No cóż, piękne te odremontowane oddziały. Pastelowe kolory ścian i fartuchów,
bardzo fachowo i profesjonalnie wyglądające tabliczki przy każdym
pomieszczeniu, fajna stołówka z dużym telewizorem. Łazienki przy co drugim
pokoju... W sensie - jedna na dwie sale. I wszystkie na tyle małe, że
absolutnie nie da się wjechać wózkiem a nawet jakby ktoś się uparł to i tak już
w środku będąc nie wyjąłby dziecka z wózka. Nie ma o czym gadać - nikt o tym
nie myślał i tyle. Brodziki wysokie na 30 cm. Na całym oddziale ani jednej łazienki
dostosowanej dla potrzeb osób niepełnosprawnych. I ja nie mówię tu o takim
pokoju kąpielowym z profesjonalną wanną jak na Niekłańskiej:
gdzie można osobę położyć do takiego oto cuda. Mięciutko, jeździ to w górę i
w dół według potrzeb, proste w użyciu i utrzymaniu. A obok kibelek i leżanka.
Tam nie było łazienki jaką można spotkać na każdej stacji benzynowej - z
większą powierzchnią i wspornikami przy sedesie czy umywalce. Zero, null.
Dla rodziców wyznaczono jedną łazienkę z ubikacją i prysznicem na cały oddział,
czyli na jakieś 30-40 opiekunów. Nie muszę opowiadać jakie były kolejki rano i
wieczorem prawda? I jaki bajzel... bo przecież ani o szmacie ani o mopie nie ma
mowy, toż to siedlisko zarazków.
Kończąc ten beznadziejny temat - nie ma jak wykąpać niepełnosprawnego
dziecka. Nie ma. Można jedynie zabrać z domu jakąś miskę, rozłożyć ręczniki na
łóżku i próbować to zrobić na sali. Jeśli pielęgniarki pozwolą bo to też nie
jest pewne.
Wszystkie sale są mocno przeszklone, mieszczą od 2 do 5 pacjentów. Nam
zaproponowano tę pięcioosobową. Poszłam, zobaczyłam, zbladłam.
Nie chcąc się awanturować poprosiłam o parawan. Nie ma czegoś takiego jak
mobilny parawan, to chyba jakiś kurde przeżytek. Ale słowo klucz się pojawiło.
Jedna z pielęgniarek konspiracyjnym tonem podpowiedziała mi, żeby jeszcze pójść
z tym problemem do pani profesor jakiejśtam, szefowej oddziału, bo ona dużo
może. Kurde, jak ja nie lubię załatwiać takich rzeczy! Nie umiem prosić,
wyjaśniać, zgrabnie i dowcipnie zagadywać. No nie umiem! Ale w żołnierskich
trzech słowach wyłuszczyłam o co mi chodzi i poszłyśmy na ogląd oddziału.
Słowo klucz "parawan". Jest jedna sala z parawanem zamontowanym w
ścianie ale tam leży chłopiec. Ale chłopiec jest "mocno uszkodzony".
Nie szkodzi! My kochamy mocno uszkodzonych, to nasza rodzina, w ciemno.
I to był strzał w dziesiątkę. To był drugi w kolejności największy pozytyw tego
pobytu, tuż za niespodziewaną konsultacją laryngologiczną, bo nie zauważyłam
żadnego dyskomfortu, żadnego skrępowania, wręcz odwrotnie - znalazłam się w
swoim dobrze znanym świecie. Chłopiec? I co z tego? Miałyśmy parawan i kiedy
trzeba było, korzystałyśmy, a potem z jego mamą gadałyśmy i gadałyśmy i
gadałyśmy... A potem śpiewałyśmy, śmiałyśmy się, i wymieniałyśmy doświadczenia.
Znowu mnóstwo się nauczyłam, znowu doceniłam ile mamy szczęścia w życiu i że
inni mają o wiele trudniej.
Nie wiem czy z kimkolwiek innym byłoby nam bardziej komfortowo niż z ludźmi,
którzy żyją w naszej bajce, którym nie straszne dziwne zachowania, zwyczaje czy
zapachy, którym powierza się swoje dziecko w ciemno idąc w kolejkę do łazienki
bo wiadomo, że w razie czego się nie ulękną i zachowają zimną krew, bo na
pielęgniarki to raczej liczyć nie można. Już widzę minę którejkolwiek z nich
gdybym wpadła na taki głupi pomysł i poprosiła, żeby posiedziała przy moim dziecku
kiedy ja się będę kąpać :D Albo kiedy będę piła kawę przy śniadaniu na stołówce
bo na sali jest zakaz jedzenia i picia. Ale by się działo! :D Sądzę, że
natychmiast przestałby mnie obowiązywać regulamin, tak jak ostatecznie nie
dotyczyła mnie opłata – 6,90 za dobę – za możliwość przebywania z dzieckiem na
oddziale. Podobno to opłata za media – prąd, wodę itd. ale skoro nie miałyśmy
możliwości skorzystania ani z toalety ani z prysznica to tylko czekałam aż ktoś
mi się upomni o pieniądze. Nikt się nie upomniał, na szczęście.
