Trochę się działo ale jakoś nie miałam melodii do pisania. No to sprawozdawczo:
Po pierwsze - Młoda obcięła warkole! To było spore wydarzenie emocjonalne bo ostatni raz tak krótkie włosy Aga miała w wieku 2 lat z tym, że wtedy jeszcze w lokach.
Już od dawna Ojciec nalegał na skrócenie włosów w celu sprawniejszej ich pielęgnacji ale chyba nie miał na myśli tak drastycznej zmiany. Ja też nie, ale na fejsiku jedna z rettowych mam pokazała zdjęcia swojej 9-letniej córki, która z okazji urodzin obcięła swój warkocz i podarowała go Fundacji Rak'n'Roll w ramach akcji Daj włos i pomyślałam sobie, że szkoda byłoby tak ciąć po kawałku takie włosy i wyrzucać do śmieci...
I postanowiłyśmy pójść na całość i obciąć minimum 25 cm warkocza, żeby komuś te włosy mogły służyć. Umówiłam wizytę u mojej pani fryzjerki na dzień wyjazdu na Banderozę. Zrobimy Ojcu suprajs!
Rozmawiałam wcześniej z Młodą o tym co będzie się działo, po co i dlaczego. Umówmy się, że nie miała zbyt wiele do powiedzenia ale kiedy opowiadałam jej, że w ten sposób ona też może komuś pomóc i że jakaś pani, która straciła swoje włosy bo jest chora jak nasza babcia będzie mogła nosić jej włosy... pojawił się szeroki uśmiech. Jest aprobata, jest dobrze.
W salonie ogromne emocje. Młoda aż cała chodzi a pani Danusia widzę, że choć nadrabia miną to czuje się odrobinę nieswojo mając taką klientkę na swoim fotelu. Cały czas upewnia się czy "ona się nie denerwuje" i czy "wszystko w porządku". Mówię, że nic się nie dzieje, że to tylko emocje ale sama jestem zdenerwowana i już cała mokra. Włosy zostały podzielone na trzy warkocze i kiedy słyszę pierwszy chlast nożyczkami prawie dostaję zawału - matko netowo, za krótko! Miało być do ramion ale dziewczyna się odchyliła do tyłu, my rozemocjonowane i poooooszło! No cóż, wyszło 35 cm i fryzura nie dająca się złapać w kucyk. Trza się będzie nauczyć nowych, odlotowych fryzur....
I pojechałyśmy na Banderozę. Się uczyć tych fryzur. Bo nic oprócz dogorywania na tarasie w te afrykańskie upały robić się nie dało. Ojcu nowy look się spodobał choć z pewną dozą nieśmiałości myślał o czekających go dwutygodniowych wakacjach we dwoje z córką i jej fryzurą wymagającą przecież codziennego odświeżania.
A na Banderozie to co. Nudy na pudy. Pierwszy raz byłyśmy same samiuteńkie bo babcia przecież w szpitalu. A tu jakaś wymiana słupów na wsi, kopanie rowów i zakopywanie kabli. Rozorali mi całe podwórko a że ziemia tam mocno piaszczysta z bonusem w postaci wiecznej suszy to nie wiem kiedy to znowu zarośnie trawą. Na razie mamy jedną wielką piaskownicę, wymarzone podłoże do jeżdżenia wózkiem prawda.
Przed wyjazdem zaopatrzyłam się w baterię ratunkową na wszelką wypadkowość gdyby mojej kostce znowu coś odbiło (Altacet w sprayu - bomba!) i zaczęłam szurać wczesnymi rankami. To moja ulubiona pora dnia na wakacjach - 6.30, rześkie powietrze, kogutki pieją, ptaszki śpiewają, dziewczyna słodko pochrapuje a matka idzie latać. Za godzinkę jestem z powrotem, staję sobie w drzwiach i napawam się widokiem Młodej, która wciąż pochrapuje. No po prostu uwielbiam ten moment, ten widok i tę świadomość, że skoro śpi to znaczy, że nic nie boli. Oczywiście to czy boli czy nie boli oraz czy wszystko jest w jak najlepszym porządku diagnozuję przed wyjściem. Kiedy tylko coś, cokolwiek mi się nie podoba zostaję w domu. I bilans mamy równo po połowie - na 10 dni biegałam 5, bo na początku było wszystko w porządku a potem nastały niezidentyfikowane wariacje biodrami. Czyli albo boli albo swędzi albo coś. I to "coś" jest najbliższe prawdy bo znowu żaden z baterii leków, które zabrałam ze sobą nie działa.
No cóż, chyba taka już ta nasza karma.
