Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 lutego 2018

cicho sza...

Niech chwila trwa...

Boję się, bardzo boję się pisać, że mam dobre wiadomości, więc umówmy się, że tego nie napisałam. Ale jestem bardzo wzruszona Waszymi komentarzami i czuję się w obowiązku napisać cokolwiek. 

To może ja tak technicznie. Nowy lek został wprowadzony. Przewrażliwiona matka już trzeciego dnia narobiła rabanu, że dziewczyna śpi coś za długo (matka się odzwyczaiła, prawda), że jest w ogóle senna i pewnie ją lek ogłupił, otępił i uśpił. Pan doktor telefonicznie uspokoił, że spoko, tak może być, organizm się przyzwyczai. I tak było. Ale teraz sobie myślę, że organizm to przede wszystkim był bardzo zmęczony ostatnimi przeżyciami i po prostu zwyczajnie postanowił odpocząć i odespać zaległości...

Boże, jak to dobrze się ułożyło, że wszystko to zadziało się z początkiem ferii. Jestem osobą wierzącą i przepraszam wszystkich o odmiennym światopoglądzie za ten akapit, ale mnie to się wszystko układa bardzo logicznie. Bardzo pomstowałam na odmowę dowozu Młodej na "Zimę w mieście" w tym roku. Przypadek? Nie sądzę. Wszystko ma swój sens, cel, przeznaczenie. Dobrze, że została w domu bo miałam pełną kontrolę nad tym co się z nią dzieje w pierwszych dniach wprowadzania leku.

Jednocześnie wycofaliśmy nasz główny lek na padakę. Znaczy zniknie z jadłospisu z nadchodzącą niedzielą. Baj baj. 

No i ponieważ bardzo boję się napisać, że niby jest dobrze, to napiszę, że noce są beznadziejnie nudne bo w całości przespane, a ataki przez ten cały czas były dwa. 
Kompletnie nie przyjmuję tego stanu za sukces i pewnik. Ale taka mnie refleksja naszła dziś, że być może mamy za sobą kolejny duży kryzys, z naciskiem na "za sobą"... Trzy z kawałkiem lata temu, kiedy Aga nagle zaczęła się dusić nocami, też mi się wydawało, że świat się wali, kończy, ona umiera a ja wraz z nią. A jednak przetrwałyśmy. Może i teraz przetrwamy?
No nie wiem, zaklinam rzeczywistość bo nie wiem czy mogę tak już pozytywnie myśleć, czy ta zaraza gdzieś zza rogu nie wychyli łba i znowu wpadnę w czarną dziurę. Tak jak jednej nocy, kiedy Młoda chyba po prostu chciała się poruszać bo może uwierał ją kawałek prześcieradła, a ja dostałam ataku paniki bo mi się wydawało, że ból powraca... To jest tak straszne uczucie, że nie potrafię tego opisać. 

A żeby nie oszaleć do reszty, byłam oczyścić głowę w Bieszczadach. Na górskim maratonie. Zapisałam się na ten bieg kilka miesięcy temu, w zupełnie innej, przyjaznej rzeczywistości i teraz uznałam, że po prostu mimo wszystko muszę tam pojechać. 
Nie jest łatwo zostawić cały ten bajzel w domu. Jest cholernie trudno wytłumaczyć samej sobie, że nie, nie porzucam dziecka w niedoli, że tak, dla dobra tego dziecka trzeba koniecznie zadbać o psychikę matki. Krótko mówiąc - nie polatam, zwariuję; nie zmienię krajobrazu, zwariuję; nie pooddycham innym powietrzem, zwariuję. I pojechałam. 

