sobota, 12 października 2024

hop siup i znowu jesień

Tak rzadko piszę, że jak już zasiądę do tego pisania i czytam dwie ostatnie notki, żeby mniej więcej zorientować się na czym skończyłam, to okazuje się, że olaboga, nie dam rady nadrobić zaległości. Że teraz to mogę jedynie po łebkach, skrótowo a i tak krótko nie będzie. No wiem, wystarczy częściej pisać i nie będzie problemu. Ale po tylu latach blogowania, naprawdę nie mam już zapału... Piszę tylko dla Was, dla tych co tu jeszcze zaglądają, bo wiem, że ktoś tam czeka, ktoś jest ciekawy co u nas. I ktoś mnie pogania :)

Czyli znowu mamy jesień. Rok temu, właśnie w tych dniach byłyśmy w Świnoujściu i tam pląsając po falach cieszyłam się, że cały rok urlopu przede mną. Kurde. Minęło nie wiem kiedy. 

Zima upłynęła nam głównie na włóczeniu się po muzeach, o czym nie wspomniałam ostatnio, bo starałam się skracać. A było naprawdę fajnie. Zwiedziłyśmy Muzeum Historii Żydów Polskich, i Muzeum Historii Polski (jeszcze w powijakach), podziwiałyśmy najsłynniejszych impresjonistów na wystawie multimedialnej (bomba!), i wystawę Arkadia w Narodowym. I akurat w ostatni czwartek wznowiłyśmy naszą edukację kulturalną wystawą Chełmońskiego w Narodowym - kto żyw niech leci i obejrzy, bo tak dużej wystawy jego obrazów jeszcze nie było. 

 
 
Latem w większości bawiłyśmy w naszym domu na wsi. A tam matka zrobiła sobie dwie podwyższone grządki (bo jedną miała już wcześniej, ale to za mało), a przy okazji oszlifowała szlifierką i odmalowała barierki tarasowe (bo już był na to czas najwyższy). A wszystko to pod czujnym okiem Kierowniczki.


 
Podczas naszych rowerowych wycieczek nad Pilicą zapoznałyśmy półdzikie, wolno snujące się stado koni. Niektóre były bardzo zainteresowane Młodą, podchodziły się przywitać, poniuchać i takie tam... Jak cię takie stado koni zaczyna wchłaniać, to nawet nie wiesz w co klepiesz paluchami na telefonie, że zdjęcia wychodzą czarno-białe.




Uratowałyśmy też nietoperza, znalezionego na ziemi w pełnym słońcu.


Na Dzień Matki i Dzień Dziecka kupiłyśmy sobie w prezencie ognisko, i teraz już nie musimy się ze wszystkim znosić i zwozić za dom, bo całość mamy na tarasie. Niedługo na naszym tarasie będzie już cały nasz wszechświat.


Usprawniłyśmy też "Mycie głowy pod jabłonką", tzn przeniosłyśmy się na... taras :))) Albowiem: tadam! mamy nowego pomocnika o wdzięcznym imieniu Dawid. I doprawdy nie wiem jak do tej pory żyłam na wsi bez Dawida. Dawid pomaga nie tylko w myciu głowy oczywiście. Kocham Dawida!


No i co. Oprócz zwykłego gospodarzenia, dużo jeździłyśmy rikszą. Odkryłyśmy w tym roku nowe trasy nad samą Pilicą - przecudowne! Tam spotkałyśmy te konie ale też wielkie stado krów, które opalało się na plaży - serio, wszystkie trzydzieściparę leżało na piachu nad wodą. Tam też rozwijałam swoją nową pasję poszukiwania ptasich piór, odkrywając miejscówkę żerowania bielika. To też temat wart rozwinięcia...



Właśnie - mam nowe hobby! Ptaki obserwuję od jakiegoś czasu, zupełnie amatorsko, choć już coraz więcej o nich wiem i potrafię już wiele z nich rozpoznać po głosie. A w tym roku zaprzyjaźniłam się z lornetką bo marzyłam o niej od dawna. Jednak kiedy w weekend majowy na Suwalszczyźnie znalazłam lotkę bielika - ogromne, ponad półmetrowe pióro - złapałam bakcyla. Mam ogromną frajdę w poszukiwaniu piór szczególnie piór drapieżników, bo te są duże, okazałe i naprawdę piękne. A żeby je znaleźć, trzeba wiedzieć gdzie szukać:) I muszę przyznać, że moja nowa pasja ratuje trochę tę starą - bieganie, ponieważ mam świeżą motywację do zebrania się o świcie z łóżka i wybiegnięcie na łąki. Bo na łąkach o świcie szuka się zjawiskowo!


To akurat myszołów, ale w tym sezonie znalazłam pióra: czapli siwej, lotkę i dwie sterówki bielika, myszołowa, pustułki, żurawia (ach!), bociana, czajki, sójki, dzięcioła zielonego, sowy uszatki i dużo bażantów:) Wiem, kręcicie palcem kółeczka na czole, ale co poradzę jak mnie tak wzięło?

Jestem bardzo wdzięczna za to, że wciąż jakoś się zwlekam z tego łóżka, choć coraz mniej siły i chęci. Znaczy chęci to są ale muszę przyznać, że leń mnie pokonuje. A pokonuje bo po prostu boli mnie biodro i kręgosłup, bo wiem, że jak się złacham to nie ma zmiłuj - nikt mnie na służbie nie zastąpi. Że będę zdychać. A z drugiej strony, jak już się zwlokę, jak polecę na te łąki, jak popatrzę na ten wschód słońca i dech mi zaprze i łzy wyciśnie z oczu, to wiem, że żyję. Że jak zobaczę jelonka we mgle, porysuję sobie kulasy w krzakach i ostach, znajdę dziesiąte pióro myszołowa ale nie tak z przypadku a w miejscu, gdzie wiem, że powinno tam jakieś leżeć, to mi się endorfiny będą z uszu wylewać do końca dnia mimo tego bólu biodra. Gdybym została w łóżku, nie zobaczyłabym tego:
 

A w ogóle to już od półtora miesiąca pracujemy, wiecie? Ale tego nie da się już opowiedzieć obrazkami, więc... następnym razem!

9 komentarzy :

  1. Malujesz obrazy słowami, cudnie!
    Machina domowa się sprawuje?
    Gdzie Aguś, jak Ty w pracy?

    Otworzyłam bloga. Zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dobrze Cie czytac! Jak Wam sie pracuje? mam nadzieje, ze dajecie rade obie i ze Aga sie nie nudzi. Usciski :-)
    novembre

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za update. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. W końcu się odezwałaś!! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaglądam regularnie, od lat. Pasję do ptaków podzielam, od kiedy zamieszkaliśmy na wsi (niedalekich przedmieściach w sumie) to lornetka i atlas ptaków są ciągle w użyciu. :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Super, podziwiam niezmiennie i zawsze czekam na nowy wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja też zawsze bardzo czekam na wieści od Was i cieszę się, gdy czytam, że jest dobrze :)
    Pozdrawiam, równolatka Agi z okolic Wrocławia

    OdpowiedzUsuń
  8. Piekne zdjecia! Dobrze od Was uslyszec. Mam nadzieje ze Agnieszka dobrze sie czuje i dajecie rade z Twoja praca. Pozdrawiam z bardzo deszczowego wiatrakowa

    OdpowiedzUsuń