Bieganie i cała ta zabawa w starty w zawodach to bardzo
interesująca kwestia z punktu widzenia psychologii. To co się dzieje w głowie
podczas pokonywania różnych dystansów, łamania swoich własnych barier,
wychodzenia poza tzw. strefę komfortu jest po prostu fascynujące.
Przebiegłam już sporo półmaratonów, jeszcze więcej biegów na krótsze
dystanse przez te cztery ostatnie lata i mogłabym powiedzieć, że sporo już wiem
na ten temat. Jednak maraton to dystans, który nie daje się tak łatwo oswoić. A
na pewno nie da się przewidzieć tego jak zareaguje nań organizm.
I głowa. Przede wszystkim głowa.
Odbiór pakietu startowego i widok mety przyprawił mnie o zawrót głowy
Już trzy razy bardzo poważnie przygotowywałam się do maratonu.
Przeczytałam mnóstwo relacji i porad, wyszukałam i starannie wdrożyłam
odpowiedni plan treningowy. Starałam się też zachować w tym wszystkim zdrowy
rozsądek - nie jestem już dwudziestolatką i powinnam mierzyć siły na zamiary.
Nie ruszają mnie już te wszystkie motywacyjne hasła typu "Nie ma złej
pogody, są tylko słabe charaktery" czy jakoś tak. Wiem, że jak pada
lodowaty deszcz to warto odpuścić trening bo lepiej nadrobić przy lepszej
pogodzie niż stracić dwa tygodnie na randce z zapaleniem oskrzeli. Przykładów
tej głupoty zalewającej internety można mnożyć. Ale letni deszcz lubię, nie
powiem :)
To czego o sobie do tej pory nie wiedziałam to to, że bardzo
ciężko mi odpuścić trening bez poważniejszego powodu. Znaczy bo mi się nie chce
(choć czasem mi się nie chce) albo że mi się wydaje, że jestem zmęczona czy coś
(choć bywam zmęczona). Nie potrafię. Zdarzało się już, że przez kilka nawet
godzin biłam się sama ze sobą w myślach:
– Idź pobiegać!
- Nie chce mi się/zaraz będzie padać/ale dzisiaj wieje/może pójdę
jutro,
– Przecież wiesz, że zaraz ci się zachce i będzie zajebiście jak
zwykle, tylko wyjdź już z tego domu!/nawet jak zacznie padać to tylko przez
chwilę/jak wieje to i lepiej, będziesz robić siłę biegową/jutro masz inny, nowy
trening!
Potem wychodziłam i było jak przewidywałam. Zajebiście.
Bo okazuje się, że bieganie sprawia mi ogromną frajdę. Nie jest to
już od dawna, bardzo dawna powód żeby zrzucić parę kilo czy inny, wskazujący na
jakiegoś rodzaju obowiązek, nawet czasem przykry obowiązek. Parę kilo w tę czy
w tamtą cyklicznie zdarza mi się nadal (tak, tak, można przytyć regularnie
biegając) choć wciąż mam nadzieję, że to już ostatni raz. Ale jestem dużą
dziewczynką i wiem, że to neverending story.
No chyba, że to już ostatni raz. Pff:)
Dowodem i doskonałym przykładem na tę tezę jest mój ostatni start
w Półmaratonie Warszawskim, na co zwróciła mi uwagę moja koleżanka z pracy.
Sama na to nie wpadłam. Otóż w przeddzień zawodów mieliśmy przeprowadzkę. Od
rana do nocy w roli tragarza, ciężka fizyczna robota. Położyłam się spać o
północy, nieprzytomna, z rozsądku bo robota jeszcze by się znalazła. Za godzinę
Młoda zaatakowała i trzeba było nagle obudzonym, trzeźwym okiem ocenić
sytuację, ogarnąć, poczekać aż się uspokoi. Wstałam o 5, a że na adrenalinie to
nawet nie byłam jakoś specjalnie niewyspana. Wyszykowałam się i pojechałam na
start. Przebiegłam 21 km
z haczykiem i zrobiłam życiówkę. A nie zamierzałam :)
I nawet nie pomyślałam żeby nie wystartować bo jestem zmęczona po
przeprowadzce. Przez myśl by mi to nie przeszło gdyby nie zapytała mnie o to
wspomniana koleżanka – to ty jednak pobiegłaś?! Po prostu – cały ten start i
niemały wysiłek to dla mnie nagroda nie kara, przyjemność nie obowiązek,
szczęście a nie nieszczęście :) Nieszczęśliwa czułabym się gdybym z powodu
przeprowadzki nie wystartowała! Oj, chyba przeżywałabym to bardzo długo.
