ten jeden ostatni, wykorzystany na pływanie rowerem, które w naszym wykonaniu wygląda przeważnie tak:




znaczy tak wygląda gdy mamy siłę napędową, bo jak nie mamy to pakujemy się z wózkiem i matka zapierdziela a nie wystawia skręcone kulasy. A bez wózka to obrazek Młodą usypia po pięciu minutach i trza ją położyć jak żula. Cóż...

Reszta to wichury i ulewy.



Matka harpagan, spragniona latania na łonie natury, od razu świtowo zaatakowała okoliczne lasy. Polatałam sobie trzy dni bo na trzeci dzień skręciłam nogę w kostce. Tę samą co w zeszłym roku. Podobno już tak jest, że jak się raz skręci to staw jest osłabiony i łatwo o kolejną kontuzję. 
I stało się. 
Ale przygoda była fajna.
To ja po krótce opowiem.
Zaplanowałam obiec jezioro Kałębie. Bo piękna traska i warto. Około 14 km, więc wstałam nieco wcześniej by mieć zapas czasowy na moje ewentualne... khem... zagubienia :D Toć zostawiam śpiące smacznie dziewczę i muszę zdążyć wrócić odpowiednio wcześnie przed śniadaniem.

Młodzież śpi smacznie i bez ekscesów więc lecę, zaczynając od zbiegu do wsi bo to najmniej przyjemny, asfaltowy kawałek. I tak gdzieś koło apteki, na trzecim kilometrze dolatuje do mnie pies. Mieszaniec wilkowaty, o taki:


Ciutkę się wystraszyłam ale co - lecę dalej, pewnie powącha i pobiegnie swoją drogą. I otóż nie, widzę że piesek postanowił się ze mną zabrać i na nic komunikaty - do domu! uciekaj! no weźże się!
Kończynami górnymi nie ma co za bardzo energicznie machać bo jednak nie wiadomo czy nie zostaną znienacka odgryzione przy samej dupie...
No to lecim, skręcamy na niebieski szlak a matka zastanawia się jak potem rozwiąże ten problem.




I tak jest pięknie wokół! Ptaszki śpiewają, słonko się budzi, żywego ducha tylko ja i Sunia (bo se sikła to się zorientowałam) i las.
Nieprawdopodobnie fajnie biegnie się w takim towarzystwie. Widuję czasami u siebie w mieście biegaczy z psami ale na smyczy, bo wiadomo. Niezbyt to komfortowe musi być choć pewnie obleci jeśli biegnie się ze swoim ulubieńcem. Natomiast pies biegnący bez smyczy, co i rusz oglądający się a w momentach gdy nie byłam pewna gdzie skręcić patrzący pytająco - no? jest decyzja? dawaj matka - lecim! Bezcenne, wspaniałe!

Do dziewiątego kilometra trochę delektowałam się tą niespodziewaną przygodą a trochę myślałam co ja zrobię potem? Przecież nie zostawię psa 3 km od domu a nie będę miała czasu sprowadzić go do wsi... 
Się coś wymyśli.

I nagle - chrup. Postawiłam krzywo nogę na leśnej ścieżce, wyryłam szczupakiem w piachu i jęknęłam z bólu. Oraz załamałam się w jednej chwili bo znałam ten ból z zeszłego roku. Skręciłam kostkę. I lipa, żaden ratownik medyczny nie przybędzie z lodem w sprayu... A do domu jeszcze 5 km...
Sunia podleciała i dawaj mnie lizać po twarzy co mnie specjalnie nie pocieszyło bo już wiedziałam, że to moja ostatnia wycieczka biegowa na tym wyjeździe. Cóż było robić - lajkonikiem trza było dotruchtać. Okazuje się, że i bez lodu się da. 


