Najpierw, jak już pisałam, chcieli nas wywalić o 7.30 rano następnego dnia po zabiegu. Obroniłam się. Jak nagle odwaliłam maluteńką histerię, że jak to, prawie nieprzytomnego, rzygającego dzieciaka, który nic nie przełyka chcecie wywalić do domu, to się nagle zainteresowała nami pani ordynator. Od tej pory Młoda dostawała w kroplówkach leki przeciwbólowe co cztery godziny na wyraźne jej polecenie bo przecież to strasznie boli i dziecko nie zacznie jeść jak się nie uśmierzy bólu. No ciekawostka, jeszcze kilka godzin temu musiałam się o te leki prosić, a tu koniecznie co cztery godziny.
Po lekach nastąpiła minimalna poprawa - udało się wypić kilka łyków wody bezzwrotnie, potem parę łyżek wodnistego rosołku na kaszy mannej. Nabrałam odwagi, zaczęłyśmy co moment coś łykać.
I se pomyślałam gdzieś koło 15, że skoro przełamałyśmy lęk przed przełykaniem to może ja sobie w domu poradzę? I tak jestem tu sama, pies z kulawą nogą nie zagląda a jeśli zajrzy to przede wszystkim po to by strzelić focha. Jeszcze na dokładkę przyszła na zmianę taka starsiawa pielęgniarka, która postanowiła zrobić mi test wytrzymałościowy na nerrrrrrwy. Zadała po prostu wszystkie z najgłupszych pytań jakie słyszałam w całym życiu Młodej, przy okazji sypiąc radami jak z rękawa typu: proszę pani czy ona zawsze tak leży na plecach? a dlaczego nie leży na boku (po 5 minutach od romantycznego zapoznania)? czy pani wie, że jak ona tak będzie leżeć to kiedyś dostanie zapalenia płuc?
A dlaczego ona jest tak przykryta? Bo śpi. Ale proszę pani ona zaraz zacznie gorączkować, wie pani? (a próbowałaś kiedyś torbo ze skaju choćby drzemać bez żadnego przykrycia?!)
A dlaczego ona tak szybko oddycha?
A skąd pani wie, że ją boli? (Z KĄTOWNI)
Boże, Bożęko jak ja miałam jej dość.
Ad rem. Pomyślałam, że chyba nerwowo nie wytrzymam, że w środowisku domowym i przyjaznej atmosferze dziecko na pewno błyskawicznie wróci do zdrowia i że bardzo zdrowo będzie się też umyć na ten przykład. Higiena życia - fizycznego i psychicznego - nie do prze ce nie nia.
I argument koronny - nie mamy transportu o 7.30 rano. Mamy transport o 18 z groszami, inaczej nie wyda, więc wychodzimy albo dziś wieczorem albo dopiero jutro wieczorem.
Poszłam do ordynatorki, przemówiłam do rozsądku a raczej udowodniłam, że ja jestem raczej rozsądna i uważam, że damy radę w domowych pieleszach.
Ok, idziemy spojrzeć na pacjentkę, zbadać, wszystko gra ale wyjście do decyzji lekarza dyżurnego, po południu. A po południu, kiedy już byłam spakowana a Ojciec w drodze Młoda zagorączkowała i dupa z wyjścia. A już wizualizowałam sobie kibelek i wannę...
A na noc dostałyśmy towarzystwo w postaci... mężczyzny z synkiem, takim 5-letnim. Doprawdy uroczo... Wybaczyłam mu ten nietakt bo obaj byli niezwykle grzeczni a w rozmowie wyszło, że biega, ale łatwo nie było, z toaletą i w ogóle.
Kolejna noc praktycznie nieprzespana, bo nieswojo tak z obcymi, na dodatek chłopami, Młoda gorączkowała i postanowiła znów nie spać, chłopiec się wybudzał, tata udawał że śpi, pielęgniarka latała z termometrem - no nie szło oka zamknąć.
O 4 gorączka sobie poszła.
O 6.30 poszli faceci, bo to jakieś nocne badanie tylko było.
O 7 pełny korytarz wrzeszczących dzieci bo wypisy prawda.
I znowu zostałyśmy same ze sobą i swoimi wyzwaniami bólowo-jedzeniowo-piciowymi. Jak zobaczyli, że Aga zjadła na śniadanie trochę zmiksowanej zupy mlecznej wyrwanej pazurami z kuchni, to zasada "przeciwbólowe co 4 godziny" przestała obowiązywać. Znowu po prośbie. Gorączka zeszła w nocy to też przestali do nas zaglądać.
O 17 wyszarpałam jakiś wypis od kolejnej sfochowanej lekarki dyżurnej i pożegnaliśmy ten no cóż - mało przyjazny przybytek.
