Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzym. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzym. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 marca 2014

Rzym, część II. Notka chyba przydługa.

Zostałam wyposażona przez moje koleżanki z pracy w kilka przewodników i map. Abyśmy wiedzieli co warto zwiedzić, gdzie pójść i którędy. Wybrałam sobie jedną, najbardziej przyjaźnie wyglądającą mapę, czyli taką z widocznymi miniaturkami co ważniejszych zabytków, żeby móc to jakoś ogarnąć prawda. No i przyzwyczajałam się do niej ze dwa bite dni. Oczywiście w połowie dlatego, że ja z orientacją kompletnie  nie jestem na ty i wiecznie się gubię ale też sprawy nie ułatwiał gąszcz uliczek z długimi nazwami. Tak - mnóstwo krótkich uliczek z długimi nazwami, bo w Rzymie każde 20 metrów jest już ulicą z własną nazwą a jeszcze jak się te 20m przetnie z kolejnymi dwudziestoma to już jest plac i też ma nazwę. Słowem - NAĆKANE tych obcych wyrazów w huk. I w tym wszystkim ja - ślepa kura.

Znalazłam jeszcze chyba jedyne zdjęcie na którym jesteśmy z Franciszkiem :) 
 
Z samego rana wybieraliśmy się na wcześniej ustaloną trasę zwiedzania. Zwiedziliśmy chyba wszystkie ważniejsze miejsca, aczkolwiek nie byliśmy wewnątrz Koloseum czego sobie nie mogę darować. Nie byliśmy, bo kolejka była na parę godzin a Młoda jednak żyje w pewnym swoim rytmie. Nic to, mam dobry powód by wrócić do Rzymu :)


Wchodziłyśmy za to z błogosławioną Danutą do każdego napotkanego kościoła i naprawdę było warto. Coś nieprawdopodobnego. A już bazyliki to po prostu zapierają dech w piersiach. Nie potrafię wyrazić słowami swojego zachwytu, więc musicie tam pojechac i zobaczyć sami :) Z zewnątrz może wyglądać na kompletnie nie wartą zachodu ruinkę a wewnątrz - POTĘGA. Malowidła, rzeźby, marmury - przepiękne, ale te monumentalne wnętrza! Ogromne przestrzenie, które na dodatek mają swoje tajemnicze ciekawostki - a to trzeba stanąć w odpowiednim punkcie, żeby docenić kunszt architekta, a to wahadło, które samo wykonuje ruch, a to ogromny zegar słoneczny. To trzeba po prostu zobaczyć, doświadczyć.


I dochodzimy do najfajniejszego dla mnie momentu dnia - powrót do domu na posiłek dla Młodej. Najfajniejszy moment albowiem ponieważ rodzina siadała do michy a matka zakładała wrotki, ups, sorki, zakładała adidaski i inne sportowe tegesy i sru w miasto! Z tą mapą co się do niej dwa dni przyzwyczajałam c'nie? Bosh, gdzie ja nie byłam! Ja nie byłam tylko tam gdzie mi mapa się kończyła bo bez mapy w obcym mieście nie miałam odwagi. I jak ja pokochałam tę swoją mapę! I ten Rzym co mi się wydał jak mała wioseczka - jak bonidydy! Nie wiem jak to jest - czy wydał mi się mały bo poświęcając na bieganie niespełna dwie godziny dziennie w ciągu 6 dni byłam praktycznie we wszystkich ważnych miejscach czy Rzym po prostu jest niewielki? Oczywiście oni pewnie też mają jakieś swoje sypialniane dzielnice gdzieś na obrzeżach, do których nie dotarłam bo i po co ale w porównaniu do Paryża czy Wiednia Rzym wydaje się co najmniej dwa razy mniejszy. Fakt, że ani w Paryżu ani w Wiedniu jeszcze nie biegałam i wtedy wszędzie było mi za daleko...;) W Rzymie wszędzie jest blisko.