 

Psina napiła się wody z jeziora i jakoś dotarłyśmy do ośrodka, gdzie została na szczęście rozpoznana przez jedną ze sprzątających pań, która zadzwoniła do właścicielki. Żałuję ale nawet nie wiem jak się moja towarzyszka wabi, nie miałam czasu czekać na właściwą panią, która podobno też biega i pewnie dlatego Sunia tak ochoczo się ze mną zabrała. Sztuka jest sztuka - ta pani czy inna, nie ważne, byleby pobiegać :)

Po tych trzech dniach nastąpił pogodowy armagedon, chyba żeby mi nie było przykro, że nie mogę biegać ani jeździć na rowerze. Karnie chodziłam na zabiegi krioterapii - raz na bazę zabiegową a raz moczyć nogi do jeziora, które bardzo mi pomogły ale i tak obsługa niechodzącej nastolatki w tej sytuacji nie była najłatwiejsza. No cóż, powinnam przywyknąć, w końcu to drugi raz a tym razem miałam przynajmniej to krio.

A skoro o nastolatce mowa. Pamiętając zeszłoroczne przeboje z zaparciami (wszyscy okazuje się pamiętają bo tuż po przyjeździe pewna starsza pani przywitała nas tekstem - o dzień dobry! miło was widzieć! jak Agnieszka? jak kupa?...) zaopatrzyłam się w różnorodną baterię zapobiegawczą godną pułku wojska. Na szczęście nie była potrzebna bo niejaki Forlax zażywany regularnie robi robotę. Oraz tym razem postanowiłam nie nabywać wody w butelkach do picia tylko tak jak w domu - przegotowywać tę z kranu. I git, nie rozwijając zbytnio tematu powiem - no problem.

Ale przesz nie może być za nudno c'nie? My po prostu musimy mieć jakąś jazdę, choćby malutką. Tym razem była całkiem spora no bo wystawcie to sobie - zwariowana, zmieniająca się burzowa pogoda + pełnia księżyca + miesiączka... I mamy atrakcję w postaci dwóch dni ataków w seriach co trzy godziny. Nice. 

Ale udało nam się jednak te dwa razy przejechać na rowerze, o tak:


Oraz pospacerować i pograć w bule 


I pobyć razem. Jak matka z córką. Pogadać, pośpiewać, poczytać, pobarłożyć - porobić wszystkie te tegesy, które lubimy. I widziałam, że Młoda kiedy nie męczyły jej te cholerne ataki i trzęsiawki była błogo zadowolona. Mniej więcej z taką miną jak poniżej - błogi uśmiech.


A w międzyczasie odwiedziły nas jak co roku nasze koleżanki po fachu czyli Hania z Karolinką, a nawet dwie nówki sztuki - Aneta z Tatianką. Fajne to było spotkanie i niezmiennie jestem w szoku jak całkiem nieznajome, pierwszy raz spotkane osoby mogą się wydawać bliskie już na pierwszym spotkaniu. Świetne dziewczyny!



A teraz szykujemy się na wyjazd na działkę. W te afrykańskie upały. Może tym razem trochę pojeździmy na rikszy, trochę polatam, poskaczę na skakance. No chyba, że znowu coś skręcę albo wydarzy się inny kataklizm (tfu tfu!!), co by jednakowoż nie zrobiło już na mnie większego wrażenia...

Ps.
Ojciec pobiera codziennie garstkę leków i czuje się dobrze. Bark napierdziela, bez zmian.

Ps2.
Danuta w szpitalu rozpoczęła trzeci tydzień. Wszystko było dobrze (nie odczuwała żadnych skutków naświetlania czy chemii) do wczoraj kiedy to dostała 40-stopniowej gorączki i straciła kontakt ze światem. Nie wiedziała kim jest i gdzie jest. Do tej pory nie wie, że zabrano ją na tomografię i że wyszły tam jakieś zmiany w mózgu. Póki co nie wiadomo skąd i co za jedne. 
Dopisek: Ten epizod trwał kilka godzin, po czym wszystko wróciło do normy. Tego samego dnia wieczorem byłam u niej i całkiem normalnie rozmawiałyśmy. Gdyby mi o tym nie powiedziała oraz nie złapałabym lekarza (niestety tylko dyżurnego) nie wiedziałabym, że cokolwiek było nie tak. Bałam się czy po tych dwóch tygodniach naszej nieobecności nie przestraszę się jej wyglądu ale nie, wręcz odwrotnie - zaskoczyło mnie, że wygląda ładnie, lepiej niż przed szpitalem. Tylko to miejsce jest makabrycznie przygnębiające...


czwartek, 23 lipca 2015

podobno nieszczęścia...

