Jakbym powiedziała, że te ostatnie parę miesięcy minęło nie wiadomo kiedy to bym jednak skłamała. Niby już czerwiec ale mam za sobą intensywny czas, który dał mi znowu w kość. No nie w ten sposób jak ostatnie dwa, a nawet trzy lata, ale dał. Dlatego czasami nawet miałam ochotę coś tu skrobnąć, zostawić jakiś kronikarski ślad, ale serio - nie ma kiedy.
Zrobiłam remont mieszkania. A wcześniej wyniosłam kilkanaście 60-litrowych worów pełnych śmieci po Sandrze. A raczej wyniosłyśmy z Kinią. Kiedy tak szłyśmy z tymi worami do śmietnika, przyglądał się nam intensywnie gospodarz bloku. Czy to możliwe, że nas poznał? W końcu dwa lata wcześniej, też targałyśmy wielkie wory, porządkując mieszkanie pod wynajem. Dwie kobity co jakiś czas wynoszą coś w wielkich czarnych worach...
Ale to ostatni raz, przysięgam. Nigdy więcej. Nie mam już na to siły.
Po raz kolejny przekonałam się, że mam najlepszy samochód na świecie, który jest w stanie przewieźć wszystko. I zaprawę, i glazurę i drzwi wewnętrzne też. Na dodatek jestem w stanie większość zapakować sama, bo otwieram sobie rampę i wrzucam na pakę.
No i zrobiłam ten remont, i nawet wystawiłam chatę znowu na wynajem, ale... mam sporą traumę i bardzo trudno mi jest ponownie zaufać. Oczywiście w grę wchodzi wyłącznie najem okazjonalny, choć on też nie zabezpiecza w 100% przed nieuczciwymi najemcami.
Miałam kilku chętnych, ale nie byłam do nich przekonana. Postanowiłam więc oddać się w ręce pośrednika. Po pierwsze pośrednik ma większe możliwości weryfikacji, po drugie nie jest zaangażowany emocjonalnie, po trzecie - ja nie mam jak latać na te prezentacje. Każde moje wyjście na pokazywanie mieszkania wiąże się najpierw ze zorganizowaniem opieki do Młodej. To było dla mnie bardzo trudne, poddałam się. To tyle w sprawie mieszkania. Wciąż niewynajęte.
***
Przed nami ostatni tydzień ostatniego roku szkolnego. W przyszły piątek pojadę z Agą, po raz pierwszy i ostatni na zakończenie roku. Nigdy wcześniej nie byłam! Na zakończenie Aga zawsze jeździła sama, bo ja do pracy, a urlopu szkoda bo wiadomo - i tak jest go za mało na wszystkie przerwy, wakacje, ferie i święta. Ale tym razem jadę, bo to ostatni raz. Koniec szkoły...
Póki co, trudno jest mi to pojąć.
Przekraczamy kolejną granicę i musimy jakoś urządzić się na nowo w reszcie naszego życia.
Udało mi się uzyskać roczny urlop nauczycielski, tzw. "urlop na poratowanie zdrowia". Czyli mamy względnie zabezpieczony kolejny rok i czas na to urządzanie się. Swoją drogą - jakiś czas temu, tuż przed weekendem majowym, udało mi się odbyć dwa tygodnie rehabilitacji. Dostałam na tę okazję L4 od naszej łaskawej lekarz rodzinnej i dwa tygodnie jeździłam do przybytku, gdzie w większości emeryci chodzą w klapkach z ręcznikami w reklamówkach i poddają się różnym zabiegom. Oraz ćwiczeniom. Znam ten obrazek bardzo dobrze z naszych letnich turnusów rehabilitacyjnych, wiem jak to wszystko działa i nie spodziewałam się żadnych spektakularnych efektów. Ale sam fakt, że Aga jeździła do szkoły a ja miałam zająć się wyłącznie sobą i zadbać o podratowanie mojego bolącego biodra, był jak sen... Do końca nie wierzyłam, że to się uda. Udało się. I o dziwo - podratowałam! Nigdy za bardzo nie wierzyłam w te różne prądy, lasery i ultradźwięki, ale one mi naprawdę pomogły.
No bo nie te śmieszne ćwiczenia przecież. Okazało się, że byłam dla państwa rehabilitantów nie lada wyzwaniem, bo standardowy zestaw ćwiczeń dla emerytów (nóżka w lewo, nóżka w prawo, turlanie piłki na leżąco pod kolanami na boki, jakieś rozciąganie gumowanych taśm) mnie nie satysfakcjonował. Takie ćwiczenia miały trwać każdorazowo godzinę i już pierwszego dnia wiedziałam, że to będzie ogromna strata czasu, jeśli nie zgłoszę, że może one są dobre dla ludzi, którzy mają bardzo mało ruchu w życiu ale ja jestem maratończykiem i potrzebuję chyba innych bodźców aby odnieść jakiś pozytywny skutek... Państwo rehabilitanci zaczęli wymyślać dla mnie różne wyzwania, które co prawda mnie nawet zmęczyły, ale czy były ukierunkowane na moje chore biodro? Chyba nie za bardzo. Po prostu miałam tam średniej jakości fitness a nie rehabilitację. Nieważne. I tak było super.
I teraz wracając do urlopu na poratowanie zdrowia - to chyba na tyle :) Miałam swoje dwa tygodnie. Jak Młoda będzie cały czas w domu to już nie będzie jak się rehabilitować. Wręcz odwrotnie jakby. Ale co, taki lajf. Cieszę się, że mamy czas na przeorganizowanie się.
I że będziemy się byczyć! Póki co, bardzo tego potrzebuję, bardzo.
Tylko, tak sobie w tej chwili pomyślałam, czy ja potrafię się byczyć...? :)
Bycz się na zdrowie!! Jak dobrze przeczytać, co u Was. Cieszę się, że układa powolutku. Uściski :*
OdpowiedzUsuńTo pisałam ja, Jarząbek. Eeeee, novembre ;).
UsuńJak dobrze, że napisałaś! Rzeczywiście dużo się w tym roku wydarzyło u Ciebie - tym bardziej czas na byczenie się jest potrzebny. Czy umiesz? Pewnie nie bardzo, ale przecież ciągle uczysz się czegoś nowego,więc i to się uda😏
OdpowiedzUsuńA zdjęcie jest niesamowite❤️
Wspaniałe wieści. Jesteś walecznym maratończykiem na wielu frontach :)
OdpowiedzUsuńNiech to będzie dobry rok :) odpoczywajcie i na luziku szukajcie dalszej drogi :) to stolica przecież ;) coś znajdziecie :)))
OdpowiedzUsuńJak Wam minęło lato? Byczyłyście się choć trochę?
OdpowiedzUsuń