Nie wiem od czego mam zacząć tę relację. Chyba od początku, bo początek był najważniejszy.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły nam, żeby zostać w domu i dać sobie spokój z tym wyjazdem. Poczynając od rzekomej powodzi w Rzymie (ja tam nie wiem co im zalało, nawet Tybr ledwie zakrywał dno), przez awarię naszego samochodu w przeddzień wyjazdu, po nocny atak Młodej. W związku z czym Aga była półprzytomna i praktycznie przespała całą podróż. Żal było patrzeć.
Ale uparliśmy się. Samochód jakimś cudem ożył, więc mogliśmy dojechać na lotnisko. A tam zaczęła się nasza odrobina luksusu. Dostaliśmy specjalną asystę, do samolotu wiózł nas samochód z podnośnikiem, jednym słowem specjalne traktowanie. Może tylko czepiłabym się odprawy celnej. Ponieważ obie z Młodą piszczałyśmy na bramce jak oszalałe - ja to nawet nie wiem dlaczego piszczałam bo zdjęłam niemal wszystko co było do zdjęcia oprócz portek (chyba starą plombą w zębie), a Młoda bo na wózku ale gdyby nawet z tego wózka zeszła to i tak ma metal w plecach, więc.
Celnicy jednak poczuli krew i zostałyśmy obie bardzo dokładnie obmacane. Młodą to nawet z wózka musiałam nieco podnieść, żeby i plecy mogły być sprawdzone i cały wózek w środku. Trochę szok, szczególnie, że koledzy Włosi w drodze powrotnej byli dużo, dużo mniej skrupulatni za to bardziej delikatni i grzeczni.
Przy wejściu na plac św. Piotra. Ludzi sporo ale już sobie wyobrażam co się dzieje latem.
Wtorek to był dzień adaptacyjny - zagnieżdżenie w kwaterze, wieczorny spacer i jakieś drobne zakupy żywnościowe. Za to środa, środa to dzień papieskiej audiencji, więc zaplanowaliśmy na środę Watykan. Mieszkaliśmy tuż obok i spacerkiem udaliśmy się na plac św. Piotra, ciesząc się piękną pogodą (+16, słonko, lekki wiatr) z nadzieją, że zobaczymy Franciszka.
Zobaczyliśmy, tuż po wejściu na plac, na telebimach. Właśnie krążył w swoim pojeździe między sektorami, pozdrawiał ludzi, całował małe dzieci a nawet popijał kawkę z kubka ze słomką, którą ktoś tam mu podał (swoją drogą - co za pomysł?). Tłum wiwatował a przy kawce niemal oszalał.
Pomyślałam sobie, że chyba za późno przyszliśmy, że już nie zdążymy dopaść do żadnej barierki i nie uda nam się choć na chwilę spotkać Franciszka.
Ale Watykan to miejsce magiczne. Tu chorych i niepełnosprawnych traktuje się po królewsku. To chyba jedyne miejsce na ziemi, gdzie wózek nie budzi zdziwienia a otwiera wszystkie drzwi. Tu życzliwość jest niewymuszona, ludzie się do siebie uśmiechają a szczególnie do niepełnosprawnych. Nagle znaleźliśmy się po prostu w jakimś innym świecie. Szliśmy powoli w stronę ołtarza śledząc Papę na ekranie. Weszliśmy w sektory i tam przechwycili nas porządkowi. Dosłownie - przechwycili i poinstruowali, że ja z Agą mam koniecznie iść na prawą stronę, pod ten prawy telebim i tam, po modlitwie "Papa will kiss her". Że co? Jak pocałuje? Gdzie mam iść? Halo?
