środa, 5 sierpnia 2015

wakacje całkiem popiętrolone

Byłyśmy w Osieku. Tak, akurat i dokładnie w te dwa mroźne tygodnie lipca. Napisałabym - lata ale kto to wie co nas czeka. Niby teraz mamy temperatury afrykańskie ale za chwilę może się zrobić październik i co.

Bilans aktywności naszego turnusu wygląda tak:
- bieganie - sztuk trzy,
- riksza - 2,
- pływanie rowerem wodnym - 1,
- potańcówka - 1,
- pływanie wpław - ZERO,
- skakanka - ZERO,
- leżenie na kocyku - ZERO

plus jedna skręcona kostka oraz 13 ataków. Over.

Były cztery dni pogody w tym trzy na początku (bez szajby - na kocyku nie dało się poleżeć) i ten jeden ostatni, wykorzystany na pływanie rowerem, które w naszym wykonaniu wygląda przeważnie tak:




znaczy tak wygląda gdy mamy siłę napędową, bo jak nie mamy to pakujemy się z wózkiem i matka zapierdziela a nie wystawia skręcone kulasy. A bez wózka to obrazek Młodą usypia po pięciu minutach i trza ją położyć jak żula. Cóż...

Reszta to wichury i ulewy.



Matka harpagan, spragniona latania na łonie natury, od razu świtowo zaatakowała okoliczne lasy. Polatałam sobie trzy dni bo na trzeci dzień skręciłam nogę w kostce. Tę samą co w zeszłym roku. Podobno już tak jest, że jak się raz skręci to staw jest osłabiony i łatwo o kolejną kontuzję. 
I stało się. 
Ale przygoda była fajna.
To ja po krótce opowiem.
Zaplanowałam obiec jezioro Kałębie. Bo piękna traska i warto. Około 14 km, więc wstałam nieco wcześniej by mieć zapas czasowy na moje ewentualne... khem... zagubienia :D Toć zostawiam śpiące smacznie dziewczę i muszę zdążyć wrócić odpowiednio wcześnie przed śniadaniem.

Młodzież śpi smacznie i bez ekscesów więc lecę, zaczynając od zbiegu do wsi bo to najmniej przyjemny, asfaltowy kawałek. I tak gdzieś koło apteki, na trzecim kilometrze dolatuje do mnie pies. Mieszaniec wilkowaty, o taki:


Ciutkę się wystraszyłam ale co - lecę dalej, pewnie powącha i pobiegnie swoją drogą. I otóż nie, widzę że piesek postanowił się ze mną zabrać i na nic komunikaty - do domu! uciekaj! no weźże się!
Kończynami górnymi nie ma co za bardzo energicznie machać bo jednak nie wiadomo czy nie zostaną znienacka odgryzione przy samej dupie...
No to lecim, skręcamy na niebieski szlak a matka zastanawia się jak potem rozwiąże ten problem.




I tak jest pięknie wokół! Ptaszki śpiewają, słonko się budzi, żywego ducha tylko ja i Sunia (bo se sikła to się zorientowałam) i las.
Nieprawdopodobnie fajnie biegnie się w takim towarzystwie. Widuję czasami u siebie w mieście biegaczy z psami ale na smyczy, bo wiadomo. Niezbyt to komfortowe musi być choć pewnie obleci jeśli biegnie się ze swoim ulubieńcem. Natomiast pies biegnący bez smyczy, co i rusz oglądający się a w momentach gdy nie byłam pewna gdzie skręcić patrzący pytająco - no? jest decyzja? dawaj matka - lecim! Bezcenne, wspaniałe!

Do dziewiątego kilometra trochę delektowałam się tą niespodziewaną przygodą a trochę myślałam co ja zrobię potem? Przecież nie zostawię psa 3 km od domu a nie będę miała czasu sprowadzić go do wsi... 
Się coś wymyśli.

I nagle - chrup. Postawiłam krzywo nogę na leśnej ścieżce, wyryłam szczupakiem w piachu i jęknęłam z bólu. Oraz załamałam się w jednej chwili bo znałam ten ból z zeszłego roku. Skręciłam kostkę. I lipa, żaden ratownik medyczny nie przybędzie z lodem w sprayu... A do domu jeszcze 5 km...
Sunia podleciała i dawaj mnie lizać po twarzy co mnie specjalnie nie pocieszyło bo już wiedziałam, że to moja ostatnia wycieczka biegowa na tym wyjeździe. Cóż było robić - lajkonikiem trza było dotruchtać. Okazuje się, że i bez lodu się da. 


 

Psina napiła się wody z jeziora i jakoś dotarłyśmy do ośrodka, gdzie została na szczęście rozpoznana przez jedną ze sprzątających pań, która zadzwoniła do właścicielki. Żałuję ale nawet nie wiem jak się moja towarzyszka wabi, nie miałam czasu czekać na właściwą panią, która podobno też biega i pewnie dlatego Sunia tak ochoczo się ze mną zabrała. Sztuka jest sztuka - ta pani czy inna, nie ważne, byleby pobiegać :)

Po tych trzech dniach nastąpił pogodowy armagedon, chyba żeby mi nie było przykro, że nie mogę biegać ani jeździć na rowerze. Karnie chodziłam na zabiegi krioterapii - raz na bazę zabiegową a raz moczyć nogi do jeziora, które bardzo mi pomogły ale i tak obsługa niechodzącej nastolatki w tej sytuacji nie była najłatwiejsza. No cóż, powinnam przywyknąć, w końcu to drugi raz a tym razem miałam przynajmniej to krio.

