Zostałam wyposażona przez moje koleżanki z pracy w kilka przewodników i map. Abyśmy wiedzieli co warto zwiedzić, gdzie pójść i którędy. Wybrałam sobie jedną, najbardziej przyjaźnie wyglądającą mapę, czyli taką z widocznymi miniaturkami co ważniejszych zabytków, żeby móc to jakoś ogarnąć prawda. No i przyzwyczajałam się do niej ze dwa bite dni. Oczywiście w połowie dlatego, że ja z orientacją kompletnie nie jestem na ty i wiecznie się gubię ale też sprawy nie ułatwiał gąszcz uliczek z długimi nazwami. Tak - mnóstwo krótkich uliczek z długimi nazwami, bo w Rzymie każde 20 metrów jest już ulicą z własną nazwą a jeszcze jak się te 20m przetnie z kolejnymi dwudziestoma to już jest plac i też ma nazwę. Słowem - NAĆKANE tych obcych wyrazów w huk. I w tym wszystkim ja - ślepa kura.
Znalazłam jeszcze chyba jedyne zdjęcie na którym jesteśmy z Franciszkiem :)
Z samego rana wybieraliśmy się na wcześniej ustaloną trasę zwiedzania. Zwiedziliśmy chyba wszystkie ważniejsze miejsca, aczkolwiek nie byliśmy wewnątrz Koloseum czego sobie nie mogę darować. Nie byliśmy, bo kolejka była na parę godzin a Młoda jednak żyje w pewnym swoim rytmie. Nic to, mam dobry powód by wrócić do Rzymu :)
Wchodziłyśmy za to z błogosławioną Danutą do każdego napotkanego kościoła i naprawdę było warto. Coś nieprawdopodobnego. A już bazyliki to po prostu zapierają dech w piersiach. Nie potrafię wyrazić słowami swojego zachwytu, więc musicie tam pojechac i zobaczyć sami :) Z zewnątrz może wyglądać na kompletnie nie wartą zachodu ruinkę a wewnątrz - POTĘGA. Malowidła, rzeźby, marmury - przepiękne, ale te monumentalne wnętrza! Ogromne przestrzenie, które na dodatek mają swoje tajemnicze ciekawostki - a to trzeba stanąć w odpowiednim punkcie, żeby docenić kunszt architekta, a to wahadło, które samo wykonuje ruch, a to ogromny zegar słoneczny. To trzeba po prostu zobaczyć, doświadczyć.
I dochodzimy do najfajniejszego dla mnie momentu dnia - powrót do domu na posiłek dla Młodej. Najfajniejszy moment albowiem ponieważ rodzina siadała do michy a matka zakładała wrotki, ups, sorki, zakładała adidaski i inne sportowe tegesy i sru w miasto! Z tą mapą co się do niej dwa dni przyzwyczajałam c'nie? Bosh, gdzie ja nie byłam! Ja nie byłam tylko tam gdzie mi mapa się kończyła bo bez mapy w obcym mieście nie miałam odwagi. I jak ja pokochałam tę swoją mapę! I ten Rzym co mi się wydał jak mała wioseczka - jak bonidydy! Nie wiem jak to jest - czy wydał mi się mały bo poświęcając na bieganie niespełna dwie godziny dziennie w ciągu 6 dni byłam praktycznie we wszystkich ważnych miejscach czy Rzym po prostu jest niewielki? Oczywiście oni pewnie też mają jakieś swoje sypialniane dzielnice gdzieś na obrzeżach, do których nie dotarłam bo i po co ale w porównaniu do Paryża czy Wiednia Rzym wydaje się co najmniej dwa razy mniejszy. Fakt, że ani w Paryżu ani w Wiedniu jeszcze nie biegałam i wtedy wszędzie było mi za daleko...;) W Rzymie wszędzie jest blisko.
Leżeć w lutym na zielonej trawce - bezcenne:)
A w ogóle to mam takie jedno intrygujące mnie spostrzeżenie - w tym mieście nie ma dzieci...
Już drugiego dnia miałam niejasne wrażenie, że coś mi nie pasuje w tym obrazku. Niby wszystko gra, samochody jeżdżą, turyści łażą, uliczni sprzedawcy nagabują, gwar uliczny, jak wszędzie.
Ale gdzie są dzieci?! Gdzie dzieci w wózkach? Gdzie dzieci z tornistrami? I psy - nie ma tu psów?!
Dziwne...
Przez te sześć dni naliczyłam może dziesiątkę dzieci w wózkach i przypuszczam, że większość to były dzieci turystów. W całym mieście! Codziennie zwiedzaliśmy, poza tym latałam tu i tam. Nigdzie nie widziałam dzieci. Nie bardzo wiem jak wygląda system edukacyjny we Włoszech - być może wszystkie maluchy całe dnie spędzają w szkole, przedszkolach i innych ochronkach ale dajcie spokój... niemowlaki też...? U nas gdziekolwiek by się człowiek nie ruszył wszędzie widzi dzieci, nawet w ścisłym centrum Warszawy, mniejsze, większe, na każdym podwórku plac zabaw. W Rzymie, w dużym w końcu mieście ogromnie zaskoczył mnie kompletny brak dzieci.
Byłabym się przeraziła na dobre gdybym nie trafiła w niedzielę do przepięknego, ogromnego parku. Uff! Jest plac zabaw, są dzieci! Ale tylko tam. A mówi się, że to nasze społeczeństwo się starzeje...
W tym parku były dzieci.
A wracając do wątku biegowego - przelatałam po Rzymie prawie 50 km. Zaraz po przyjeździe zadziwiła nas ogromna ilość skuterów na ulicach a kompletny brak rowerzystów (to już nie ma trzech zjawisk - dzieci, psów i rowerzystów ;)) Kiedy wyszłam na swoją pierwszą wycieczkę biegową zrozumiałam dlaczego - tam jest wszędzie pod górę! Toć to miasto na siedmiu wzgórzach, komu się chce popylać na rowerze. Lenie :) Ale biegaczy bardzo dużo. Ja, skromna biegaczka z zimnego kraju w którym podobno białe niedźwiedzie buszują po ulicach, od razu pozazdrościłam krótkich spodenek i t-shirtów. Słonko, wiaterek i gołe nogi! Fajnie mają, i to w lutym...Pierwszą wycieczkę zachowawczo zaplanowałam wokół Watykanu - bo blisko domu, prosta droga, nie można się zgubić. Wystarczy lecieć przy murze ;) Ech, nawet najdłuższy w moim życiu stromy podbieg nie był w stanie zakłócić mojej euforii. Po prostu pięknie!
Kocham sosny pinie:)