I od tej chwili poczułam adrenalinę. Nagle zwykła wycieczka zmieniła się w coś magicznego. Ruszyliśmy wszyscy tam gdzie nas skierował ten miły chłopak. Kolejni porządkowi z uśmiechem wskazywali nam drogę, otwierali bramki, torowali drogę aż doszliśmy do samego przodu gdzie znajdował się sektor dla niepełnosprawnych. Tam Ojciec i Babcia musieli się zatrzymać (i tak stali przy samych barierkach, skąd mieli znakomity widok) a my zostałyśmy zaproszone dalej. Kurczę, żebyście widzieli tego starszego eleganckiego pana w szarej liberii, który zaprowadził nas na miejsce a dla mnie przyniósł krzesełko! Dyskretny, szarmancki, posługiwał się tylko gestami a wszystko było jasne i takie... specjalne. Czułam się naprawdę bardzo wyjątkowo i wzruszenie ściskało mi gardło.
Już w sektorze dla niepełnosprawnych.
I tak sobie siedziałyśmy przytulone do siebie bo jednak trochę wiało, podziwiając bazylikę i plac, całe to nieziemskie otoczenie, odwzajemniając uśmiechy innych szczęśliwców na wózkach i ich opiekunów (z pewnością ponad 100 osób), słuchając modlitw i pozdrowień w różnych językach świata, chłonęłyśmy chwilę i... czekałyśmy na Papieża.
Do końca nie wierzyłam, że to się wydarzy. Że Papa po tym rajdzie przez cały plac, po modlitwach, po długiej kolejce gości w sutannach, którzy podchodzili do papieża i coś tam coś tam, będzie miał jeszcze czas i cierpliwość na spotkanie z nami. Ale On przyszedł i zamienił kilka słów z każdym po kolei. Z każdym.
Ludzie za barierkami (jakieś 5 metrów za nami) darli się, śpiewali, skandowali, była wśród nich duża grupa z Argentyny - robili wszystko by ściągnąć Papę do siebie. Ale on, poza tym że pomachał im kilka razy, całą uwagę poświęcił tym najsłabszym, którzy skandować nie potrafią. Wzruszenie ogromne. Choć raz Ci najmniejsi byli największymi:)
Co można powiedzieć papieżowi podczas jednej jedynej, krótkiej chwili? Ja przedstawiłam Młodą, powiedziałam skąd jesteśmy, Papa upewnił się, że z Polski i... tyle:) On ucałował Agę, ja jego w mankiet, chwila minęła, szok pozostał:) Jestem zadowolona, że nie straciłam zimnej krwi i nie rozpłakałam się jak wielu przede mną i po mnie. Stać mnie było jeszcze na rozmowę z jakimś niemieckim biskupem ze świty, który wręczył Młodej w imieniu Papy różaniec i był również niesamowicie sympatyczny. Zero wyniosłości, zero tego typu barier.
Oczywiście robiłam zdjęcia dopóki mogłam, czyli prawie do momentu kiedy Franciszek podszedł do nas co i tak było niełatwe bo świta - fotografowie (chyba ze trzech!), ochroniarze i inni duchowni - skutecznie to utrudniali. I dobrze, że miałam jakieś zajęcie bo emocje były takie, że ciężko wytrzymać:)
Tutaj dobrze widać jak mi się trzęsły ręce już po rozmowie z Papą:)
Młoda chyba nie była aż tak rozemocjonowana ale wyciszona i owszem. Nie mam pojęcia ile z tego zrozumiała. Byla trochę zdziwiona widokiem księdza w białej sutannie:) Rozmawiałyśmy o tej całej sytuacji i przedtem i potem. Ale nie wiem. Ona bardzo lubi chodzić do kościoła i chętnie uczestniczy we mszy ale na przykład prawie całe zwiedzanie bazyliki przespała. Za długo, za nudno:) Za dużo rzeczy poza zasięgiem jej percepcji wzrokowej.
Uwielbiam te sosny pinie, obecne na każdym kroku.
Jeszcze jedno mam takie spostrzeżenie jeśli chodzi o duchownych. W Watykanie spotkałam tyłu biskupów i kardynałów ilu nie spotkałam w całym swoim życiu w Polsce. I to nie na audiencji ale na ulicy i w różnych zwykłych kościołach. U nas biskup to osobistość, można ich zobaczyć na jakichś uroczystościach albo na bierzmowaniu. W Rzymie jednego purpurata spotkałam nawet w tunelu podczas biegania, szedł sobie PIECHOTĄ w stronę Watykanu, z przewieszonymi przez rękę białymi, wyprasowanymi szatami. Szedł piechotą, uśmiechnięty i na dodatek sam sobie szaty niósł, cud panie.