Super miałyśmy współlokatorów i oby zawsze takich.
Chciałabym się bardziej rozwinąć na temat opieki pielęgniarskiej, z której z
moją współlokatorką ciągnęłyśmy kabla na maksa bo wściekać się to szkoda
zdrowia, ale chyba nie ma co. Wszyscy wiedzą o co chodzi. Bardzo nas bawiły
teksty – „pani się musi oszczędzać” padające z ust kobity, która stoi i
przygląda się z boku jak podajemy leki, jak karmimy, przewijamy, myjemy w
łóżku… I jeszcze tuż przed wyjściem z sali – „proszę oszczędzać kręgosłup”. A
idźże już do diabła i przestań udawać troskę. Czy one naprawdę są na tyle
bezmyślne i nie zdają sobie sprawy, że wykonujemy za nie wszystkie te
czynności? Czy po prostu na tyle bezczelne? Tylko jedna przyszła do mnie i
zapytała czy potrzebuję pomocy w pielęgnacji. Zdębiałam.
Ale wspomnę pana rehabilitanta, bo to postać ważna i kluczowa w dalszej
opowieści, który sam właściwie rzadko do nas zaglądał, zaś spotkany zawsze
mówił, że właśnie się wybierał/myślał/już szedł/koniecznie zaczynajmy :D Miszcz!
Lekarka prowadząca jak najbardziej zasługuje na oddzielny akapit. Z początku
mimoza jak już pisałam wczoraj, niespecjalnie mająca ochotę na jakieś
niestandardowe działania jak wykonanie telefonu w celu określenia przybliżonej
godziny badania, które miało być rano, na czczo a jest prawie 13. Jednak w
efekcie końcowym zmuszona byłam odszczekać wiele z moich gorzkich zarzutów. No
po prostu to, że w ostatniej chwili wpadło jej do głowy umówić nas i wysłać na
konsultację do laryngologa uratowało opinię całego oddziału.
Uważam jednak, że ten szpital przede wszystkim gwiazdorzy. Jadą na swojej
opinii najlepszego specjalistycznego ośrodka w kraju i robią za gwiazdy. A
gwiazdy jak wiadomo mają fochy, począwszy od pielęgniarek, które na rodziców
patrzą raczej z góry aż po lekarzy, którzy dosłownie dają popis potrzeby
wywyższenia się.
- Makroskopowo bez zmian - wygłosił młody pan doktor endoskopista.
- Hę? Znaczy, że nie ma ref...
- Tak jak powiedziałem - makroskopowo bez zmian! – uciął, nie dając mi
nawet dokończyć pytania.
- Cokolwiek to znaczy - mówię zdegustowana i zrezygnowana wiedząc, że nie ma
co z bucem dyskutować, poczekam na wypis to se przeczytam.
Rozmowa odbyła się w sali wybudzeń. Młoda była znieczulona ogólnie ale
płyciutko, "na 5-7 minut wyłączę jej świadomość" - tak powiedziała
anestezjolog. Nawet obyło się bez intubacji. Dlaczego więc wyproszono mnie
zanim podano ten wyłączający lek? Gdzie się podziały standardy sprzed lat,
kiedy właśnie w CZD przed badaniem rezonansu magnetycznego usłyszałam, że koniecznie
powinnam być z dzieckiem do momentu zaśnięcia, żeby się czuło bezpiecznie? To
już nie obowiązuje czy może nie obowiązuje przy TAKICH dzieciach? Bo nie
rozumieją (nie mówi znaczy się nie rozumie – stereotyp wiecznie żywy), bo im
wszystko jedno? Komuś by ubyło gdybym zobaczyła jak anestezjolog podaje lek
przez wenflon? Nie, rodzic jest po prostu niepożądany, zbędny, denerwujący jak
wrzód na dupie.
