Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 listopada 2024

listopad

Leci sobie już trzeci miesiąc od kiedy wróciłam do pracy. A właściwie - wróciłyśmy. I teraz już mogę coś na ten temat napisać.

Dygresja: kiedyś, na jakiejś tam wizycie u tzw. specjalisty, lekarka zwróciła mi uwagę, że mówię w liczbie mnogiej - poszłyśmy, zrobiłyśmy, lubimy. I że to stała przypadłość matek niepełnosprawnych dzieci, które są tak zrośnięte ze swoimi pociechami, że identyfikują się jako jeden organizm. Zachęcała mnie do wyodrębnienia się z tej całości. Jak widać, zupełnie mi się to nie udało a nawet powiedziałabym, że z wiekiem się pogłębiło. I zupełnie mi to nie przeszkadza, nie mam z tego powodu kompleksów ani zaburzeń tożsamości :) Tak mi się przypomniało.

No więc wróciłyśmy do pracy. Postanowiłam nieco poczekać z relacjami z tego powrotu, bo gdybym miała napisać na gorąco to byłaby to jedna wielka histeria. Pierwszy raz był okropny.

Wymyśliłam sobie, że ponieważ potrzebuję aż dwóch gabinetów - jednego dla mnie do pracy, a drugiego dla Młodej i jej kolorowych popaprańców - to muszę pracować wtedy, kiedy nikt nie chce pracować. Czyli w piątki po południu i w soboty rano - wtedy w gabinetach mogę przebierać. Dla mnie nie ma już  żadnej różnicy między pracą w weekend a pracą w tygodniu - i tak do rodziny się nie spieszę bo rodzina jest ze mną, więc luz. A dodatkowo, w sobotę po robocie, możemy zwinąć manatki i udać się poza miasto na Banderozę i bawić tam aż do czwartku. Chytry plan, nie?
Taką propozycję złożyłam dyrekcji i została ona zaakceptowana bez problemu.
To tylko dwa dni, tyle wynosi moje pół etatu, nie zdążę się zmęczyć.

Plan wdrożyłam w pierwszy weekend września i od razu mój luz został solidnie zweryfikowany. 

Po pierwsze okazało się, że zostawienie Młodej samej w gabinecie przed kompem, bez możliwości zajrzenia do niej przez co najmniej godzinę/półtorej wprawia mnie w nerwowy dygot. Niby ją znam, niby wiem, że jest bezpieczna ale ja sobie umiem taaakie filmy w głowie nakręcić, że nie chcielibyście wiedzieć. 

Po drugie oczywiście wypadłam z obiegu i umiejętności automatycznego wykonywania pewnych upierdliwych czynności związanych z totalnie zbiurokratyzowanym systemem, co kosztuje mnie dużo cennego czasu. Którego i tak nie mam  zbyt wiele, chcąc rzetelnie wykonać swoją pracę a dodatkowo sprawdzić Młodą, napoić i nakarmić. Musiałam odświeżyć sobie sporo różnych spraw, między innymi nasz system komputerowy.

Po trzecie cala logistyka przygotowania nas i jedzenia i picia do pracy to sporo latania po nocy, kiedy Młoda już wyrychtowana w łóżku zmierza do krainy snu. W piątek, po pierwszym dniu, wracamy dobrze po 19 do domu i nie ma, że odpoczynek. Trzeba się brać za kolację, jedzenie, picie, toalety, mycie... Jak się wyszykuję na sobotę to jest 23.30 a rano do roboty, więc pobudka o 5.45. 

I tak w pierwszą sobotę po pierwszym piątku, wyszykowałam się do pracy oraz od razu do wyjazdu na wieś, dokąd wyruszyłyśmy bezpośrednio z roboty. Jak dojechałyśmy na podwórko, jak wypakowałam graty, Młodą, zainstalowałam to wszystko w chałupie, przyszykowałam i dałam obiad, napoiłam, przewinęłam i usiadłam na fotelu, to się zaczęłam zastanawiać jak dotrwać do wieczora, bo już mi się oczy zamykają :)))

To był mój pierwszy i ostatni taki bohaterski, perfekcyjny plan. Nigdy więcej rumakowania! A za jaką karę i grzechy ja mam się tak upadlać?! W następny weekend pojechałyśmy na wieś w niedzielę. Po przespanej nocy :))

Natychmiast też kupiłam kamerkę internetową, żeby jednak mieć jakąś kontrolę sytuacji w gabinecie obok. Nie muszę cały czas patrzeć w ekran telefonu gdzie mam podgląd. Zaglądam sobie od czasu do czasu i to mi daje ogromny komfort psychiczny. Wiem, kiedy Młoda ogląda film, kiedy sobie ucina drzemkę, po prostu wiem i jestem spokojna.

Jest połowa listopada i mogę już powiedzieć, że plan wymyśliłam chytry i dobry, natomiast niedoszacowałam wysiłku jaki mnie to będzie kosztować. Piątek i sobota to taka jedna, bardzo długa i bardzo intensywna doba. Piszę właśnie te słowa w sobotni wieczór i jestem dętka. 


Jutro śpimy w opór, czyli do 7 :)))