piątek, 27 października 2017

nie ma się czym chwalić

Nie ukrywam, że coraz ciężej jest mi tu powracać. To chyba z resztą jasne od dłuższego czasu. Wypaliła się matka blogerka. Wszystkie słowa zostały już wypowiedziane, problemy omówione i zapisane na wieki wieków ament. Taka trochę nuda się wciąż powtarzać...

Ciężko mi tym bardziej, że mamy słaby okres. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe i jak zwykle po burzy wyjdzie słońce i znowu złapiemy oddech. Ale póki co, ponownie wpadliśmy w czarną dziurę pod tytułem "ból niewiadomego pochodzenia".
Kiedy już mam wrażenie, że mniej więcej wiem o co chodzi i jak rozpoznawać przyczynę tego bólu, nadchodzi taki ciąg wydarzeń, że znowu dostaję pałą w łeb i znowu jestem kompletnie zielona i głupia. Dokładnie trzy lata temu, spędziłyśmy uroczy czas w szpitalu na Niekłańskiej, na diagnostyce bólu właśnie. Nic konkretnego wtedy nie odkryliśmy i właściwie można powiedzieć, że jesteśmy w tym samym miejscu. Tylko gorszym.

Ostatnie dwa weekendy to koszmar. Zero snu. Walka z bólem, którego nie imają się żadne dostępne leki. Nawet nie wiem co mam więcej na ten temat napisać... Nie da się. Nie da się opisać tego, co się czuje, o czym się myśli w długie bezsenne nocne godziny patrząc na cierpiące dziecko. Kiedy przechodzi się przez fazy niemocy, płaczu, złości, znieczulenia, rozpaczy. Kiedy dzieli się włos na czworo i stara się odkryć coś, co na pewno umknęło poprzednim razem.
Nic nie umknęło, taki mamy lajf.

A kiedy dziecko, moje dorosłe dziecko spokojnie śpi to jest święto. To jest błogość. To jest szczęście, o które modlę się co wieczór, kiedy z duszą na ramieniu kładę się obok i boję zasnąć. No bo jeśli przymknę oko i zacznę już zapadać w ciepłą nicość a poczuję, że Młoda zaczyna wierzgać, to w jednej chwili znowu zapadnę się w rozpacz a tego uczucia nienawidzę tak bardzo jak niczego na świecie. No może jeszcze tego, jak zaczyna mi się śnić, że Młoda zaczyna wierzgać, zrywam się z hercklekotem na miarę zawału, a okazuje się, że na szczęście to tylko początek mojej choroby psychicznej bo dziecko śpi. ŚPI. A ja mam właśnie zawał.

Jednak jakoś wciąż udaje nam się jako tako funkcjonować. Aga jeździ do szkoły, my pracujemy. Nie kumam kompletnie jak to się udaje ale jeszcze wciąż się udaje.

Do tego wszystkiego niestety Lufka nam się kończy. W wakacje odkryliśmy, że rośnie jej na brzuchu jakiś obcy, i to w szybkim tempie. Wet zdiagnozował nowotwór sutka.
Lufa w marcu kończy 13 lat. Do tej pory była zdrowym, cudownym psem.
Trzy tygodnie temu przeszła bardzo ciężką i rozległą jak się okazało operację wycięcia tego obcego, który nabrał rozmiarów melona. Rozcięli ją od gardła po tyłek bo okazało się, że więcej do cięcia było wewnątrz niż na zewnątrz...

Tragedia. Była taka noc, po operacji, kiedy Młoda cierpiała a Lufa rzygała po narkozie. Nie bardzo wiedziałam co się dzieje i za co mam się łapać. Zrezygnowałam ze spania - po prostu przestałam udawać, że będę łapać drzemki w przerwach na akcje, bo nie miało to żadnego sensu. Co przyłożyłam głowę do poduszki, jedna albo druga miała coś do zakomunikowania. No więc zrezygnowałam i w przerwach robiłam różne mniej lub bardziej pożyteczne rzeczy.
Rano zmienił mnie Ojciec.

Mam teraz dorosłe dziecko na wózku i równie niepełnosprawnego psa. Jedno noszę, drugie stawiam bo mu się łapy rozjeżdżają i upada dziesiątki razy na dzień. Jeździmy windą nawet bez Agi bo Lufa już nie umie chodzić po schodach. Na domiar złego zrobiła jej się paskudna rana na łapie, nie wiadomo od czego, na którą nie mogę nawet spojrzeć bo słabnę. No po prostu odwalam kitę. Rana po operacji kręgosłupa własnej córki mnie nie ruszała a widok rozwalonej łapy psa funduje mi przerwę w życiorysie.

I tak to u nas obecnie wygląda.
Stan na dziś - dwie kulawe i matka z ojcem na ostatnich nogach. Nie ma, zupełnie nie ma się czym chwalić.


10 komentarzy :

  1. ściskam Cię mocno
    zaglądam codziennie i czekam, że może coś napiszesz, ale teraz widzę, dlaczego tak długo
    wysyłam same pozytywne myśli i trzymam kciuki za diagnozę dot. bólu
    przynajmniej tyle
    :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Serce się kraje... Nie sposób sobie wyobrazić przez co przechodzicie :( Jedyne co możemy zrobić to trzymać kciuki za polepszenie się sytuacji, niech już będzie lepiej... Zdrowia, nudy i świętego spokoju!!

    OdpowiedzUsuń
  3. A mialam nadzieje ze nie piszesz bo zaliczasz kolejne maratony... sciskam mocno. Co do bolu to nic nie wymysle ale czy pytalas moze jakichs lekarzy specjalizujacych sie w opiece paliatywnej (np pracujacych w hospicjum) Oni mama zazwyczaj wiecej doswiadczenia z uciazliwym bolem niereagujacym na normalne leki. Slyszalam ze sa tez poradnie leczenia bolu... trzymam kciuki za spokojne noce.

    OdpowiedzUsuń
  4. Smutne. Nawet pocieszyć nie ma jak. Bardzo współczuję.

    :(

    OdpowiedzUsuń
  5. trzymajcie się, dziewczyny. trzymajcie. podziwiam, jak zawsze. gdyby ciepłe myśli mogły...
    Lufa - jedną uśpiłam z nowotworem sutków, drugą - pęcherza. Ech...

    OdpowiedzUsuń
  6. Zagapiłam się i dopiero teraz trafiłam na ten wpis... mam nadzieje, że jest choć trochę lepiej na którymkolwiek bądź froncie! Jakież to wszystko trudne!! Jak bardzo niesprawiedliwe!! Szkoda, że tak daleko mieszkam - wpadłabym z jakąś pyszną herbatką na jesienne dni!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale mimo wszystko czasem napisz, bo my tu zaglądamy nie bez powodu, a może i Tobie trochę ulży jak napiszesz. Ściskam mocno!

    OdpowiedzUsuń
  8. A konopie? Dopuścili je może leczniczo?

    Rana na łapie może byc rozlizana przez psa, jak bolą stawy to psy potrafią wylizać do gołej kości. Jest taki środek gelacan fast, przeciwzapalny i z kolagenem, dla mojego starszego psa to wybawienie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem tutaj MOA, pomimo, że. Trzymam Cię za rękę. Nic innego mi nie przychodzi do głowy...

    OdpowiedzUsuń