Ale wracając do maratonu i przygotowań - kontuzji czasem nie da
się uniknąć. Ja mam słabe kostki, poskręcane już wielokrotnie i muszę z tym
jakoś żyć. Od dwóch miesięcy chuchałam i dmuchałam na zimne, biegałam z
nosem przy chodniku oby tylko nie wpaść przez nieuwagę w jakąś dziurę i nie
skręcić jednej czy drugiej kolejny raz. Półmaraton był sprawdzianem formy ale
startowałam tam bardzo ostrożnie, żeby jakoś dotrwać do tego cholernego, długo
wyczekiwanego maratonu. A to był jeszcze miesiąc…
Udało się.
Świtem na przystanku autobusowym w drodze na start :)
Znienacka zmaterializował się stary znajomy, który wyraził ochotę
na wspólny bieg. Młody człowiek, który miał już za sobą jeden czy dwa maratony
ale wiedziałam, że ma co najmniej dwa razy mniejszy staż biegowy ode mnie i
raczej nie jest… hm… że tak to ujmę - konsekwentny w treningach ;) Jego celem było
złamanie czwórki, czyli dla niewtajemniczonych – przebiegnięcie maratonu w
czasie poniżej 4 godzin.
Też miałam taki cel… tylko bardziej skonkretyzowany. Mianowicie w
całej swej pokorze do dystansu oraz po dogłębnym przemyśleniu swoich możliwości,
uważałam że stać mnie na więcej niż chaotyczne wpadnięcie na metę przed
wybiciem magicznych czterech godzin. Nawet jeśli jestem debiutantem i guzik
wiem o maratonie.
Dlatego obliczyłam, że kombinacja biegu według tempa, którym biegam dłuższe
dystanse na treningach, plus adrenalina zawsze obecna na zawodach, daje mi czas
mniej więcej 3:52. Oby tylko obyło się bez przygód typu kontuzje czy inne
niespodziewanki, które niestety na maratonach przytrafiają się prawie zawsze.
I tak właśnie było. Sorry Gregory.
No i na starcie wyjaśniliśmy sobie założenia, czyli że ja nie
zamierzam ustawiać się za żadnym zającem tylko biec według własnego wyliczonego
planu, przy czym zobaczyłam w oczach znajomego lekkie zdziwko i niepewność ale
usłyszałam – ok., to ja biegnę z tobą. I pobiegliśmy.
Przed startem - opaska z międzyczasami, których pilnowałam i na mecie - złoty medal :)
Pierwsze 10 km
to głównie ploteczki, piękne widoki i mnóstwo kibiców bo to w końcu centrum
Warszawy, Krakowskie Przedmieście, Plac Trzech Krzyży i dalej w stronę
Wilanowa. Piękne słońce, wspaniała pogoda, choć jeszcze godzinę temu pizgało
złem i nie miałam odwagi rozebrać się do krótkich gaci i koszulki. Na 21
powiedziałam nawet – popatrz Krzychu, na półmaratonie człowiek ledwie zipie i
marzy o mecie a tu po takim samym dystansie nie czuje, że coś biegł. Ale
Krzychu wtedy już mało kumał o co mi chodzi. Powiedział natomiast, że ostatnie
trzy tygodnie nie biegał. Acha.
Na 25 skończyły się ploteczki bo zaczęło mocno wiać w twarz i
oboje zaczęliśmy się zmagać. Na 27 Krzychu odpadł. Znaczy stwierdził, że w tym
tempie nie da rady. Dałam mu żel i ze smutkiem pożegnałam, nie chcąc wybijać
się z rytmu.