Nie powiem, żebym odetchnęła pełną piersią i wyspała się na maxa. Nic z tych rzeczy. Naoddychałam się co prawda przez 44 kilometry rześkim, bieszczadzkim powietrzem ale spałam źle, bo myślówa i nic się na to nie poradzi. Ale ja dobrze wiem, że żeby odpocząć psychicznie muszę porządnie zmęczyć się fizycznie i to mi się doskonale udało. Poza tym Bieszczady uraczyły mnie takimi widokami, że klękajcie narody. Zakochałam się. W górach, w biegach górskich, w długich dystansach. Tak, chcę biegać długie dystanse, ale znam swoje możliwości, więc nie nastawiam się na rywalizację ale na czystą przyjemność biegania. I czyszczenia głowy.









sobota, 13 maja 2017

Orlen Warsaw Maraton - mój maraton

Bieganie i cała ta zabawa w starty w zawodach to bardzo interesująca kwestia z punktu widzenia psychologii. To co się dzieje w głowie podczas pokonywania różnych dystansów, łamania swoich własnych barier, wychodzenia poza tzw. strefę komfortu jest po prostu fascynujące.
Przebiegłam już sporo półmaratonów, jeszcze więcej biegów na krótsze dystanse przez te cztery ostatnie lata i mogłabym powiedzieć, że sporo już wiem na ten temat. Jednak maraton to dystans, który nie daje się tak łatwo oswoić. A na pewno nie da się przewidzieć tego jak zareaguje nań organizm. 
I głowa. Przede wszystkim głowa.

Odbiór pakietu startowego i widok mety przyprawił mnie o zawrót głowy

Już trzy razy bardzo poważnie przygotowywałam się do maratonu. Przeczytałam mnóstwo relacji i porad, wyszukałam i starannie wdrożyłam odpowiedni plan treningowy. Starałam się też zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek - nie jestem już dwudziestolatką i powinnam mierzyć siły na zamiary. Nie ruszają mnie już te wszystkie motywacyjne hasła typu "Nie ma złej pogody, są tylko słabe charaktery" czy jakoś tak. Wiem, że jak pada lodowaty deszcz to warto odpuścić trening bo lepiej nadrobić przy lepszej pogodzie niż stracić dwa tygodnie na randce z zapaleniem oskrzeli. Przykładów tej głupoty zalewającej internety można mnożyć. Ale letni deszcz lubię, nie powiem :)

To czego o sobie do tej pory nie wiedziałam to to, że bardzo ciężko mi odpuścić trening bez poważniejszego powodu. Znaczy bo mi się nie chce (choć czasem mi się nie chce) albo że mi się wydaje, że jestem zmęczona czy coś (choć bywam zmęczona). Nie potrafię. Zdarzało się już, że przez kilka nawet godzin biłam się sama ze sobą w myślach:
– Idź pobiegać!
- Nie chce mi się/zaraz będzie padać/ale dzisiaj wieje/może pójdę jutro,
– Przecież wiesz, że zaraz ci się zachce i będzie zajebiście jak zwykle, tylko wyjdź już z tego domu!/nawet jak zacznie padać to tylko przez chwilę/jak wieje to i lepiej, będziesz robić siłę biegową/jutro masz inny, nowy trening!
Potem wychodziłam i było jak przewidywałam. Zajebiście.
Bo okazuje się, że bieganie sprawia mi ogromną frajdę. Nie jest to już od dawna, bardzo dawna powód żeby zrzucić parę kilo czy inny, wskazujący na jakiegoś rodzaju obowiązek, nawet czasem przykry obowiązek. Parę kilo w tę czy w tamtą cyklicznie zdarza mi się nadal (tak, tak, można przytyć regularnie biegając) choć wciąż mam nadzieję, że to już ostatni raz. Ale jestem dużą dziewczynką i wiem, że to neverending story.
No chyba, że to już ostatni raz. Pff:)