...chodzą parami. Ja bym powiedziała, że parami tylko w czwórkach.

Miałam tutaj posnuć kolejną opowieść ze służbą zdrowia w tle ale jakoś nie było czasu. Bo niefajne urodziny, bo wyjazd, pakowanie itd. Ale co się odwlecze to nie uciecze, tylko wydłuży prawda.

No to lecim:
Ojciec. Z początkiem roku, wtedy kiedy dopadł nas wirus a ja byłam dodatkowo w głębokiej anemii i nie było komu zwlec się z łóżka żeby zwlec z łóżka Młodą okazało się, że Ojciec ma jakieś kłopoty z sercem. Ciśnienie mu skacze, migocą przedsionki. Do szpitala wtedy nie poszedł ale zaczął brać regularnie leki przepisane przez rodzinnego z poleceniem zapisania się do kardiologa. Dopsz. Pierwszy wolny termin – 16 lipiec 2015 roku. 
Ponieważ problemy zostały ogarnięte i nastał spokój postanowiliśmy za radą znajomych sercowców obcykanych w temacie poczekać na tę wizytę bez umawiania się prywatnie. Wiadomo, że prywatnie byłoby szybciej ale jak się zacznie w ten sposób to już potem każde EKG i inne cuda są również płatne.

Nadszedł więc 16 lipiec, nawet się człowiek nie obejrzał. Ojciec poszedł na umówioną wizytę i zaraz wrócił – pan doktor na zwolnieniu, kolejny termin na styczeń. Kurtyna. A ponieważ akurat siedzi na zwolnieniu bo wypiętrolił się na rowerze (o tym zaraz) to postanowił przysiąść i porządnie obdzwonić wszystkie możliwe miejsca, w tym szpitale. W pięciu z ośmiu miejsc nikt telefonu przez cały roboczy dzień nie odebrał, w kolejnych terminy chore jak u naszego chorowitego doktorka. Czyli albo trza się uchlać i paść na ulicy – wtedy obsługa natychmiastowa gwarantowana albo czas rozejrzeć się za prywatnym kardiologiem.

A teraz druga historia, również w temacie. Prawie trzy tygodnie temu Ojciec wracając z pracy na rowerze – dzień jak co dzień – wjechał z impetem na świeżo położoną kostkę wysypaną piaseczkiem i wyrypał się centralnie przez kierownik. Upadł na łokieć i bark, prawy. Łokieć zdarł i wyhodował na nim strup wielkości dłoni a bark jak zaczął boleć tak nie przestaje do dziś. To był piątek, w poniedziałek poszedł do lekarza bo ręki nie idzie podnieść na wysokość łokcia (a co dopiero podnieść Młodą – tak tylko nieśmiało zauważam swój, przylegający do historii problem) a tam luksus – proszę zejść na dół na RTG. Wow! Tak z marszu? Tak w tym samym budynku? Nieeemooożliweee… Możliwe, ale opis będzie w piątek bo lekarz czeka aż się zbierze stosik, przyjeżdża raz w tygodniu, w czwartek i opisuje hurtem. Co się będzie fatygował do każdego zdjęcia, heh.

Złamania nie ma, okazało się w piątek ale ból jest. Trza do chirurga. Chirurg pomacał, wywiad zrobił i stwierdził, że jednak to nie jego działka, trza do ortopedy. Kilka telefonów i już wiadomo, że w jednym miejscu terminy na grudzień a w drugim na maj, 2016… No to zostaje ostry dyżur. Tam jakoś udało się uprosić panie z rejestracji, które dokonują pierwszej weryfikacji i dostać do lekarza. Któren rzekł, że nic nie pomoże i trzeba problem przeczekać. Bo albo zerwany naczep mięśnia albo coś w ten deseń. Poboli i może przestanie. Może.