Kiedy Aga dosypiała po badaniu ja gadałam z inną anestezjolog, jakąś chyba
pielęgniarką i panią sprzątającą. Chyba, bo obie oprócz lekarki, która
pilnowała wybudzania tak se siedziały i plotkowały. Nie wiem po co tam były, w
sali gdzie były cztery krzesła, leżanka dla osoby wybudzanej i pulsoksymetr. Mnie
pilnowały? :D
No i tak sobie gadałyśmy a właściwie ja dostałam słowotoku o tych łazienkach, o tym że niestety należy ich omijać szerokim łukiem, że mniejsze szpitale bardziej są skupione na indywidualnym pacjencie i nie mają przerobu jak na taśmie. Bo to prawda. Na Niekłańskiej są kompletnie inne standardy traktowania pacjenta i jego opiekuna również. Tam pielęgniarki nie mają much w nosie i wręcz lubią pogadać z rodzicem bo w takiej atmosferze przyjemniej się pracuje. Lekarz stara się opiekować pacjentem, którego prowadzi, odwiedza go, podpytuje, obserwuje a nie przychodzi na obchód a na każde pytanie odpowiada wzruszeniem ramion i tekstem: proszę cierpliwie czekać. No muszę powiedzieć, że ten młody prowadzący z alergologii, z naszego pierwszego pobytu na Niekłańskiej bardzo wysoko postawił poprzeczkę.
No i tak sobie gadałyśmy a właściwie ja dostałam słowotoku o tych łazienkach, o tym że niestety należy ich omijać szerokim łukiem, że mniejsze szpitale bardziej są skupione na indywidualnym pacjencie i nie mają przerobu jak na taśmie. Bo to prawda. Na Niekłańskiej są kompletnie inne standardy traktowania pacjenta i jego opiekuna również. Tam pielęgniarki nie mają much w nosie i wręcz lubią pogadać z rodzicem bo w takiej atmosferze przyjemniej się pracuje. Lekarz stara się opiekować pacjentem, którego prowadzi, odwiedza go, podpytuje, obserwuje a nie przychodzi na obchód a na każde pytanie odpowiada wzruszeniem ramion i tekstem: proszę cierpliwie czekać. No muszę powiedzieć, że ten młody prowadzący z alergologii, z naszego pierwszego pobytu na Niekłańskiej bardzo wysoko postawił poprzeczkę.
Cierpliwie czekać, acha. Pewnie. Na czczo cierpliwość kończy się koło
godziny 11, o 13 już jest o nią bardzo ciężko. A jak po południu znowu ktoś
przychodzi i z rozbrajającym spokojem mówi, że jutro znowu na czczo bo USG to
się nóż w kieszeni otwiera. Bo przecież nie można zrobić dwóch badań jednego
dnia na czczo, skąd. Proceduralne leżakowanie rulez. NFZ płaci za minimum 3
dni, w których ma się DZIAĆ. A że dziecko musi trochę pogłodować to ojtam,
c'nie? Wielkie mi ajwaj, w końcu to my jesteśmy dla nich a nie oni dla nas.
Młoda głodowała tego dnia do 15 po południu. Bo w pierwszej kolejności na
badanie idą małe dzieci co jest logiczne i bardzo słuszne jednakowoż nikt się tam nie wysila i nie wczytuje w karty - jak
dziewczynka ma 16 lat to jest duża, wszystko rozumie i może pogłodować, prawda.
I tu wracamy do pana rehabilitanta, który akurat był łaskaw oklepywać
Bartusia, naszego współstraceńca kiedy wróciłyśmy na oddział. Opowiadałam
bowiem co tam się dowiedziałam na dole, że tych nieszczęsnych dostosowanych
łazienek nie ma na żadnym oddziale, na co rehabilitant mówi - ALEŻ SĄ!
Zdębiałyśmy - jak to? No są, tylko pielęgniarki zajumały!
Acha... Faktycznie, łazienka obok loży pielęgniarskiej była oznaczona
"Tylko dla personelu" o czym mnie na wstępie poinformowano. Nigdy tam
nie zajrzałam. Nie wiem więc czy facetowi się chlapło czy bredził, jednak nie
wydaje mi się, żeby przy dzisiejszym stanie prawnym było możliwe techniczne
odebranie wyremontowanego oddziału bez dostosowanej łazienki. Jeśli to prawda i
łazienka dla personelu jest dostosowana to jest to niebywały skandal.
No nic. Odetchnęłyśmy chwilę w domu i jutro znowu trzeba się pakować.
Boję się. Boję się przede wszystkim zabiegu, bólu który ze sobą niesie ale
boję się również ponownych kłopotów z salą, toaletą itd. Znowu trzeba się
będzie bić.
„Wojsko” bardzo by się przydało, dziękujemy za wszystkie ciepłe myśli i
trzymanie kciuków i poprosimy o jeszcze trochę. Z góry wielkie dzięki.