Dowodem i doskonałym przykładem na tę tezę jest mój ostatni start w Półmaratonie Warszawskim, na co zwróciła mi uwagę moja koleżanka z pracy. Sama na to nie wpadłam. Otóż w przeddzień zawodów mieliśmy przeprowadzkę. Od rana do nocy w roli tragarza, ciężka fizyczna robota. Położyłam się spać o północy, nieprzytomna, z rozsądku bo robota jeszcze by się znalazła. Za godzinę Młoda zaatakowała i trzeba było nagle obudzonym, trzeźwym okiem ocenić sytuację, ogarnąć, poczekać aż się uspokoi. Wstałam o 5, a że na adrenalinie to nawet nie byłam jakoś specjalnie niewyspana. Wyszykowałam się i pojechałam na start. Przebiegłam 21 km z haczykiem i zrobiłam życiówkę. A nie zamierzałam :)
I nawet nie pomyślałam żeby nie wystartować bo jestem zmęczona po przeprowadzce. Przez myśl by mi to nie przeszło gdyby nie zapytała mnie o to wspomniana koleżanka – to ty jednak pobiegłaś?! Po prostu – cały ten start i niemały wysiłek to dla mnie nagroda nie kara, przyjemność nie obowiązek, szczęście a nie nieszczęście :) Nieszczęśliwa czułabym się gdybym z powodu przeprowadzki nie wystartowała! Oj, chyba przeżywałabym to bardzo długo.

Ale wracając do maratonu i przygotowań - kontuzji czasem nie da się uniknąć. Ja mam słabe kostki, poskręcane już wielokrotnie i muszę z tym jakoś żyć. Od dwóch miesięcy chuchałam i dmuchałam na zimne, biegałam z nosem przy chodniku oby tylko nie wpaść przez nieuwagę w jakąś dziurę i nie skręcić jednej czy drugiej kolejny raz. Półmaraton był sprawdzianem formy ale startowałam tam bardzo ostrożnie, żeby jakoś dotrwać do tego cholernego, długo wyczekiwanego maratonu. A to był jeszcze miesiąc…
Udało się.


 Świtem na przystanku autobusowym w drodze na start :) 

Znienacka zmaterializował się stary znajomy, który wyraził ochotę na wspólny bieg. Młody człowiek, który miał już za sobą jeden czy dwa maratony ale wiedziałam, że ma co najmniej dwa razy mniejszy staż biegowy ode mnie i raczej nie jest… hm… że tak to ujmę -  konsekwentny w treningach ;) Jego celem było złamanie czwórki, czyli dla niewtajemniczonych – przebiegnięcie maratonu w czasie poniżej 4 godzin.
Też miałam taki cel… tylko bardziej skonkretyzowany. Mianowicie w całej swej pokorze do dystansu oraz po dogłębnym przemyśleniu swoich możliwości, uważałam że stać mnie na więcej niż chaotyczne wpadnięcie na metę przed wybiciem magicznych czterech godzin. Nawet jeśli jestem debiutantem i guzik wiem o maratonie.
Dlatego obliczyłam, że kombinacja biegu według tempa, którym biegam dłuższe dystanse na treningach, plus adrenalina zawsze obecna na zawodach, daje mi czas mniej więcej 3:52. Oby tylko obyło się bez przygód typu kontuzje czy inne niespodziewanki, które niestety na maratonach przytrafiają się prawie zawsze.
I tak właśnie było. Sorry Gregory.

No i na starcie wyjaśniliśmy sobie założenia, czyli że ja nie zamierzam ustawiać się za żadnym zającem tylko biec według własnego wyliczonego planu, przy czym zobaczyłam w oczach znajomego lekkie zdziwko i niepewność ale usłyszałam – ok., to ja biegnę z tobą. I pobiegliśmy.


Przed startem - opaska z międzyczasami, których pilnowałam i na mecie - złoty medal :)

Pierwsze 10 km to głównie ploteczki, piękne widoki i mnóstwo kibiców bo to w końcu centrum Warszawy, Krakowskie Przedmieście, Plac Trzech Krzyży i dalej w stronę Wilanowa. Piękne słońce, wspaniała pogoda, choć jeszcze godzinę temu pizgało złem i nie miałam odwagi rozebrać się do krótkich gaci i koszulki. Na 21 powiedziałam nawet – popatrz Krzychu, na półmaratonie człowiek ledwie zipie i marzy o mecie a tu po takim samym dystansie nie czuje, że coś biegł. Ale Krzychu wtedy już mało kumał o co mi chodzi. Powiedział natomiast, że ostatnie trzy tygodnie nie biegał. Acha.