 Leżeć w lutym na zielonej trawce - bezcenne:)

A w ogóle to mam takie jedno intrygujące mnie spostrzeżenie - w tym mieście nie ma dzieci...
Już drugiego dnia miałam niejasne wrażenie, że coś mi nie pasuje w tym obrazku. Niby wszystko gra, samochody jeżdżą, turyści łażą, uliczni sprzedawcy nagabują, gwar uliczny, jak wszędzie.
Ale gdzie są dzieci?! Gdzie dzieci w wózkach? Gdzie dzieci z tornistrami? I psy - nie ma tu psów?!
Dziwne...
Przez te sześć dni naliczyłam może dziesiątkę dzieci w wózkach i przypuszczam, że większość to były dzieci turystów. W całym mieście! Codziennie zwiedzaliśmy, poza tym latałam tu i tam. Nigdzie nie widziałam dzieci. Nie bardzo wiem jak wygląda system edukacyjny we Włoszech - być może wszystkie maluchy całe dnie spędzają w szkole, przedszkolach i innych ochronkach ale dajcie spokój... niemowlaki też...? U nas gdziekolwiek by się człowiek nie ruszył wszędzie widzi dzieci, nawet w ścisłym centrum Warszawy, mniejsze, większe, na każdym podwórku plac zabaw. W Rzymie, w dużym w końcu mieście ogromnie zaskoczył mnie kompletny brak dzieci.
Byłabym się przeraziła na dobre gdybym nie trafiła w niedzielę do przepięknego, ogromnego parku. Uff! Jest plac zabaw, są dzieci! Ale tylko tam. A mówi się, że to nasze społeczeństwo się starzeje...

 W tym parku były dzieci.

A wracając do wątku biegowego - przelatałam po Rzymie prawie 50 km. Zaraz po przyjeździe zadziwiła nas ogromna ilość skuterów na ulicach a kompletny brak rowerzystów (to już nie ma trzech zjawisk - dzieci, psów i rowerzystów ;)) Kiedy wyszłam na swoją pierwszą wycieczkę biegową zrozumiałam dlaczego - tam jest wszędzie pod górę! Toć to miasto na siedmiu wzgórzach, komu się chce popylać na rowerze. Lenie :) Ale biegaczy bardzo dużo. Ja, skromna biegaczka z zimnego kraju w którym podobno białe niedźwiedzie buszują po ulicach, od razu pozazdrościłam krótkich spodenek i t-shirtów. Słonko, wiaterek i gołe nogi! Fajnie mają, i to w lutym...
Pierwszą wycieczkę zachowawczo zaplanowałam wokół Watykanu - bo blisko domu, prosta droga, nie można się zgubić. Wystarczy lecieć przy murze ;) Ech, nawet najdłuższy w moim życiu stromy podbieg nie był w stanie zakłócić mojej euforii. Po prostu pięknie!

Kocham sosny pinie:)
Każda następna wycieczka była coraz dłuższa i odważniejsza aż palnęłam jednorazowo 16 km i mi się mapa skończyła;) Na koniec jednak tego szaleństwa, ostatniego już dnia, zafundowałam sobie niezłą pamiątkę. Po kolejnym morderczym i koszmarnie długim podbiegu dotarłam do jakiejś niesamowicie pięknej fontanny. Cieszyłam się jak dziecko chłonąc równie cudne widoki z tej cholernej góry na którą właśnie wbiegłam i byłam jedną wielką endorfiną. Muzyczka w uszach, w ręku mapa, słońce świeci, lecę dalej - tym razem już z górki, świat jest piękny:) Lecę tak pełną parą wybrukowaną uliczką i nagle sruuuu - GLEBA. Nie wiem o co się potknęłam, pewnie o nierówną kostkę brukową i runęłam tak konkretnie, że ludzie zatrzymali się przerażeni czekając czy się ruszę. A ja w szoku:) Kolano napiernicza, serdeczny palec lewej na szczęście ręki pali, muzyczka zamilkła. Kurde! myślę sobie - rozwaliłam telefon... Mój zegarek biegowy pewnie też zakończył żywot. Moja mapa w opłakanym stanie! Zebrałam się jednak do kupy sprawdzając po kolei mój niezbędnik biegacza;) i okazało się, że choć zegarek zyskał bliznę na całe życie to działa bez zarzutu. Telefon się po prostu wyłączył a kolano tylko stłuczone i otarte. Gorzej z palcem - spuchł dziad i powiem Wam na ucho, że opuchlizna trzyma do tej pory. Chyba nie uniknę wizyty u chirurga... Dzień później okazało się też, że mam stłuczone również żebra ale te to przynajmniej trzeba po prostu przeczekać a palca chyba się nie da.