A skoro o nastolatce mowa. Pamiętając zeszłoroczne przeboje z zaparciami (wszyscy okazuje się pamiętają bo tuż po przyjeździe pewna starsza pani przywitała nas tekstem - o dzień dobry! miło was widzieć! jak Agnieszka? jak kupa?...) zaopatrzyłam się w różnorodną baterię zapobiegawczą godną pułku wojska. Na szczęście nie była potrzebna bo niejaki Forlax zażywany regularnie robi robotę. Oraz tym razem postanowiłam nie nabywać wody w butelkach do picia tylko tak jak w domu - przegotowywać tę z kranu. I git, nie rozwijając zbytnio tematu powiem - no problem.

Ale przesz nie może być za nudno c'nie? My po prostu musimy mieć jakąś jazdę, choćby malutką. Tym razem była całkiem spora no bo wystawcie to sobie - zwariowana, zmieniająca się burzowa pogoda + pełnia księżyca + miesiączka... I mamy atrakcję w postaci dwóch dni ataków w seriach co trzy godziny. Nice. 

Ale udało nam się jednak te dwa razy przejechać na rowerze, o tak:


Oraz pospacerować i pograć w bule 


I pobyć razem. Jak matka z córką. Pogadać, pośpiewać, poczytać, pobarłożyć - porobić wszystkie te tegesy, które lubimy. I widziałam, że Młoda kiedy nie męczyły jej te cholerne ataki i trzęsiawki była błogo zadowolona. Mniej więcej z taką miną jak poniżej - błogi uśmiech.


A w międzyczasie odwiedziły nas jak co roku nasze koleżanki po fachu czyli Hania z Karolinką, a nawet dwie nówki sztuki - Aneta z Tatianką. Fajne to było spotkanie i niezmiennie jestem w szoku jak całkiem nieznajome, pierwszy raz spotkane osoby mogą się wydawać bliskie już na pierwszym spotkaniu. Świetne dziewczyny!



A teraz szykujemy się na wyjazd na działkę. W te afrykańskie upały. Może tym razem trochę pojeździmy na rikszy, trochę polatam, poskaczę na skakance. No chyba, że znowu coś skręcę albo wydarzy się inny kataklizm (tfu tfu!!), co by jednakowoż nie zrobiło już na mnie większego wrażenia...

Ps.
Ojciec pobiera codziennie garstkę leków i czuje się dobrze. Bark napierdziela, bez zmian.

Ps2.
Danuta w szpitalu rozpoczęła trzeci tydzień. Wszystko było dobrze (nie odczuwała żadnych skutków naświetlania czy chemii) do wczoraj kiedy to dostała 40-stopniowej gorączki i straciła kontakt ze światem. Nie wiedziała kim jest i gdzie jest. Do tej pory nie wie, że zabrano ją na tomografię i że wyszły tam jakieś zmiany w mózgu. Póki co nie wiadomo skąd i co za jedne. 
Dopisek: Ten epizod trwał kilka godzin, po czym wszystko wróciło do normy. Tego samego dnia wieczorem byłam u niej i całkiem normalnie rozmawiałyśmy. Gdyby mi o tym nie powiedziała oraz nie złapałabym lekarza (niestety tylko dyżurnego) nie wiedziałabym, że cokolwiek było nie tak. Bałam się czy po tych dwóch tygodniach naszej nieobecności nie przestraszę się jej wyglądu ale nie, wręcz odwrotnie - zaskoczyło mnie, że wygląda ładnie, lepiej niż przed szpitalem. Tylko to miejsce jest makabrycznie przygnębiające...


5 komentarzy :

  1. Cóż...z pogodą trafiliśmy właśnie tak samo:( Pojechaliśmy zwiedzać Danię, mieszkaliśmy po campingach, w typowych skandynawskich warunkach - domki bez łazienek, za kąpiel 2 minutową na ostatnim z campingów trzeba było zapłacić 1zł!!! A tam lało, wiało i było jakieś 12 stopni:( A wiedziałam, sprawdzałam prognozy, ale w nie nie uwierzyłam i nie mieliśmy wystarczającej ilości ciepłych ciuchów:( Tyle dobrze, że sobie niczego nie skręciłam! Niech Wam się przynajmniej ta działka uda, a Danuta... no nawet nie wiem, co napisać:((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mnie chyba nie pociesza choć trochę mniej zazdroszczę tego zwiedzania Danii :) Szkoda Waszych i naszych wakacji.
      A info o Danucie chyba muszę edytować bo nie napisałam jasno, że to był epizod i trwał kilka godzin. Tego samego dnia byłam u niej wczesnym wieczorem i normalnie rozmawiałyśmy a po gorączce nie było śladu. I wygląda bardzo ładnie.

      Usuń
    2. uffff i niech tylko epizodem zostanie!!!

      Usuń
  2. Rwa mać.
    Oraz "W imię Ojca i Syna" i "Zdrowaś" takoż.
    A z lataniem i skakanką to Matka uważaj
    Cyby Cię znowu złe nie dopadło.
    Buziole :***

    OdpowiedzUsuń
  3. no to przygód wiele i tych dobrych i tych nieco mniej ;)
    Zdrowia dla Danuty no i dla Was!
    :*

    OdpowiedzUsuń