Na 25 skończyły się ploteczki bo zaczęło mocno wiać w twarz i oboje zaczęliśmy się zmagać. Na 27 Krzychu odpadł. Znaczy stwierdził, że w tym tempie nie da rady. Dałam mu żel i ze smutkiem pożegnałam, nie chcąc wybijać się z rytmu.
I w tym momencie zaczęłam swój samotny bieg. Do samego końca pod ten pieprzony wiatr.

                                                                  
                                                            Pogoda się klaruje

Mając w pamięci dobre rady mądrzejszych ode mnie biegaczy zaprawionych w bojach maratońskich, na każdym punkcie żywieniowym starałam się pić i jeść. Piłam wodę, jadłam czekoladę. Miałam ze sobą trzy żele energetyczne ale poza tym, który oddałam Krzyśkowi nie zjadłam żadnego. Poprzestałam na czekoladzie, która była znakomita! Gorzka, nie lepiąca się, można ją było transportować dłuższy czas w buzi i pogryzać a nawet w rękach się nie rozpuszczała. Zjadłam jej więcej niż pół tabliczki, to pewne.
Jednakowoż na 32 km poczułam, że coś niedobrego dzieje się z moimi jelitami. W sensie… konieczności skorzystania z toalety, natentychmiast! I wiecie, to jest tak, że człowiek przy takim wysiłku trochę traci kontrolę nad swoim ciałem. Nad zwieraczami również. Co doprowadzało mnie do rozpaczy i wizualizowałam już sobie swoje ohydne zdjęcia w Internetach (bo widziałam jak wygląda foto biegunki na zawodach!) i obciach do końca żywota mego. Na szczęście dopadłam Toi-Toia na 35 km. Który się nie zamykał i musiałam w newralgicznym momencie walczyć z jakimś biegaczem z podobnym problemem na śmierć i życie!! Kurde, niewyobrażalna adrenalina.

Do tej pory pilnowałam tempa i czasów, które powinnam osiągać w kolejnych punktach i z obliczeń wychodziło mi, że mam jakieś niespełna 2 minuty zapasu. Czyli jestem jak strzała! Jak Tommy Lee Jones w czymś tam…
Toi-Toi skutecznie ten zapas mi odebrał, alebo raczej niecnie wykorzystał. Myślę, że drugie tyle kosztował mnie totalny brak energii od 39 km. Jedna kibicka krzyknęła mi prosto w twarz – „dajesz! za dwa kilometry przestanie boleć!” Mój wyraz twarzy pewnie nie pozostawiał wątpliwości – bolało. Ale na ból byłam przygotowana – wiedziałam przecież, że będzie boleć. Jednak na samej czekoladzie pojechać się do końca nie da – to był mój błąd – ale nie miałam śmiałości po wizycie w wychodku sprawdzać, czy żel doda mi sił.


Na pierwszym planie fioletowe podkolanki...

Dopiero po fakcie, oglądając zdjęcia uświadomiłam sobie, że nie zarejestrowałam w swojej świadomości ostatnich dwóch kilometrów trasy. Owszem, pamiętam ludzi. Pamiętam, że kiedy powtarzałam mantrę : „nie wolno ci się teraz zatrzymać, nie przechodź do marszu” jakaś dziewczyna szepnęła mi do ucha „chodź, to już końcówka”. Jak ja jej jestem wdzięczna! Jak ona mnie tym porwała za sobą! Wbiłam wzrok w jej fioletowe podkolanówki i trzymałam się jak spódnicy matki!
Pamiętam też dwóch facetów, którzy biegli na cały głos jęcząc i wkurzali mnie tym tak bardzo, że aż przyspieszyłam choć nie miałam już sił. Pamiętam finisz, wymarzony finisz wśród szpaleru kibiców, którzy darli się na całe gardło, wiwatowali albo po prostu bili brawo a ja leciałam na autopilocie i z pewnością nie na własnych nogach bo ich wcale nie czułam.
Coś tam na koniec próbowałam podnieść ręce w geście zwycięstwa ale słabo to wyszło, jakoś bez przekonania. W ogóle byłam zaskoczona jak mało było w tej końcówce emocji. Myślałam, że jak już uda mi się przebiec ten maraton to za przeproszeniem skicham się ze szczęścia. Żeby nie powiedzieć dosadniej ale już dość chyba o tych przybytkach. Myślałam, że jakąś łzę uronię albo coś… Na Półmaratonie Warszawskim wyłam jak bóbr – i przed i po.
Myślę, że ja to (mimo wszystko) po prostu kurde zrobiłam. Tak jak zaplanowałam. Z przygodami w Toi-Toiu, ale zrobiłam to co zaplanowałam, z różnicą 13 sekund. I to mnie najbardziej szokuje – 13 sekund!