Na szczęście po zmianie turnusu, którą dokonaliśmy z Ojcem - że w sensie ja do domu a on do Młodej na Banderozę, po kilku dniach epizody zniknęły. Oby na zawsze ale tak, wiem, nadzieja matką głupich.
Siedzę sobie więc sama w domu już tydzień. I pracuję, żeby nie było że tak zupełnie mam urlop od wszystkiego. I próbuję jakoś wyciągać z tych dni wolności na które tak czekam cały rok maksimum tego co się da, I nie myśleć, że dni upływają tak straszliwie szybko.
Wymyślam sobie takie aktywności, które jestem w stanie zrealizować samotnie bo przesz samotna jestem w tym wszystkim - nikt nie chce ze mną latać!
No więc byłam w kinie. Ha! I nie wiedziałam jak się wybiera miejsce na tym śmiesznym ekraniku, w kasie przy kupnie biletu. Coś tam majstrowałam, dotykałam tych kwadracików aż mi chłopiec sprzedający pobłażliwie spoglądając podpowiedział, że wystarczy mu powiedzieć, który rząd, które miejsce... No normalnie jakbym z dziczy była ale w końcu w kinie bywam raz na rok, w drugiej połowie sierpnia, więc mogę nie pamiętać tak?
W trakcie pół godziny reklam zdążyłam się przebrać na powrót, czyli zdjąć sukienkę, wyciągnąć z plecaka i założyć skarpetki i buty do biegania oraz spakować tę kieckę i sandałki. Bo przecież nie będę wracać autobusem skoro śpieszyć się nie muszę a wieczór taki piękny... I znów okazało się, że zewsząd do mojego kurnika jest 10 km. Jakaś klątwa.
A dziś pojechałam do Danuty na rowerze i mam w nogach prawie 40 km. Oczywiście ahoj przygodo! Zgubiłam się z pińcet razy na zupełnie prostej trasie ale oj tam - dotarłam w te i nazad. No ni hu hu nie jestem na ty z orientacją.
A jutro pojadę autobusem po odbiór pakietu startowego na moją ulubioną ostatnio imprezę biegową odbywającą się cyklicznie co miesiąc w Łazienkach Królewskich po zmroku - bieg On The Run. I oczywiście wrócę biegiem. Jak pokazuje mi Google Maps będzie tego niespełna 12 km, jupi! Wreszcie coś powyżej dyszki.
I tak o. Tydzień wolności za mną a ja zamiast imprezować latam po mieście jak kot z pęcherzem. Marzyłoby mi się (jak zawsze...) pójść gdzieś potańczyć ale akurat ta aktywność jest raczej niemożliwa do realizacji w pojedynkę.
Nie mażę się, ale marzę o tym by przetańczyć choć kawałek nocy. Tak wiecie, na maksa.




z tego, co sobie przypominam, to pierwszy raz w kinie też nie wiedziałam o co chodzi z tymi miejscami
OdpowiedzUsuńtyle, że nie zdążyłam pogmerać palcami, bo pani sama zapaliła lampki i spytała czy może być ;-)
a włosy piękne były
i piękny cel
babki to jednak bardziej kumate są, i empatyczne ;)
UsuńMyślę, że radykalne skrócenie włosów to bardzo dobry pomysł. Warkocze piękne, ktoś się bardzo ucieszy i chwała Wam za to :)
OdpowiedzUsuńDobry pomysł. Chyba troszkę przykro musiało być? Cel szczytny. A włosy piękne.
OdpowiedzUsuńBardzo zacnie po ścięciu wygląda i musi jej lżej być, szczególnie w te afrykańskie upały), które podobno mają wrócić, ale to już raczej nie to samo - jesień w powietrzu czuć i basta!!)
OdpowiedzUsuńWłosy odrosną a póki co Córa wydoroślała w tych krótszych włosach - prawdziwa nastolatka:). I z pewnością ucieszą sie ci co perukę muszą....
OdpowiedzUsuńAriadna
PS. Podczytująca od czasu do czasu zmagania z Rettem..
Dziewczyny to co zrobiłyście jest super :) Młoda zupełnie inaczej bez warkoczyków. Ściskam
OdpowiedzUsuńAnia
P.S. reaktywuję pisanie: notatkizdrogi.wordpress.com
Jak ja Cię rozumięęę - z tem tańcem znaczy.
OdpowiedzUsuńChciałaby dusza do raju, oj chciała...
Za to wczoraj pokijkowałam około 8 km, porządnym tempem.
A na końcu zrobiłam truchcikiem 800 metrów (2 okrążenia) na stadionie.
Zasapana uznałam, że jestę sportowcę:)))