Znowu minęło kilka dobrych miesięcy a ja nie miałam kiedy usiąść do napisania paru słów. Działo się :)
Zakończyłyśmy szkołę. To już naprawdę koniec. Pożegnanie było bardzo wzruszające, Aga dostała piękny kolaż ze swoich zdjęć, dyplom i świadectwo, polały się łzy, były uściski... Po oficjalnej części, klasy rozeszły się do swoich sal i tam zaczęły do nas przychodzić wycieczki. Przychodzili nauczyciele i różni terapeuci, którzy pracowali z Młodą, pożegnać się. Zdumiewające! Martwiłam się, że sobie nie poradzę w nawigacji po szkole, że nie odnajdę wszystkich, którym chciałyśmy podziękować a tu oni wszyscy przyszli do nas! Niesamowici ludzie... Tego dnia Aga była ważna, zauważona, doceniona i uhonorowana. Tyle ludzi ją żegnało, tyle osób, których ja nie znam z nią gadało...
Dwoje cudownych nauczycieli - wychowawczyni Pani Marta i Pan Marcin (prywatny, osobisty Anioł :)
A potem były urodziny! I byli goście - spodziewani i zupełnie niespodziewani z trąbkami, głośni, weseli, zwariowani :) Oprócz rzecz jasna mojego brata, bo gdzieżby tam. Jako ojciec chrzestny mógłby chociaż zadzwonić. Mógłby.
Ale to tyle na ten temat, olać.
Ci, którym zależy, byli obecni, a tym którym nie zależy to vice wersal!
A potem byłyśmy na wsi i to był świetny czas. Sielski, leniwy a jednocześnie bardzo aktywny dzięki naszej nowej rikszy! Nie wiem czy pisałam czy nie, ale zdecydowałam się w końcu na odświeżenie naszego podstawowego sprzętu wakacyjnego, już nieco rozklekotanego po tych 13 latach intensywnego eksploatowania. I tym razem zamówiłam rower z napędem elektrycznym i to był strzał w dziesiątkę. Długo się wahałam i broniłam przed takim rozwiązaniem, bo ja przecież jestem sportowcem, nie idę na łatwiznę! Ale prawda jest taka, że sportowiec zaczyna niedomagać bo młodszy się nie robi. I żebym nie wiem jak zaklinała rzeczywistość, jestem coraz słabsza. Nie mogę się z tym pogodzić, bo zawsze uważałam, że będę bardzo aktywna do końca życia, że będę biegać maratony z siwą głową, że będę jak te wszystkie starsze kobitki, które spotykałam na zawodach a niektórych nie mogłam dogonić. No niestety. Albo ja jestem zbudowana z marnego materiału, albo tryb życia jaki prowadzę, mimo moich rozpaczliwych wysiłków o zachowanie w nim choć odrobiny sportu, robi ze mnie powoli jakieś kalectwo. O maratonach muszę zapomnieć. Ostatnio biegłam Biegnij Warszawo na dystansie 10 km i na mecie prawie się popłakałam. Z jednej strony z żalu, że miałam najgorszy czas w swojej dziesięcioletniej karierze i prawie umarłam, z drugiej - z dumy, że w ogóle jeszcze potrafię przebiec ciurkiem 10 km. Długi i bolesny temat, na kiedy indziej.
Wracając do rikszy - pokochałam ją całym sercem, jakby od nowa :)) Teraz mamy niesamowite zasięgi i super prędkość. Dość powiedzieć, że od połowy czerwca do końca września pokonałyśmy prawie 600 km. Jeździłyśmy po różnych trudnych nawierzchniach, co na starej rikszy było niemożliwe - po lasach, piachach, szutrze, błocie, wielgaśnych kałużach, pod górę i wszędzie :)) Zwiedziłyśmy nieznane bo zbyt oddalone okolice, odkryłyśmy nowe krainy! Pokazałam też Młodej miejsca, które w poprzednich latach zwiedziłam biegiem i żałowałam, że nigdy nie zdołamy razem tam dotrzeć. A jednak!