Kardynała widziałam jak szedł w kościele do konfesjonału, też niespotykana normalnie sytuacja.
Jak wspomniałam mieszkaliśmy tuż przy murze Watykańskim, więc codziennie tam bywaliśmy. Ja nawet co najmniej dwa razy, biegając, ale o tym w oddzielnej notce:) To piękne, monumentalne miejsce, jak dla mnie totalnie magiczne. Jak cały Rzym zresztą. Byłam i widziałam już kilka stolic i sławnych europejskich miast ale Rzym to jest moje miejsce na ziemi. Mogłabym się tam przenieść już jutro. Wszystko mi się tam podobało - atmosfera, klimat, ludzie, zwyczaje, luzzzz, nawet totalny rozgardiasz na ulicach i kompletny brak reguł. Czułam się tam bardziej bezpieczna łażąc jak święta krowa w poprzek trzypasmowej jezdni bez zwracania uwagi na sygnalizację, która jest ale chyba tylko dlatego żeby oznaczyć miejsce gdzie się przechodzi bardziej
gromadnie;) niz w Polsce, gdzie podobno przepisy ruchu drogowego istnieją, każdy używa kierunkowskazów i przestrzega zasad a już 4 razy zostałabym przejechana na pasach, na zielonym. To chyba jest kwestia tego luzu - tam można trąbić ale robi się to dla bezpieczeństwa, zasygnalizowania, bez nerwów, nikt się nie wkurza na pieszych, którzy naprawdę łażą bez stresu i ładu i składu, w poprzek, wzdłuż, z telefonem przy uchu. Pełna symbioza:) A już wózek to świętość - zatrzymują się, ustępują, zjeżdżają z drogi, uśmiechają, nawet machali do Młodej:)
Powiem tak - przez tydzień byłyśmy w raju:) A w każdym razie w bardzo fajnym, bezstresowym, wyluzowanym mieście z bonusem w postaci nieprawdopodobnych widoków. Ale o tym następnym razem:)

Winnas uprzedzic duzymi literami na samym poczatku, ze bedzie wzruszajaco.
OdpowiedzUsuńBo ja sie tu bardzo wzruszylam.
Bardzo.
I ja się wzruszyłam.
OdpowiedzUsuńNależał Wam się ten pobyt w raju, oj należał :) Czekam niecierpliwie na dalszą relację :)
o matko!
OdpowiedzUsuńja, stara wątpiąca i wiecznie szukająca dziury, miałam dreszcze czytając!
i taaaki ;-)))))))))))) uśmiech
cieszę się z Wami
I dobrze Wam tak! Się wzruszajcie i miejcie dreszcze - będziecie wiedzieć jak ja się czułam :) Tak się trzęsłam po tym spotkaniu, że myślałam że się rozlecę ;)
OdpowiedzUsuńAAAAAAAAAA ż mi dech zaparło!!
OdpowiedzUsuńWspaniale opisane tak wazne spotkanie. Zeby kiedys naszym polskim duchowym udalo sie zrozumiec ze oni sa dla ludu a nie lud dla nich. Przesylam pozdrowienia i czekam na dalsze opiwiesci.
OdpowiedzUsuńCzekam na ciąg dalszy tych rzymskich wakacji. :)
OdpowiedzUsuńZ czego Aga ma implanty kręgosłupa? Ja mam płytki i śruby i nigdy nie piszczę na lotnisku.
Chyba po prostu żelazne... już nie pamiętam. Wiem, że na pewno nie tytanowe, bo tytanowe musiałyby być montowane na śruby a Młoda była za chuda i te śruby by jej wystawały przez skórę, brrr :))
Usuńteż się wzruszyłam. a nieczęsto mi się to zdarza;)
OdpowiedzUsuńpięknie napisane.
J.