No cóż, się biega samotnie to i tzw. samojebki się cyka;) Lepszy rydz niż nic, choć ostatnio takie fotki to już nie żart, to obciach ;)

Po Rzymie biega się cudownie. Niełatwo, bo podbiegi są długie i strome ale widoki wynagradzają wszystko. I bywają też wodopoje - takie kraniki z wodą wystające z ziemi albo z pięknie rzeźbionej ściany :) Coś fantastycznego, nie trzeba zabierać ze sobą wody. Ostatecznie można też w każdej chwili znaleźć pod drzewem i zjeść pyszną mandarynkę:)


No właśnie - popatrzcie na te tarasy. Mandarynki i cytryny rosną tam na każdym kroku, ale te na tarasach wprawiają mnie w zachwyt. A jak pachną...

 
Cóż więcej mogę dodać (choć opowiadać można godzinami), chyba tylko to, że po powrocie dopadł mnie jakiś taki kryzys. Wokół szaro i zimno, mnóstwo wściekłych kierowców, którzy chyba uparli się by mnie upolować (postuluję - zlikwidować zielone strzałki! zielone strzałki to ZŁO), znowu kierat życia codziennego... Jak widzicie trochę zajęło mi napisanie tej drugiej części a to dlatego, że jakoś się nie mogłam na powrót przystosować. Ostatecznie piękna pogoda jaką mamy wreszcie i u nas, postawiła mnie do pionu:) Już mi lepiej, choć martwię się swoim palcem. Co prawda jeszcze nie zsiniał i nie odpadł ale obawiam się, że może to zrobić jeśli natychmiast nie udam się do lekarza. A się boję. I nie mam kiedy. No dobra - bardziej się boję:)

czwartek, 27 lutego 2014

Rzym, część I

Nie wiem od czego mam zacząć tę relację. Chyba od początku, bo początek był najważniejszy.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły nam, żeby zostać w domu i dać sobie spokój z tym wyjazdem. Poczynając od rzekomej powodzi w Rzymie (ja tam nie wiem co im zalało, nawet Tybr ledwie zakrywał dno), przez awarię naszego samochodu w przeddzień wyjazdu, po nocny atak Młodej. W związku z czym Aga była półprzytomna i praktycznie przespała całą podróż. Żal było patrzeć.

Ale uparliśmy się. Samochód jakimś cudem ożył, więc mogliśmy dojechać na lotnisko. A tam zaczęła się nasza odrobina luksusu. Dostaliśmy specjalną asystę, do samolotu wiózł nas samochód z podnośnikiem, jednym słowem specjalne traktowanie. Może tylko czepiłabym się odprawy celnej. Ponieważ obie z Młodą piszczałyśmy na bramce jak oszalałe - ja to nawet nie wiem dlaczego piszczałam bo zdjęłam niemal wszystko co było do zdjęcia oprócz portek (chyba starą plombą w zębie), a Młoda bo na wózku ale gdyby nawet z tego wózka zeszła to i tak ma metal w plecach, więc.
Celnicy jednak poczuli krew i zostałyśmy obie bardzo dokładnie obmacane. Młodą to nawet z wózka musiałam nieco podnieść, żeby i plecy mogły być sprawdzone i cały wózek w środku. Trochę szok, szczególnie, że koledzy Włosi w drodze powrotnej byli dużo, dużo mniej skrupulatni za to bardziej delikatni i grzeczni.

Przy wejściu na plac św. Piotra. Ludzi sporo ale już sobie wyobrażam co się dzieje latem.

Wtorek to był dzień adaptacyjny - zagnieżdżenie w kwaterze, wieczorny spacer i jakieś drobne zakupy żywnościowe. Za to środa, środa to dzień papieskiej audiencji, więc zaplanowaliśmy na środę Watykan. Mieszkaliśmy tuż obok i spacerkiem udaliśmy się na plac św. Piotra, ciesząc się piękną pogodą (+16, słonko, lekki wiatr) z nadzieją, że zobaczymy Franciszka.
Zobaczyliśmy, tuż po wejściu na plac, na telebimach. Właśnie krążył w swoim pojeździe między sektorami, pozdrawiał ludzi, całował małe dzieci a nawet popijał kawkę z kubka ze słomką, którą ktoś tam mu podał (swoją drogą - co za pomysł?). Tłum wiwatował a przy kawce niemal oszalał.
Pomyślałam sobie, że chyba za późno przyszliśmy, że już nie zdążymy dopaść do żadnej barierki i nie uda nam się choć na chwilę spotkać Franciszka.