Dzięki nieocenionej naszej Kini, nasz rydwan przeszedł lekki tuning i ma piękne nadkola:)
Na turnusie było jak zwykle, czyli zajefajnie. Mamy już swój wypracowany rytm i czujemy się w nim znakomicie. Rano o świcie matka leci w las (no wciąż, choć rozpaczliwie), potem rychtunek, śniadanie, zabiegi a w tym matki basen (w te i wew te jakieś 140 razy, czyli 1400 metrów), potem kawka i krótki leżaczek przed domkiem, potem obiadek a po nim drzemka. Wstajemy jak raz na drugi leżaczek do kolacji, a po kolacji w drogę! I tak do zachodu słońca. W tym roku z poziomu roweru nazbierałyśmy pierdyliard grzybów mutantów - no nie dało się jechać bo trza było albo zamknąć oczy albo zsiadać i zbierać!
A potem znów byłyśmy na wsi i znów było fajnie. Tam jest zupełnie inny świat. Ludzie żyją spokojniej, blisko natury, bliżej Boga (jeśli takie ich życzenie a w większości jednak tak). Bardzo nam to odpowiada. Cały dzień na świeżym powietrzu, na tarasie albo w terenie. Coś tam sobie sadzimy, coś tam sobie pielimy, dbamy o kwiaty. Z Lucy, po początkowych podchodach i tropieniu gniazd oraz metody materializowania się na naszym podwórku, doszłyśmy do porozumienia i kontraktu na minimum dwa jajka dziennie. Lucy co prawda może tylko jedno dziennie ale zawsze jakąś koleżankę przyprowadzi. Super, szczególnie, że postanowiłam spróbować diety keto.
A potem, znienacka pojawiła się możliwość skoczenia nad morze! Ale o tym to chyba jutro...










Jutro, chyba to jutro za kolejne cztery miesiące! :D
OdpowiedzUsuńCieszę się, że u Was spokojnie i że lato miałyście udane. Uściski :*
To pisałam ja, novembre :D (myślałam, że komputer się domyśli!)
UsuńJa się domyśliłam ;) Buziak!
UsuńSuper, że wakacje udane! I co dalej z młodą, jakieś decyzje podjęłaś, jakieś miejsca dla niej znalazłaś? Riksza piękna. Okolice piękne. Jak ten rower daleko może jechać bez ładowania? Bo chyba się go ładuje? I napisz koniecznie, jak Ci jest na KETO. Ja przez szpitale porzuciłam KETO i bardzo mi z tym źle, a wrócić jakoś nie mogę... :/
OdpowiedzUsuńCo do Młodej - póki co bez decyzji.
UsuńRiksza - bez ładowania podobno 40 km ale to jakby cały ten dystans jechał na baterii a my jednak jeździmy też siłą nóg, więc myślę, że o wiele dalej.
Keto jest super. Ja się czuję znakomicie i wydaje mi się, że wbrew pozorom jem różnorodniej niż wcześniej i mam w diecie o wiele więcej warzyw. Jedyne czego mi brakuje to owoców. Jabłko bym zjadła... Ale ja wcześniej też jadłam raczej niskowęglowodanowo, więc nie brakuje mi ani chleba ani kartofli, może jedynie kaszy gryczanej ale jakoś bez spinki :) Tylko żal mam do diety keto, że nie chudnę, a na pewno nie tak spektakularnie jak inni pokazują. Mam do zrzucenia jakieś 7 kg i myślałam, że w trzy miechy się wyrobię ;)
Pewnie dlatego nie chudniesz, że 1. mało masz do schudnięcia, a 2. Tobie się wydaje, że powinnaś schudnąć, Twój organizm pewnie tak nie uważa ;)
UsuńJa schudłam 16 kilo w 4 miesiące, czułam się bardzo dobrze. Kurde, muszę jakoś do tego wrócić, muszę. Co do owoców, jedliśmy je z mężem, nasze KETO nie było "czyste". Pożeraliśmy czereśnie, truskawki, jabłka też, choć nie w ogromnych ilościach. Natomiast, jeśli chcesz "czyste" KETO, to spokojnie możesz jeść owoce jagodowe, sporo tego jest do wyboru przecież :)
Wszystkiego najlepszego dla Agnieszki z okazji ćwierćwiecza! :)
OdpowiedzUsuńkasiask
Dziękuję w Jej imieniu :)
UsuńWszystkiego Najlepszego!
OdpowiedzUsuńPiekne okolicznosci przyrody macie!
No Lucy .... niezly uklad dwa jajka, ja to bym poszla nawet na jedno LOL
Dziękuję :)
UsuńTak mnie Lucy rozpuściła, że jak jest jedno to strzelam focha :)
lol
Usuń