Chwilowo zmienimy teraz bohatera opowieści, bez zbytniej zmiany tła bo okazuje się, że my wszyscy takie jakieś sieroty co to lubimy sobie od czasu do czasu coś zrobić, skręcić, przetrącić…
Jesteśmy z Młodą na turnusie od niedzieli. W starym dobrym Osieku, choć w tym roku miałyśmy być nad morzem. Ale cóż, do ostatniej chwili nie wiadomo było co z Danutą i czy w ogóle gdzieś wyjedziemy a ośrodek nadmorski życzył sobie podpisywać umowy i wpłacać zaliczki dużo wcześniej. Jesteśmy więc na starych śmieciach, które jednakowoż bardzo lubimy i czujemy się tu jak w domu. Czyli stara rutyna – matka wstaje o świcie i idzie latać, córuś smacznie śpi do śniadanka. Potem ogarniamy całą resztę ale dla mnie najważniejszy jest ten poranny moment samotnego latania po lesie (a nie klepanie dusznego asfaltu w mieście), to jest moja najfajniejsza pora dnia, mimo że w ciągu roku nikt nie jest w stanie zmusić mnie do latania o 6 czy 7 rano. 

Pierwsze dwa dni jak z płatka – wszystko gra jak w zegarku, Młoda śpi tak smacznie że aż mi się gęba śmieje, nic nie boli, za przeproszeniem kupa jest (nasza zmora z lat poprzednich), wracam, prysznic, lecę po śniadanko, wracam i budzę Młodą, która wita mnie błogim uśmiechem. Cudo. Trzeciego dnia postanawiam wyruszyć na dłuższą wycieczkę, wokół jeziora, więc wychodzę trochę wcześniej żeby mieć zapas czasowy w razie czego. A konkretnie w razie gdybym zabłądziła w lesie do czego mam wielki talent. Na trzecim kilometrze, we wsi, dołącza do mnie pies, który nijak nie daje się odgonić. Okazuje się, że to niezwykle przyjazna suczka rasy kundel – jakiś taki wilkowaty. Cóż miałam zrobić, toć nie wezmę kija i nie pogonię bo jeszcze mnie miły piesek zje, bo to wiadomo? Leciałyśmy więc sobie razem, prawdę mówiąc bardzo fajne takie bieganie z psem, aż na dziewiątym kilometrze źle postawiłam nogę na leśnej ścieżce i ją sobie ordynarnie skręciłam. Oraz wywinęłam orła zdzierając kolano i sprawdzając stan tutejszego piachu. To ta sama kostka, którą skręciłam w zeszłym roku na Biegnij Warszawo. Siadłam tak jak leżałam i chciało mi się płakać. Psina doleciała, pocieszała mnie wilgotnym jęzorem a ja nie wiedziałam jak tu teraz wrócić do domu. Zostało jeszcze 5 km. Jakoś doleciałam bo wyjścia nie było ale noga spuchła i boli…

I teraz jest już po bieganiu, po jeżdżeniu na rikszy i po wakacjach. Chodzę na krioterapię, okładam zmrożonymi ręcznikami oraz smaruję Altacetem ale generalnie powinnam tę nogę oszczędzać a tu nie ma jak – jest Młoda do dźwigania. Powtórka z rozrywki, pieprzone deja vu.

Poza tym właśnie przed godziną dostałam od Ojca wiadomość, że siedzi w poczekalni przychodni nocnej i czeka na karetkę. Bo ma mocno wysokie ciśnienie, serce mu szaleje i niestety po tabletkach jakie mu tam zaserwowali nic się nie zmieniło. Założyli mu więc wenflon i pewnie pojechał już do szpitala.

A Młoda postanowiła przypomnieć, że ona też potrafi dokazywać i zaczęła wierzgać sygnalizując jakiś ból. Tym razem to był ból bo najsampierw zaaplikowałam wszelkie maści dowcipne i nic. Pomóżdżyłam więc chwilę i postawiłam na bóle przedmiesiączkowe i zapodałam Apap, na szczęście pomógł. Wiecie, że ja czasami mam ochotę naprawdę walnąć baranka w ścianę.