I w tym momencie zaczęłam swój samotny bieg. Do samego końca pod
ten pieprzony wiatr.
Pogoda się klaruje
Jednakowoż na 32
km poczułam, że coś niedobrego dzieje się z moimi
jelitami. W sensie… konieczności skorzystania z toalety, natentychmiast! I
wiecie, to jest tak, że człowiek przy takim wysiłku trochę traci kontrolę nad
swoim ciałem. Nad zwieraczami również. Co doprowadzało mnie do rozpaczy i
wizualizowałam już sobie swoje ohydne zdjęcia w Internetach (bo widziałam jak
wygląda foto biegunki na zawodach!) i obciach do końca żywota mego. Na
szczęście dopadłam Toi-Toia na 35
km . Który się nie zamykał i musiałam w newralgicznym
momencie walczyć z jakimś biegaczem z podobnym problemem na śmierć i życie!!
Kurde, niewyobrażalna adrenalina.
Do tej pory pilnowałam tempa i czasów, które powinnam osiągać w
kolejnych punktach i z obliczeń wychodziło mi, że mam jakieś niespełna 2 minuty
zapasu. Czyli jestem jak strzała! Jak Tommy Lee Jones w czymś tam…
Toi-Toi skutecznie ten zapas mi odebrał, alebo raczej niecnie
wykorzystał. Myślę, że drugie tyle kosztował mnie totalny brak energii od 39 km . Jedna kibicka
krzyknęła mi prosto w twarz – „dajesz! za dwa kilometry przestanie boleć!” Mój
wyraz twarzy pewnie nie pozostawiał wątpliwości – bolało. Ale na ból byłam
przygotowana – wiedziałam przecież, że będzie boleć. Jednak na samej
czekoladzie pojechać się do końca nie da – to był mój błąd – ale nie miałam
śmiałości po wizycie w wychodku sprawdzać, czy żel doda mi sił.
Na pierwszym planie fioletowe podkolanki...
Dopiero po fakcie, oglądając zdjęcia uświadomiłam sobie, że nie
zarejestrowałam w swojej świadomości ostatnich dwóch kilometrów trasy. Owszem,
pamiętam ludzi. Pamiętam, że kiedy powtarzałam mantrę : „nie wolno ci się teraz
zatrzymać, nie przechodź do marszu” jakaś dziewczyna szepnęła mi do ucha
„chodź, to już końcówka”. Jak ja jej jestem wdzięczna! Jak ona mnie tym porwała
za sobą! Wbiłam wzrok w jej fioletowe podkolanówki i trzymałam się jak spódnicy
matki!
Pamiętam też dwóch facetów, którzy biegli na cały głos jęcząc i
wkurzali mnie tym tak bardzo, że aż przyspieszyłam choć nie miałam już sił.
Pamiętam finisz, wymarzony finisz wśród szpaleru kibiców, którzy darli się na
całe gardło, wiwatowali albo po prostu bili brawo a ja leciałam na autopilocie
i z pewnością nie na własnych nogach bo ich wcale nie czułam.
Coś tam na koniec próbowałam podnieść ręce w geście zwycięstwa ale
słabo to wyszło, jakoś bez przekonania. W ogóle byłam zaskoczona jak mało było
w tej końcówce emocji. Myślałam, że jak już uda mi się przebiec ten maraton to
za przeproszeniem skicham się ze szczęścia. Żeby nie powiedzieć dosadniej ale
już dość chyba o tych przybytkach. Myślałam, że jakąś łzę uronię albo coś… Na
Półmaratonie Warszawskim wyłam jak bóbr – i przed i po.
Myślę, że ja to (mimo wszystko) po prostu kurde zrobiłam. Tak jak
zaplanowałam. Z przygodami w Toi-Toiu, ale zrobiłam to co zaplanowałam, z
różnicą 13 sekund. I to mnie najbardziej szokuje – 13 sekund!
Ostatnia prosta!
Wychodzi więc na to, że jest potencjał na więcej. Bo gdyby nie
jelita i błędy żywieniowe podczas biegu (powinnam była jednak zajadać te żele i
to systematycznie od początku) oraz wymuszona pauza, to złamałabym 3:50.