Ale Watykan to miejsce magiczne. Tu chorych i niepełnosprawnych traktuje się po królewsku. To chyba jedyne miejsce na ziemi, gdzie wózek nie budzi zdziwienia a otwiera wszystkie drzwi. Tu życzliwość jest niewymuszona, ludzie się do siebie uśmiechają a szczególnie do niepełnosprawnych. Nagle znaleźliśmy się po prostu w jakimś innym świecie. Szliśmy powoli w stronę ołtarza śledząc Papę na ekranie. Weszliśmy w sektory i tam przechwycili nas porządkowi. Dosłownie - przechwycili i poinstruowali, że ja z Agą mam koniecznie iść na prawą stronę, pod ten prawy telebim i tam, po modlitwie "Papa will kiss her". Że co? Jak pocałuje? Gdzie mam iść? Halo?

I od tej chwili poczułam adrenalinę. Nagle zwykła wycieczka zmieniła się w coś magicznego. Ruszyliśmy wszyscy tam gdzie nas skierował ten miły chłopak. Kolejni porządkowi z uśmiechem wskazywali nam drogę, otwierali bramki, torowali drogę aż doszliśmy do samego przodu gdzie znajdował się sektor dla niepełnosprawnych. Tam Ojciec i Babcia musieli się zatrzymać (i tak stali przy samych barierkach, skąd mieli znakomity widok) a my zostałyśmy zaproszone dalej. Kurczę, żebyście widzieli tego starszego eleganckiego pana w szarej liberii, który zaprowadził nas na miejsce a dla mnie przyniósł krzesełko! Dyskretny, szarmancki, posługiwał się tylko gestami a wszystko było jasne i takie... specjalne. Czułam się naprawdę bardzo wyjątkowo i wzruszenie ściskało mi gardło.

Już w sektorze dla niepełnosprawnych.
 
I tak sobie siedziałyśmy przytulone do siebie bo jednak trochę wiało, podziwiając bazylikę i plac, całe to nieziemskie otoczenie, odwzajemniając uśmiechy innych szczęśliwców na wózkach i ich opiekunów (z pewnością ponad 100 osób), słuchając modlitw i pozdrowień w różnych językach świata, chłonęłyśmy chwilę i... czekałyśmy na Papieża.


Do końca nie wierzyłam, że to się wydarzy. Że Papa po tym rajdzie przez cały plac, po modlitwach, po długiej kolejce gości w sutannach, którzy podchodzili do papieża i coś tam coś tam, będzie miał jeszcze czas i cierpliwość na spotkanie z nami. Ale On przyszedł i zamienił kilka słów z każdym po kolei. Z każdym.
Ludzie za barierkami (jakieś 5 metrów za nami) darli się, śpiewali, skandowali, była wśród nich duża grupa z Argentyny - robili wszystko by ściągnąć Papę do siebie. Ale on, poza tym że pomachał im kilka razy, całą uwagę poświęcił tym najsłabszym, którzy skandować nie potrafią. Wzruszenie  ogromne. Choć raz Ci najmniejsi byli największymi:)


Co można powiedzieć papieżowi podczas jednej jedynej, krótkiej chwili? Ja przedstawiłam Młodą, powiedziałam skąd jesteśmy, Papa upewnił się, że z Polski i... tyle:) On ucałował Agę, ja jego w mankiet, chwila minęła, szok pozostał:) Jestem zadowolona, że nie straciłam zimnej krwi i nie rozpłakałam się jak wielu przede mną i po mnie. Stać mnie było jeszcze na rozmowę z jakimś niemieckim biskupem ze świty, który wręczył Młodej w imieniu Papy różaniec i był również niesamowicie sympatyczny. Zero wyniosłości, zero tego typu barier. 