Ps. Dobra wiadomość jest taka, że Danuta od poniedziałku jest w szpitalu, ma naświetlania a nawet wzięła pierwszą chemię i wcale jej to nie obeszło. Żadnych sensacji. Oby tak do samego końca, czyli jeszcze pięć tygodni.


Ps 2. Chyba jestem gotowa przyjmować zakłady, że ja we wrześniu na tę operację to jednak nie dam rady pójść.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wakacje - Osiek 2014

Znowu zostałam przywołana do porządku. No tak, to już prawie dwa miesiące od ostatniej notki. Gdyby nie Wy, pewnie już bym zarzuciła to pisanie.

 Rybki łowimy.

Wakacje. Co ja mogę powiedzieć o wakacjach? Jak zwykle trochę dałam się nabrać na te wakacje, że niby wolne dostajemy od wszystkiego - pracy, obowiązków, szkoły i od rettmonstera również. A tu jak zwykle zonk. Nie wiem czemu tak jest ale co lato mamy ten sam problem - potężne zaparcia. Niby świeże owoce i warzywa, niby więcej czasu na picie (więcej niż w szkole) a problem stale powraca właśnie latem.
I w tym roku było nie inaczej - cały ośrodek w Osieku, do którego pojechałyśmy po raz czwarty żył, za przeproszeniem, naszą kupą a właściwie jej brakiem. Dobrotliwe starsze panie bardzo się litowały nad nieszczęściem Młodej i przynosiły nam różne specyfiki takie jak Xenna extra i różne inne z kategorii "tylko na receptę, mało mi tyłka nie urwało" a to wszystko jakby w czarną dziurę. Nikło bez efektu. Cuda i dziwy panie.

Oczywiście nasza niezastąpiona Hania musiała i tym razem nas poratować. Przywiozła magiczne czopki i się nieco ruszyło, acz niczego nie urwało. Starsze panie jak się dowiedziały świętowały razem z nami :) To jest właśnie magia tego ośrodka :)

Grota solna, szalenie śmieszna. Woda kapie, światła kolorowe - czemu cała reszta chrapie?

Mimo wszystko jednak trochę odpoczęłyśmy. Poleżałyśmy na kocyku, pojeździłyśmy na rikszy, łowiłyśmy rybki, nawet potańczyłyśmy. Znaczy matka to jak zwykle - nie przepuściła okazji do tanecznego szaleństwa z kulawymi ale i Młodą ściągnęłam tym razem na nogi. Fajnie było.

 Dyska na stołówce, niezapomniane przeżycie.

Tam się jedzie jak do innego świata a jednocześnie już jak do rodziny. Obsada się nie zmieniła - wszystkie panie z recepcji, kuchni, panie sprzątające, panowie dozorcy - każdego już znamy z imienia i nas też już znają. Wszyscy bardzo mili i uczynni.
Spotykamy też wielu znajomych, i tych z którymi się umawiamy na turnus i różnych innych poznanych w poszczególnych latach. Dowcip tam jest bardzo specyficzny - kulawi, którzy zresztą sami tak siebie nazywają, śmieją się z siebie i wymyślają tak nieprawdopodobne tematy do przedyskutowania, że postronny normals mógłby zwyczajnie tego nie wytrzymać :) Uwielbiam ten luz, w zachowaniu, rozmowie, zabawie.



Z sukcesów: zdobyłam drugie miejsce w boule. Normalnie rozwaliłam ten kiosk!
Po drugie - polatałam po lesie i się nie zgubiłam na amen, choć było takie prawdopodobieństwo. Niejednokrotnie.
Po trzecie - obiegłam w końcu to jezioro Kałębie. Nie jest to jakiś specjalny wyczyn, bo to tylko niespełna 14 km ale jak się tak spojrzy hen za wodę to wydaje się, że mapy i inne GPS-y kłamią jak psy i to musi być zajebiście daleko i nie dam rady.


Po czwarte - nauczyłam się skakać na skakance. 
Po piąte - umiem też robić nową, taką oto fryzurkę :)


 Ps. Szykuje się niesamowita imprezka, którą niebawem zapowiem więc ten - stay tuned :)