Ostatnia prosta!

Wychodzi więc na to, że jest potencjał na więcej. Bo gdyby nie jelita i błędy żywieniowe podczas biegu (powinnam była jednak zajadać te żele i to systematycznie od początku) oraz wymuszona pauza, to złamałabym 3:50.
Jak znam siebie to kiedyś to sprawdzę ;) A na razie zapisałam się na kolejny maraton ale poza dystansem nie będzie miał wiele wspólnego z szalonym sprawdzianem na czas. Tym razem pobiegnę zupełnie turystycznie, w przepięknych okolicznościach przyrody i nie będę się specjalnie spieszyć, będę smakować widoki :)

PS. Krzychu złamał swoją czwórkę :)


 PS2. Zajrzyjcie notkę niżej - piękna fota jest! :)

sobota, 6 maja 2017

obecna!

Na czym to ja stanęłam? Acha, na świętach. No tak. Khem, khem.

Tymczasem Święta Wielkanocne udało nam się spędzić już w nowym lokum. Co prawda w towarzystwie echa ale ojtam. Po 24 latach małżeństwa okazuje się, że nie mamy wielu podstawowych rzeczy takich jak na ten przykład waza (potrzebna znienacka na żurek), odpowiednia ilość sztućców czy krzeseł.
Całe życie bonanza i prowizorka.

Przeprowadzka była hardkorowa bo co prawda zgodnie z planem miała się odbyć bardzo płynnie, ratami i powoli ale i tak jak przyszło co do czego to się okazało, że możemy sobie przewozić miliard pierdół ratami ale generalnie to gdzie kanapa tam Młoda i w konsekwencji my. Czyli dopóki nie nastąpi twardy przerzut kanapy, nie ma przeprowadzki.
No to się odbyła. W piątek od rana do ciemnej nocy. 
A w sobotę wstałam o 5.30, pojechałam na start Półmaratonu Warszawskiego, tam odważnie olałam szron na rzęsach, rozebrałam się do krótkich majtek i pobiegłam 21 km z ogryzkiem. I z tego wszystkiego zrobiłam życiówkę.
Pięknie było, aż słońce się ucieszyło i pojawiło.

Tam też przed startem obserwowałam zwieranie się szyków cudownych biegaczy z fundacji Spartanie Dzieciom. Państwo pamiętają - to ci co pobiegli dla Młodej w Biegu Serca. Oni zawsze biegają dla jakichś potrzebujących dzieci i tym razem również tak było.
Kręciłam się koło nich obserwując jakie pozytywne zamieszanie wokół siebie generują ale nie miałam śmiałości podejść pogadać choć przecież znam ich i mogłabym. Ale widząc ile kręci się przy nich dzieciaków na wózkach ze swoimi rodzicami miałam taką gulę w gardle, że musiałam odejść i wyciszyć emocje. Inaczej niechybnie rozpłakałabym się rzewnie w głos i musiałabym cały bieg wycierać gluty. Serio. Wzrusza mnie ich widok. Nie mogłam opanować łez.