Zdania o Centrum nie zmieniam - gwiazdorstwo i muchy w nosie. Oraz taśma. Oddział otolaryngologiczny to jakaś klinika jednego dnia. Kuriozum. No chyba, że do każdego pacjenta podchodzi się indywidualnie i z empatią czego w tym miejscu nie uświadczysz. Wszystko trzeba sobie wyszarpać.
Zasady na oddziale to chora pozostałość z poprzedniego systemu. Rodzicom nic nie wolno, jeść i pić na oddziale nie wolno, tylko na stołówce. Jednocześnie nie wolno zostawić dziecka samego. Pielęgniarki nie mają czasu zajmować się dziećmi co jasno dają do zrozumienia. Nie wolno też siadać ani tym bardziej leżeć na łóżkach pacjentów. A już na pewno nie wolno skorzystać z ich łazienki.
Jedna zasada jest uzasadniona i logiczna choć kłóci się z innymi zasadami (sic!) - gorące napoje przenosimy wyłącznie w termosach lub kubkach termicznych, szczelnie zamkniętych. Czego tłumaczyć nie trzeba. Wszystkie inne zasady są bzdurne i nie trzymają się kupy. I niech mi nikt nie mówi o jakichś zarazkach czy utrzymaniu toalet w czystości. To się załatwia w inny sposób, tak jak to robią w cywilizowanych krajach, tylko trzeba chcieć. Ale u nas wciąż panuje przekonanie, że zakazy i nakazy załatwią wszystko.
W czwartek musimy tam wrócić na kontrolę. Wiele lat wzdrygiwałam się na widok szpitala na Działdowskiej (dziadowskiej). Przeszło mi. Na Centrum Zdrowia Dziecka mi przeszło.
Brak słów co do CZD.
OdpowiedzUsuńMasakra.
Dobrze, że już jesteście w domu.
Ściskam ciepło:*
Jak to nie można zostawić dziecka??? Ale przecież nie każdy rodzic musi być z dzieckiem na oddziale, z różnych powodów rodzic może zostać sobie gdziekolwiek, ale nie z dzieckiem w szpitalu! A może teraz jest przepis jakiś, że dziecko musi iść do szpitala z rodzicem? Od lat nie mam już dzieci w domu, to może nie jestem na bieżąco z przepisami.
OdpowiedzUsuńA wiesz Eva, że o tym nie pomyślałam :) Ten przepis dotyczy rodziców, którzy z dzieckiem przebywają na oddziale - jak już jesteś to nie odstępuj na krok. Ale przecież pewnie są też takie dzieci, które leżą bez opiekuna...
UsuńMoże czas zacząć delikatnie uświadamiać cwaniakom pracującym na oddziałach, że rodzic robiąc cokolwiek przy dziecku, robi wielką przysługę pielęgniarkom i jest dla nich trudną do przecenienia wyręką? Wiem, to nie jest proste, bo człowiek jednak jest od tych potworów uzależniony i zawsze może być gorzej, ale tak, jak jest, już jest strasznie źle.
UsuńA o tym myślałam kiedy zastanawiałam się czy każą mi płacić za pobyt. Nie kazali, ale widziałam rodziców biegających z żółtymi karteczkami po wypis - to chyba potwierdzenia zapłaty.
UsuńKwota dość niska bo 6,90 za dobę ale na litość boską - gdybym potrafiła założyć wenflon to człowiek zwany pielęgniarką kompletnie nie byłby mi potrzebny i wartość mojej włożonej pracy przerosłaby zużycie wody czy prądu, bo za to się płaci. Potrafię zmienić kroplówkę, potrafię użyć ssaka... Potrafię też temperaturę zmierzyć! Oraz zrobić lewatywę. I to tyle - nic innego pielęgniarka przy Młodej w całej naszej historii szpitalnej nie zrobiła.
Szanuję zawód pielęgniarki - żeby nie było! Szanuję bardzo bo to ciężki kawałek chleba. To co robią pielęgniarki na OIOMach, na różnych oddziałach dla dorosłych - wielki szacun. I jestem ogromnie wdzięczna każdej, która podchodzi do nas w ludzki sposób. Nawet jeśli to ja wykonuję 99% tej roboty przy Młodej. Nie mam pretensji. Ale proszę o odrobinę szacunku bo wydaje mi się, że zasługuję. Każda matka opiekująca się zasługuje. Tyle.
Dokładnie. Bo są i takie matki, że nie chcą, olewają, i nie siedzą. I takie, które siedzieć nie mogą. Ja też szanuję pracę pielęgniarek, ale tylko tych, które wykonują ja, jak należy. Leniwe, cwane krowy wywalałabym na zbity pysk. Lepszy niedobór dobrych pielęgniarek, niż nadmiar byle jakich.
Usuńja pitolę...
OdpowiedzUsuń