sobota, 6 maja 2017

obecna!

Na czym to ja stanęłam? Acha, na świętach. No tak. Khem, khem.

Tymczasem Święta Wielkanocne udało nam się spędzić już w nowym lokum. Co prawda w towarzystwie echa ale ojtam. Po 24 latach małżeństwa okazuje się, że nie mamy wielu podstawowych rzeczy takich jak na ten przykład waza (potrzebna znienacka na żurek), odpowiednia ilość sztućców czy krzeseł.
Całe życie bonanza i prowizorka.

Przeprowadzka była hardkorowa bo co prawda zgodnie z planem miała się odbyć bardzo płynnie, ratami i powoli ale i tak jak przyszło co do czego to się okazało, że możemy sobie przewozić miliard pierdół ratami ale generalnie to gdzie kanapa tam Młoda i w konsekwencji my. Czyli dopóki nie nastąpi twardy przerzut kanapy, nie ma przeprowadzki.
No to się odbyła. W piątek od rana do ciemnej nocy. 
A w sobotę wstałam o 5.30, pojechałam na start Półmaratonu Warszawskiego, tam odważnie olałam szron na rzęsach, rozebrałam się do krótkich majtek i pobiegłam 21 km z ogryzkiem. I z tego wszystkiego zrobiłam życiówkę.
Pięknie było, aż słońce się ucieszyło i pojawiło.

Tam też przed startem obserwowałam zwieranie się szyków cudownych biegaczy z fundacji Spartanie Dzieciom. Państwo pamiętają - to ci co pobiegli dla Młodej w Biegu Serca. Oni zawsze biegają dla jakichś potrzebujących dzieci i tym razem również tak było.
Kręciłam się koło nich obserwując jakie pozytywne zamieszanie wokół siebie generują ale nie miałam śmiałości podejść pogadać choć przecież znam ich i mogłabym. Ale widząc ile kręci się przy nich dzieciaków na wózkach ze swoimi rodzicami miałam taką gulę w gardle, że musiałam odejść i wyciszyć emocje. Inaczej niechybnie rozpłakałabym się rzewnie w głos i musiałabym cały bieg wycierać gluty. Serio. Wzrusza mnie ich widok. Nie mogłam opanować łez.

A potem wiłam gniazdo i uczyłam się obsługiwać nowe sprzęty takie jak piekarnik, bo widmo świąt troszkę mnie przerażało.
Okazało się, że jestem zdolna i szybko się uczę tylko jednak wciąż nie mam polotu i przyjemności z gotowania. Podobno kobiety dzielą się na te sprzątające i gotujące i ja całe życie myślałam, że jestem niewiarygodnie oryginalna i wyłamuję się z tych ram bo niestety ani nie umiem gotować ani nie mam specjalnej ochoty sprzątać ale z wiekiem zauważam, że moja osobowość przechyla się w stronę miotły i ścierki. Niestety. Co zrobić, kucharką z wyrafinowanym smakiem, co to umie skręcić z gówna bat to ja już nigdy nie będę. Może to akurat niefortunny przykład, przyznaję.

Potem, jak już kurz opadł i otrzepałam się nieco z emocji, zaczęłam się dość mocno wkurzać na pogodę. No bo halo - wreszcie mam taras. Znaczy duży balkon taki. I nie mogę sobie na nim usiąść i jak człowiek wypić kawy bo mi ten mały paluszek odstający od filiżanki zamarza! Nie mówiąc już o tym, że obiecałam Młodej, że tę kawę będziemy sobie pić obie tam na tym tarasie. Jak dwie dorosłe, zaprzyjaźnione, luksusowe kobiety. Luksus jest, pogody ni ma, tarasu ni ma, kawy ni ma.

Potem, znaczy tydzień po świętach z tego co pamiętam a miesza mi się już to wszystko bo emocji było co nie miara, przebiegłam wreszcie maraton. Wreszcie moje wątłe kostki dotrwały, halleluja! i się nie skręciły. Wreszcie nic mi w żadnym mięśniu nie pykło, nic się nie urwało i nic nie naciągnęło. Co prawda nabawiłam się potężnego kataru na dwa tygodnie przed startem i urządziłam w związku z tym niezłą histerię ale co znaczy glut przy takiej woli walki. Pff. Solidnie przepracowałam całą zimę i zamierzałam nareszcie, za trzecim podejściem dokończyć dzieła.

I dokończyłam. Co prawda nie wszystko z tego dzieła pamiętam, szczególnie końcówki ale jestem z siebie bardzo zadowolona. Siary nie było.

A Młoda? 
Wciąż ktoś mnie pyta jak Aga zareagowała na przeprowadzkę.
Otóż nijak. Albowiem w czasie okołoprzeprowadzkowym wciąż nękały ją jakieś bóle i ataki i bidula miała głęboko gdzieś to co się działo wokół.
W ostatnich dniach w kurniku dużo rozmawiałyśmy na ten temat. Chciałam ją uprzedzić o zmianach, przygotować, oswoić nową sytuację i wtedy wydawała się być zadowolona. Z uśmiechem przyjmowała wszystkie opowieści o nowym domku, fajnie reagowała na wizyty i zwiedzanie nowego miejsca. Ale potem, jak zwykle w najgorszym możliwym momencie zaczął się rettowy armagedon. Babcia poproszona o pomoc, pilnowała właściwie mało przytomną wnuczkę. My kursowaliśmy z kolejnymi gratami a Aga leżała spacyfikowana lekami. 
Smutek, żal, dno i trzy metry mułu.
Spektakularnej radości nie było.

Ja cieszę się ogromnie bo jest mi nieopisanie łatwiej. Przestałam targać wózek z Młodą po schodach. Tak samo mój pojazd bez którego nie żyję - rower. Wraz z zakupami najczęściej.
Nie obijam się z Młodą po kątach. Wjeżdżam sobie do domu wózkiem, mogę i pod samą kanapę. I nie muszę w nienaturalnie skręconych pozycjach lajkonikiem pokonywać z Młodą na rękach wąskich korytarzyków. 

I tyle. To jest mój luksus. 
A potem oglądam "Żony Hollywood" i czuję się jak Iłana.
"Czuję, że szalejęęęęęęę" oł je "czuję, że szalejęęęęęę"

Miałam się jeszcze rozwinąć o maratonie ale to następnym razem. Obiecuję, że nie za trzy miesiące.



8 komentarzy :

  1. Woooooow! Warto bylo czekac na takie luksusowe wiesci! Parapetowka? Kiedy?

    OdpowiedzUsuń
  2. gratuluję
    i biegu, i przeprowadzki
    :)

    OdpowiedzUsuń
  3. a tak z ciekawości spytam , meldowałaś Młodą w nowym lokum ? Sami chcemy polepszyć sobie byt , ale nasze Młode nie jest ubezwłasnowolnione , dorosło za szybko :P i trochę obawiam się kłopotów meldunkowo wymeldunkowych , bo nijak swojej woli nie wyrazi , a kłopoty przy tym czuje przez skórę i trochę mnie to hamuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  4. W ten sposób nie dowiedziałam się, czy Młodą przemeldowaliście ;)) aczkolwiek domyślam się z lekka :D Strasznie się zapuściłam z czytaniem, kajam się i obiecuję bywać częściej:) Ja też z tych, co to ani do garów, ani do szmaty i na stare lata chyba jednak szmata. Smuteczek.

    OdpowiedzUsuń