Tak jak przez całe swoje, prawie trzynastoletnie życie w ogóle nie chorowała i do weta chodziliśmy tylko na szczepienia, tak przez ostatni rok po prostu popsuła się całkowicie. Zaczął ją toczyć raczysko. Wyrósł jej na podbrzuszu ogromny guz, wielkości grejpfruta a to co było widać na zewnątrz to tylko niewielka część. Przeszła rozległą operację - rozciachali ją od szyi po ogon, wycięli co się dało. Przez dwie noce rzygała i cierpiała, a ja razem z nią...
Ale wykaraskała się. Sam wet był w szoku, że jednak z tego wyszła. Wydobrzała na kilka miesięcy ale guzy, te w środku, zaczęły odrastać i dziewczyna słabła w oczach.
Bida po operacji
Lufka nie miała łatwego życia przez ten ostatni rok. Przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania i jej dotychczasowy świat legł w gruzach. Mianowicie dlatego, że przez 12 lat poruszała się po wykładzinie dywanowej a tu przyszło jej jakoś opanować panele. Jak na lodowisku! :) Tego co się działo nie da się opisać - buksowanie, rozjeżdżanie łap we wszystkie strony, wywrotki - dramat! Obcinaliśmy pazury, ale to była już starsza pani, więc i sił jej brakło. Nie miała lekko :)
W końcu kupiliśmy jej psie skarpetki z ABS-ami i one zrobiły robotę. Nawet nie miała problemu z przyzwyczajeniem się do nich, czyli jak nic czuła się w nich bezpieczniej. Biedna :)
Uosobienie łagodności
I tak to mieliśmy nadzieję, że psina doczeka sobie spokojnie lata i pohasa jeszcze po zielonej trawce na Banderozie. No niestety. W ciągu jednego tygodnia spuchły jej węzły chłonne, wysiadły nerki, przestała chodzić... Zupełnie opadła z sił. Cierpiała.
Odeszła 4 marca.
Moment pożegnania...
To był przecudowny, przekochany pies. Mądry, spokojny, a przy tym wesoły i prześmieszny. Wierny.
Bardzo za nią tęsknimy.
Wszystkiego co kiedykolwiek mnie drażniło, nagle jest mi brak.
Minęły trzy miesiące a ja wciąż mam wrażenie, że słyszę ją kiedy otwieram drzwi do domu. Nawet wtedy, kiedy była już bardzo słaba, z ogromnym trudem ale podnosiła się z legowiska, żeby przywitać wchodzącego domownika. Zła byłam na nią, mówiłam - no nie wstawaj stara wariatko, przecież do ciebie podejdę! A skąd, próbowała do skutku a to oznaczało, że w końcu muszę jej pomóc...
W domu zrobiło się strasznie cicho. Agnieszka nie jest rozmowna, więc zwykle słychać było tylko Lufkę - sapanie, stukanie pazurów, łomot tych nieszczęsnych wywrotek... Tylko szczekać nie umiała. Znaczy potrafiła ale nie miała w zwyczaju. Spontanicznie zaszczekała trzy razy w życiu - kiedy zobaczyła pierwszy raz bałwana, konia i bardzo złego człowieka u nas na wsi. Potem musiałam ją uczyć szczekania na rozkaz :)
Początki znajomości
A uczyła się szybko i na całe życie. Na ten przykład, że nie wolno wchodzić do kuchni. W starym mieszkaniu to było proste - kuchnia, choć bez drzwi, była mała. Tam rzeczywiście nie było miejsca na psa, i to takiego sporego. W nowym mieszkaniu jest miejsca dość, również brak drzwi i dwa wejścia, więc mogłaby ganiać na około. A ona wiedziała, że nie wolno i koniec.
Wiedziała też, że nie włazi się na kanapę ani na łóżka. Kanapa jest na wyłączność Młodej. Nigdy nie przyłapałam jej na polegiwaniu na kanapie pod naszą nieobecność. Dowodów w postaci sierści też nie dałoby się ukryć :)
Nie kradła jedzenia, choć była to miłość jej życia. No chyba, że ktoś paradował z kanapką na wysokości jej nosa... :) Ale ze stołu, a raczej niskiego stolika, nigdy nic nie zwinęła.
Paróweczka... my precious...
Oczywiście była w stanie wykonać każdą sztuczkę za żarcie :)
Mogłabym opowiedzieć z milion anegdot z udziałem Lufki, ale wiem, że mają one wartość jedynie dla nas. To są i będą już na zawsze nasze wspomnienia - lepszego psa nie mogliśmy sobie wymarzyć.
Żegnaj kochana. Nasza rodzina nie jest już pełna bez ciebie.






Dawniej też rozumiałabym, co przeżyliście w związku z odejściem Lufki, ale od kiedy sama mam psa (Lunę, Luśkę) to już w ogóle... Pięknie napisałaś o Lufce. A te anegdotki, jeśli kiedyś będziesz miała ochotę którąś opowiedzieć, chętnie przeczytam, bardzo chętnie :) Swoją drogą, 13 lat... Jak to zleciało! Pamiętam, jak szukałaś dla niej imienia i jak mi się nie podobało, że "Lufa" :) 13 lat... Jakiś mokro-oczny dzień dziś mam...
OdpowiedzUsuńostatnio za każdym wejściem do Ciebie się wzruszam
OdpowiedzUsuńA już myślałam, że tylko ja jestem taka beksa ;)
OdpowiedzUsuńJa też, dom bez psa to nie dom. U mnie wszystko się zmieniło od kiedy jest Dunia. A początki były koszmarne bo Brunetka ze stresu chodziła po meblach a nie po podłodze. A teraz jamnik to jest dla niej najważniejszy przyjaciel, dla którego zrobi wszystko
OdpowiedzUsuń