Z perspektywy czasu widzę, że co jakiś czas (ostatnio jako się rzekło - trzy lata temu) dochodzimy z naszymi problemami bólowymi do ściany i okazuje się, że nie pozostaje nic innego jak wezwać pogotowie. I niech się dzieje co chce. Mniej więcej to właśnie poleciła nam zrobić nasza rodzinna lekarka, po zrobieniu wszystkich podstawowych badań, włącznie z USG jamy brzusznej. Bo wyniki wyszły dobre.
Tak też się stało, znowu wylądowałyśmy w szpitalu, tym razem dorosłym. Mogłabym napisać książkę, nie notkę na blogu, o tych zaledwie ośmiu dniach, które tam spędziłyśmy. Państwo niestety domyślają się, że byłby to wyjątkowo łzawy dramat?
Ale mi się już nie chce. Strasznie mi się nie chce, a piszę tę notkę bo z doświadczenia wiem, że za jakiś bliżej nieokreślony czas może mi się znowu przydać ten pamiętniczek. No i wiem też, że kilka osób cały czas tu zagląda - dziękuję! I przepraszam, że tak rzadko piszę.
To ja może tak kronikarsko.
Doszliśmy do ściany w ten sposób, że akcje bólowe wydłużyły się do całych nocy, do samego rana, i nie szło już zebrać się jakoś do pracy i szkoły. O 6.30 kiedy Aga powinna już zaczynać dzień od śniadania, ona jeszcze nie zdążyła się wykaraskać z bólu, nie mówiąc już o spaniu. Jeśli następowała jakaś pacyfikacja tego stanu, to po niedługim czasie - 2-3 godziny - wszystko zaczynało się od nowa. No nie było życia, w żaden sposób.
Leki nie działają. Znaczy działają jakoś - łagodzą, tonują ale nie wyciszają. W desperacji zapodawałam już nawet Relset (relanium), który ogłupiał i usypiał na 1,5 do 2 godzin a potem wszystko wracało.
Kolejnej nocy, o 4 nad ranem zdecydowałam wezwać pogotowie. Przyjechali, zabrali, zawieźli przez pomyłkę najpierw do dziecięcego a potem na Barską - to nasz rejon. Tam na samym wejściu zostałam wygoniona z Izby Przyjęć. No po prostu jakiś gruby, wydziarany, brodaty facet wziął i mnie wyrzucił za drzwi. Jak po 2 minutach wyszłam z szoku, zapytałam pani z rejestracji kto to był i czy on wie, że nie dogada się z pacjentką.
Pielęgniarz. To był pielęgniarz. I nie, pani nie wie czy on wie, ale może chce się przekonać.
Jak się łatwo domyśleć, zaczęłam histeryzować i żądać natychmiastowego dostępu do córki, a tam zamknięte - domofony, wcale nie tak łatwo się dostać do środka.
Po niemałej rozróbie, po wrzasku w nos tego pielęgniarza, udało mi się dostać do młodej.
Skracając tę mało przyjemną historię - na Izbie spędziłyśmy 6 godzin. Mimo, że Aga była jedyną pacjentką przez większość czasu. Zrobiono w tym czasie badania z krwi i USG oraz założono cewnik aby złapać mocz. I tu zaczyna się kolejny dramat. Po trzech godzinach w cewniku ani jednej kropli moczu. W pampersie również. Zrobiło się rano, zmiana lekarzy, przyszła nowa lekarka (zmieniła Hindusa, który zlecił badania i głównie spał w swoim pokoiku), która rzuciła okiem na młodą i zniknęła. Pielęgniarka, która cewnik zakładała i dowodziła tym całym przybytkiem spokojnie grała w kulki na kompie.
Młoda za to cierpiała, młóciła nogami powietrze na oślep i mnie, bo ja jej te nogi usiłowałam trzymać i dbać by nie zrobiła sobie krzywdy.
Na każde moje pytanie - co się dzieje, czemu nic się nie dzieje, gdzie lekarz, czemu nikt do nas nie przychodzi - dostawałam odpowiedź, że czekamy na wyniki, czekamy na chirurga, który jest w przychodni i MA PACJENTÓW PROSZĘ PANI!, diagnoza nie trwa 30 minut!
Dopiero jak znowu urządziłam histerię (Agnieszko, musisz zacząć krzyczeć dziecko, inaczej pies z kulawą nogą do ciebie nie przyjdzie!!) i pokłóciłam się z każdym kogo zobaczyłam, zjawił się chirurg, który przytargał przenośne USG i stwierdził, że pęcherz jest pełen a cewnik jest w... kosmosie, bo na pewno nie w cewce. Trzy godziny żle założonego cewnika...
No i jak tu skracać tę historię...
Dopiero jak ten chirurg przylazł, to zaczęło się coś dziać. On kazał natychmiast poprawić ten cewnik, przyjąć na oddział, zlecił nowe badania...
I tak, już o 14.00 pojawiłyśmy się na oddziale wewnętrznym, gdzie 98% to leżący staruszkowie. Ulokowano nas w czteroosobowej sali i - halleluja! - pozwolono mi zostać.
Dziś chyba więcej nie dam rady.
Komunikacja między lekarzem a pacjentem nie istnieje. Niestety lekarze to wciąż święte krowy. Podchodzą do pacjenta od razu z odpowiednią miną i tonem - ja jestem mądrym lekarzem, ty jesteś nikim. Żeby ktoś z rodziny dowiedział się o stan pacjenta musi prosić, błagać, kłaniać się, stać pokornie w kolejce, nie przeszkadzać! Nie wolno wymagać, nie zawracać głowy, nie wołać lekarza do łóżka pacjenta. I mówię tu nie tylko o swoim doświadczeniu. Za dużo tam widziałam. Lekarze leczą papiery w pokoju lekarskim, nie pacjentów.
Jutro może dopiszę ciąg dalszy ale wierzcie mi, jest mi niedobrze, rzygać mi się chce i w ogóle nie mam na to siły.
środa, 27 grudnia 2017
brak dobrych wiadomości
Etykiety:
białe fartuchy
,
ból
,
dorosłość
,
dorosły szpital
,
histeria
,
szpital
Subskrybuj:
Komentarze do posta
(
Atom
)
przykro mi, że macie tyle cierpienia
OdpowiedzUsuńprzykro mi niezmiernie. niewiele moge oprocz wirtualnego przytulenia niestety :( kontakty do dobrych chirurgow posiadam jedynie na Slasku. Ale jesli potrzeba by bylo jakiegos leku z zagranicy albo cos to daj nam znac! Chwilowo jedynie zaklinam - zeby nie bolalo..
OdpowiedzUsuń