Oczywiście robiłam zdjęcia dopóki mogłam, czyli prawie do momentu kiedy Franciszek podszedł do nas co i tak było niełatwe bo świta - fotografowie (chyba ze trzech!), ochroniarze i inni duchowni - skutecznie to utrudniali. I dobrze, że miałam jakieś zajęcie bo emocje były takie, że ciężko wytrzymać:) 

Tutaj dobrze widać jak mi się trzęsły ręce już po rozmowie z Papą:)

Młoda chyba nie była aż tak rozemocjonowana ale wyciszona i owszem. Nie mam pojęcia ile z tego zrozumiała. Byla trochę zdziwiona widokiem księdza w białej sutannie:) Rozmawiałyśmy o tej całej sytuacji i przedtem i potem. Ale nie wiem. Ona bardzo lubi chodzić do kościoła i chętnie uczestniczy we mszy ale na przykład prawie całe zwiedzanie bazyliki przespała. Za długo, za nudno:) Za dużo rzeczy poza zasięgiem jej percepcji wzrokowej.

Uwielbiam te sosny pinie, obecne na każdym kroku.

Jeszcze jedno mam takie spostrzeżenie jeśli chodzi o duchownych. W Watykanie spotkałam tyłu biskupów i kardynałów ilu nie spotkałam w całym swoim życiu w Polsce. I to nie na audiencji ale na ulicy i w różnych zwykłych kościołach. U nas biskup to osobistość, można ich zobaczyć na jakichś uroczystościach albo na bierzmowaniu. W Rzymie jednego purpurata spotkałam nawet w tunelu podczas biegania, szedł sobie PIECHOTĄ w stronę Watykanu, z przewieszonymi przez rękę białymi, wyprasowanymi szatami. Szedł piechotą, uśmiechnięty i na dodatek sam sobie szaty niósł, cud panie.
Kardynała widziałam jak szedł w kościele do konfesjonału, też niespotykana normalnie sytuacja.

Jak wspomniałam mieszkaliśmy tuż przy murze Watykańskim, więc codziennie tam bywaliśmy. Ja nawet co najmniej dwa razy, biegając, ale o tym w oddzielnej notce:) To piękne, monumentalne miejsce, jak dla mnie totalnie magiczne. Jak cały Rzym zresztą. Byłam i widziałam już kilka stolic i sławnych europejskich miast ale Rzym to jest moje miejsce na ziemi. Mogłabym się tam przenieść już jutro. Wszystko mi się tam podobało - atmosfera, klimat, ludzie, zwyczaje, luzzzz, nawet totalny rozgardiasz na ulicach i kompletny brak reguł. Czułam się tam bardziej bezpieczna łażąc jak święta krowa w poprzek trzypasmowej jezdni bez zwracania uwagi na sygnalizację, która jest ale chyba tylko dlatego żeby oznaczyć miejsce gdzie się przechodzi bardziej
gromadnie;) niz w Polsce, gdzie podobno przepisy ruchu drogowego istnieją, każdy używa kierunkowskazów i przestrzega zasad a już 4 razy zostałabym przejechana na pasach, na zielonym. To chyba jest kwestia tego luzu - tam można trąbić ale robi się to dla bezpieczeństwa, zasygnalizowania, bez nerwów, nikt się nie wkurza na pieszych, którzy naprawdę łażą bez stresu i ładu i składu, w poprzek, wzdłuż, z telefonem przy uchu. Pełna symbioza:) A już wózek to świętość - zatrzymują się, ustępują, zjeżdżają z drogi, uśmiechają, nawet machali do Młodej:)
Powiem tak - przez tydzień byłyśmy w raju:) A w każdym razie w bardzo fajnym, bezstresowym, wyluzowanym mieście z bonusem w postaci nieprawdopodobnych widoków. Ale o tym następnym razem:)

piątek, 14 lutego 2014

Antonio! fa caldo!

Gdzieś tak mniej więcej rok temu, po opowieściach kolegi z pracy o jego pięknej podróży do Rzymu narodziła się w naszych głowach myśl, że może by tak pojechać... zobaczyć... Właśnie na przełomie stycznia i lutego, wtedy, kiedy nie ma tłumów, kolejek do każdego zabytku, podobno prawie każdy zabytek można normalnie zobaczyć a nie tylko z pozycji na palcach. No i upałów nie ma a przyjemne kilkanaście stopni. Wreszcie - toć my się niemiłosiernie nudzimy każdego roku podczas zimowych ferii.
Jedźmy, zdecydowanie.