Oj, na laryngo nie będziesz sie bić o łazienkę dla rodziców. BO JEJ NIE MA! Na pytanie, jak to tak, usłysząłam, ze trzy dni to chyba można wytrzymać, a jak ktoś już baaaardzo potrzebuje, to poproszą na oddziale sąsiednim, ale woleliby NIE! Dla dzieciaków łazienki małe, jedna na dwie sale, nieprzystosowane dla niepełnosprawnych, czyli tak jak na gastroentero. Leżeliśmy od niedzieli po południu do wtorku, o 7.30 wystawili nas już na korytarz (nie byłam przygotowana na taką porę "wypisu"...) Sale przeszklone.
OdpowiedzUsuńAle siku można gdzieś zrobić czy też przez trzy dni da się wytrzymać?
UsuńToaleta jest, jedna :) W ogóle to bardzo mały oddział.
UsuńTo jest CHORE!!! TVN uwagę im tam wpuścić, albo inne interwencje czy ekspresy reporterów! I niech sprawdzą, zwłaszcza temat zajumanej przez siostrzyczki łazienki!!!
OdpowiedzUsuńŻadne to pocieszenie, ale z łazienkami w warszawskich szpitalach to jest globalny problem. Zaprojektowane są jak dla studentów w akademiku - małe, ciasne i z zimną wodą. To chyba tak, żeby nie zajmowały miejsca. Niekłańska to raczej wyjątek. Na Działdowskiej - na pediatrii - 2 klitki na oddział i bez możliwości kąpania tam niemowlaków, za to woda w środku zimy lodowata. W nagrodę - rodzice mogą skorzystać, jak dzieci śpią. Dla niemowląt niektóre sale mają wanienki, ale nie jest regułą, że trafi się do takiej sali, no i trzeba uprosić stażystkę, żeby wodę ciepłą przyniosła. Na Litewskiej laryngologia - to samo, tyle że woda ciepła, bonus normalnie. Wpakowali mnie z niemowlakiem do sali z przedszkolakami. Mikroskopijna i brudna umywalka - jakoś sobie pani poradzi, na inne sale lepiej nie chodzić, żeby dziecko się nie zaraziło. A i w szpitalach dla dorosłych też nie wesoło - jak po trudnej cesarce zobaczyłam brodzik na wysokości 50cm, bez żadnych uchwytów, które pomogłyby się wdrapać, to myślałam, że się rozpłaczę. Może się kiedyś doczekamy, że w szpitalach będą warunki do opieki a nie tylko lekarze. Powoli się jednak zmienia (naprawdę ta wanna na Niekłańskiej wygląda super). W każdym razie nieustannie podziwiam Ciebie i innych rodziców dużych, niepełnosprawnych dzieci. Naprawdę dokonujecie cudów, kiedy mnie ręce opadają przy kolejnej wizycie w szpitalu z niemowlakiem, który kiedyś pewnie wyzdrowieje.
OdpowiedzUsuńNo to lecim.
OdpowiedzUsuńZ armiom.
Czymcie się, ja ślę co trzeba i komu trzeba.
:***
Trzymam kciuki!!!
OdpowiedzUsuńta wanna niebieska - suuuuper!!! więc da się, tylko nie chce się:((( niektórym (większości??)
Jakie to straszne, jakie straszne!!! Anglicy na fb często zamieszczają różne takie obrazki z podziękowaniami dla pielęgniarek, ze słowami uznania, z deklaracjami doceniania tego, co i jak robią. I ja to rozumiem, bo leżałam w angielskim szpitalu. I zawsze wtedy z przykrością myślę, że o naszych polskich pielęgniarkach nie mogę napisać nic dobrego, NIC. I bardzo to jest smutne.
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki!
Podejście personelu identyczne w Krakowie Prokocimiu ( oh ah toż to klinika Uniwersytetu Jagilellońskiego ) tylko, że jeszcze rodzica traktuje sie jak intruza i ciągle o coś opi..
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za wycinanie migdałków. Oby sprawnie i bez komplikacji.
OdpowiedzUsuńW większości okropne są te polskie szpitale - pod względem warunków i traktowania.
W zeszłym roku w maju leżałam w Bródnowskim. Łazienka katastrofa. Jakieś sczerniałe płyty z dykty zasłaniające nie wiadomo co. Rozwinięty grzyb wszędzie. I oczywiście każdy musi chodzić z własnym papierem. Nie wyobrażam sobie dłuższego leżenia tam. A oddział przyjmuje pacjentki na chemoterapię. Ciekawe, z czym wychodzą z takich warunków. Wstyd.