Każda następna wycieczka była coraz dłuższa i odważniejsza aż palnęłam jednorazowo 16 km i mi się mapa skończyła;) Na koniec jednak tego szaleństwa, ostatniego już dnia, zafundowałam sobie niezłą pamiątkę. Po kolejnym morderczym i koszmarnie długim podbiegu dotarłam do jakiejś niesamowicie pięknej fontanny. Cieszyłam się jak dziecko chłonąc równie cudne widoki z tej cholernej góry na którą właśnie wbiegłam i byłam jedną wielką endorfiną. Muzyczka w uszach, w ręku mapa, słońce świeci, lecę dalej - tym razem już z górki, świat jest piękny:) Lecę tak pełną parą wybrukowaną uliczką i nagle sruuuu - GLEBA. Nie wiem o co się potknęłam, pewnie o nierówną kostkę brukową i runęłam tak konkretnie, że ludzie zatrzymali się przerażeni czekając czy się ruszę. A ja w szoku:) Kolano napiernicza, serdeczny palec lewej na szczęście ręki pali, muzyczka zamilkła. Kurde! myślę sobie - rozwaliłam telefon... Mój zegarek biegowy pewnie też zakończył żywot. Moja mapa w opłakanym stanie! Zebrałam się jednak do kupy sprawdzając po kolei mój niezbędnik biegacza;) i okazało się, że choć zegarek zyskał bliznę na całe życie to działa bez zarzutu. Telefon się po prostu wyłączył a kolano tylko stłuczone i otarte. Gorzej z palcem - spuchł dziad i powiem Wam na ucho, że opuchlizna trzyma do tej pory. Chyba nie uniknę wizyty u chirurga... Dzień później okazało się też, że mam stłuczone również żebra ale te to przynajmniej trzeba po prostu przeczekać a palca chyba się nie da.
No cóż, się biega samotnie to i tzw. samojebki się cyka;) Lepszy rydz niż nic, choć ostatnio takie fotki to już nie żart, to obciach ;)

Po Rzymie biega się cudownie. Niełatwo, bo podbiegi są długie i strome ale widoki wynagradzają wszystko. I bywają też wodopoje - takie kraniki z wodą wystające z ziemi albo z pięknie rzeźbionej ściany :) Coś fantastycznego, nie trzeba zabierać ze sobą wody. Ostatecznie można też w każdej chwili znaleźć pod drzewem i zjeść pyszną mandarynkę:)
Cóż więcej mogę dodać (choć opowiadać można godzinami), chyba tylko to, że po powrocie dopadł mnie jakiś taki kryzys. Wokół szaro i zimno, mnóstwo wściekłych kierowców, którzy chyba uparli się by mnie upolować (postuluję - zlikwidować zielone strzałki! zielone strzałki to ZŁO), znowu kierat życia codziennego... Jak widzicie trochę zajęło mi napisanie tej drugiej części a to dlatego, że jakoś się nie mogłam na powrót przystosować. Ostatecznie piękna pogoda jaką mamy wreszcie i u nas, postawiła mnie do pionu:) Już mi lepiej, choć martwię się swoim palcem. Co prawda jeszcze nie zsiniał i nie odpadł ale obawiam się, że może to zrobić jeśli natychmiast nie udam się do lekarza. A się boję. I nie mam kiedy. No dobra - bardziej się boję:)







Wspaniała wyprawa!!!! Nieustająco zazdroszczę! A do lekarza to może jedak szybciej, niż później...bo bez palca zostaniesz!!!
OdpowiedzUsuńJak widać bieganie wcale zdrowe nie jest, a jeszcze się odezwą różne stawy za kilka lat :P ;) Ale co się nazachwycałaś, to Twoje!
OdpowiedzUsuńZdjęcia fajne i jak nie ma kto robić, to się robi samemu sobie i nie ma co się przejmować, też coś :)