Minął rok a my wytrwaliśmy w postanowieniu choć ostatnio nie było lekko i nasze plany stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Najsampierw pani w telewizorni ogłosiła w Rzymie powódź i ładnie poprosiła - turysto! jeśli nie musisz, nie przyjeżdżaj! No ale to było dwa-trzy tygodnie temu, zdążyło przeschnąć. Potem jednak Młoda zaczęła tańczyć i znowu zaczęliśmy się zastanawiać czy ta nasza podróż ma sens. Jednak od poprzedniego piątku jest spokój (od momentu, który opisywałam w poprzedniej notce), więc... we wtorek lecimy! Ojacie!

Muszę Wam powiedzieć, że podróż, którą mój kolega rok temu reklamował jako niezwykle tanią ("wiesz, bilety tanimi liniami dosłownie za grosze, hotelik malutki, przyjemny też za niewielkie pieniądze, poza sezonem" itd. itp.) i dlatemu się na to w ogóle zdecydowaliśmy, okazała się niezłym wydatkiem. Albowiem ponieważ po raz kolejny okazuje się, że wszelka niestandardowa aktywność osób niepełnosprawnych jest dosyć kosztowna. Bilety!, bilety lotnicze są tanie, to fakt, i dość łatwo było je nabyć/zarezerwować. Ale już z hotelem to cała historia...

Bo większość uroczych, tanich hotelików w starym mieście Rzym mieści się w równie starych kamienicach, gdzieś między drugim a czwartym piętrem, dokąd można wjechać windą lub nie. Znaczy nawet jeśli hotel chwali się posiadaniem windy to jeszcze nie oznacza sukcesu, bo jeśli spytać miłego tambylca Antonio jak szerokie jest wejście do owej windy, to okazuje się, że np. 50 cm. A nasz wózek ma rozstaw kół 67cm. Dobrze, że Ojciec poszukując miejscówki dla nas czytał komentarze gości i zwrócił uwagę na ten mały szczegół - ciasno! W ogóle w trakcie poszukiwań człek mądrzeje i wpada na to, by na stronie wyszukiwarki hoteli zaznaczyć opcję "udogodnienia dla niepełnosprawnych" i od razu się robi łatwiej, ponieważ oferta obejmująca kilkadziesiąt (kilkaset?) propozycji od razu zawęża się do 12...
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wynajęcie miłego mieszkanka. Opcja taka jak hotel - z recepcją itd. - ale to taki oddzielny apartament (dumnie brzmi c'nie?) z kuchnią. Bez wyżywienia w związku z tym. Na parterze.

Lecimy we wtorek, na sześć dni. Zabieramy ze sobą błogosławioną Danutę czego chyba nie muszę tłumaczyć tak? Babcia jak się dowiedziała, że chcemy jechać do Rzymu to nie było mocnych. A że będziemy mieszkać prawie w samym Watykanie to aż się boję pomyśleć co się będzie działo.
Ale może dzięki temu uda nam się wyskoczyć na jakąś wieczorną randkę tylko we dwoje z Ojcem?

Pewne jest natomiast to, że matka będzie się wykradać na poranne randki z... bieganiem :) Mam zamiar pozwiedzać Rzym biegając. Już od miesiąca co najmniej mam obcykane trasy, których nauczyłam się prawie na pamięć albowiem znając moje zdolności do gubienia się na własnym podwórku... Hihi... No cóż :)
W końcu podobno ten cały Rzym to taka mała zabytkowa wiocha :) I powiem Wam w sekrecie, że najbardziej z tego wszystkiego jaram się (no sorry, teraz tak właśnie mówi aktywna młodzież a ja muszę być choć trochę trendi, tak?) tym bieganiem:) Bo ja lubię wycieczki biegowe a taka wycieczka po Rzymie to sam cud, miód i orzeszki :) Nanaannnananna :))

Zazdrościcie?:)

Jak mi ktoś napisze, że nie i jestem rąbnięta to strzelę focha.