Jak znam siebie to kiedyś to sprawdzę ;) A na razie zapisałam się
na kolejny maraton ale poza dystansem nie będzie miał wiele wspólnego z
szalonym sprawdzianem na czas. Tym razem pobiegnę zupełnie turystycznie, w
przepięknych okolicznościach przyrody i nie będę się specjalnie spieszyć, będę
smakować widoki :)
PS. Krzychu złamał swoją czwórkę :)






I tu i nizej piekne foty! Gratulacje!!!
OdpowiedzUsuńDziękujemy :)
UsuńMatko! Maraton! 42 195! Gratulacje!! Ja się popłakałam, zamiast Ciebie, czytając relację. Bardzo dzielna jesteś (i jeszcze chcesz to powtórzyć, rany boskie!). Szkoda tylko, że zjadłaś Krzychowi żel :D:D:D (przepraszam, nie mogłam się oprzeć :D).
OdpowiedzUsuńnovembre
Hahaha, faktycznie wyszło na to, że zjadłam Krzyśkowi żel :) A nie będę już poprawiać, niech zostanie :)
UsuńJak biegłam to powtarzałam oczywiście mantrę - nigdy więcej, nigdy więcej... Ale to znany syndrom jest, zapomina się o tym zarzekaniu 5 minut po biegu :)
Jestem pod wrazeniem wielkim! Jakies 3 lata temu bedac za wielka woda i majac dla siebie nieco czasu zabralam sie za bieganie ale wyciagalam tylko maks do 10 km i NIGDY nie zalapalam fazy zeby mi sie podobalo :( Mozliwe ze to daltego ze biegalam nieregularnie oraz zrywami ale tez nidgy nie znalam jakiegos dobrego poradnika jak sie rozkrecac (masz cos do polecenia?). Chociaz wlasciwie powinnam strzelic focha bo juz sie w duchu rozgrzeszylam ze skoro stuknie mi w tym roku 35 latek to juz sie NIGDY nie dam rady zebrac na maraton (ktory sie gdzies tam petal na mojej "bucket list"). A tu prosze wytracasz mi wymowki z reki :P (foch!!)
OdpowiedzUsuńHmm... Ja tam nie lubię poradników ale jeśli myślisz, że mogłoby Ci to pomóc to ukazały się w ostatnich miesiącach (latach?) trzy pozycje chyba godne polecenia.
Usuń1. Beata Sadowska "I jak tu nie biegać"
2. Anna Szczypczyńska "Zakochaj się w bieganiu"
3. Anna Pawłowska-Pojawa "Bieganie, kobieca strona mocy"
Nie wiem czy jesteś użytkownikiem facebook'a - Ania Szczypczyńska prowadzi fajny fanpage "Panna Anna biega", dobrze motywuje, podpowiada.
Startowałaś kiedyś w zawodach? To też jest świetny motywator. Czuje się tę adrenalinę, wspólnotę biegaczy, jest wola poprawy własnych wyników, ładne medale dają ;)
Przed maratonem przebierałam się w towarzystwie dwóch pań z kategorii po 70-tce. Zawsze jak widzę takie biegaczki to lgnę do nich jak do plastra miodu bo uwielbiam ich słuchać. To jest sól ziemi! I wdałam się w pogaduchy z jedną z nich:
- Który to pani maraton? - pani mnie pyta.
- Pierwszy... - nieśmiało odpowiadam.
- A mój 96, jeszcze 4 i będzie stówka! A ona - wskazując koleżankę - biegnie 70-dziesiąty.
I sklęsłam. Nie ma takiej wymówki - I'm too old for this shit.
Sorry! :)
Szacun. Wielki szacun. Potężny!!!
OdpowiedzUsuńPotężne dzięki :))
UsuńMatko przez Ciebie ruszyłam zadek z kanapy...dzieki!:)
OdpowiedzUsuńOjacie! I to jest super wiadomość! Trzymam kciuki za wytrwałość i morze endorfin! :)
UsuńA co tam u Agi? Tyle czasu bez wieści, prosimy choć o parę zdań :) Jesienne uściski! :)
OdpowiedzUsuń