A potem wiłam gniazdo i uczyłam się obsługiwać nowe sprzęty takie jak piekarnik, bo widmo świąt troszkę mnie przerażało.
Okazało się, że jestem zdolna i szybko się uczę tylko jednak wciąż nie mam polotu i przyjemności z gotowania. Podobno kobiety dzielą się na te sprzątające i gotujące i ja całe życie myślałam, że jestem niewiarygodnie oryginalna i wyłamuję się z tych ram bo niestety ani nie umiem gotować ani nie mam specjalnej ochoty sprzątać ale z wiekiem zauważam, że moja osobowość przechyla się w stronę miotły i ścierki. Niestety. Co zrobić, kucharką z wyrafinowanym smakiem, co to umie skręcić z gówna bat to ja już nigdy nie będę. Może to akurat niefortunny przykład, przyznaję.

Potem, jak już kurz opadł i otrzepałam się nieco z emocji, zaczęłam się dość mocno wkurzać na pogodę. No bo halo - wreszcie mam taras. Znaczy duży balkon taki. I nie mogę sobie na nim usiąść i jak człowiek wypić kawy bo mi ten mały paluszek odstający od filiżanki zamarza! Nie mówiąc już o tym, że obiecałam Młodej, że tę kawę będziemy sobie pić obie tam na tym tarasie. Jak dwie dorosłe, zaprzyjaźnione, luksusowe kobiety. Luksus jest, pogody ni ma, tarasu ni ma, kawy ni ma.

Potem, znaczy tydzień po świętach z tego co pamiętam a miesza mi się już to wszystko bo emocji było co nie miara, przebiegłam wreszcie maraton. Wreszcie moje wątłe kostki dotrwały, halleluja! i się nie skręciły. Wreszcie nic mi w żadnym mięśniu nie pykło, nic się nie urwało i nic nie naciągnęło. Co prawda nabawiłam się potężnego kataru na dwa tygodnie przed startem i urządziłam w związku z tym niezłą histerię ale co znaczy glut przy takiej woli walki. Pff. Solidnie przepracowałam całą zimę i zamierzałam nareszcie, za trzecim podejściem dokończyć dzieła.

I dokończyłam. Co prawda nie wszystko z tego dzieła pamiętam, szczególnie końcówki ale jestem z siebie bardzo zadowolona. Siary nie było.

A Młoda? 
Wciąż ktoś mnie pyta jak Aga zareagowała na przeprowadzkę.
Otóż nijak. Albowiem w czasie okołoprzeprowadzkowym wciąż nękały ją jakieś bóle i ataki i bidula miała głęboko gdzieś to co się działo wokół.
W ostatnich dniach w kurniku dużo rozmawiałyśmy na ten temat. Chciałam ją uprzedzić o zmianach, przygotować, oswoić nową sytuację i wtedy wydawała się być zadowolona. Z uśmiechem przyjmowała wszystkie opowieści o nowym domku, fajnie reagowała na wizyty i zwiedzanie nowego miejsca. Ale potem, jak zwykle w najgorszym możliwym momencie zaczął się rettowy armagedon. Babcia poproszona o pomoc, pilnowała właściwie mało przytomną wnuczkę. My kursowaliśmy z kolejnymi gratami a Aga leżała spacyfikowana lekami. 
Smutek, żal, dno i trzy metry mułu.
Spektakularnej radości nie było.

Ja cieszę się ogromnie bo jest mi nieopisanie łatwiej. Przestałam targać wózek z Młodą po schodach. Tak samo mój pojazd bez którego nie żyję - rower. Wraz z zakupami najczęściej.
Nie obijam się z Młodą po kątach. Wjeżdżam sobie do domu wózkiem, mogę i pod samą kanapę. I nie muszę w nienaturalnie skręconych pozycjach lajkonikiem pokonywać z Młodą na rękach wąskich korytarzyków. 

I tyle. To jest mój luksus. 
A potem oglądam "Żony Hollywood" i czuję się jak Iłana.
"Czuję, że szalejęęęęęęę" oł je "czuję, że szalejęęęęęę"

Miałam się jeszcze rozwinąć o maratonie ale to następnym razem. Obiecuję, że nie za trzy miesiące.