No niestety. Bujam się z tym problemem już drugi miesiąc. Właściwie zaczynam się przyzwyczajać... Zmarchy mi się porobiły takie, że nie mogę na siebie patrzeć.
Teleporada odbyła się tydzień później, czyli wczoraj, albowiem lekarze okazuje się - też chorują. Dziękuję za wszystkie podpowiedzi, dzięki nim oprócz zleconych badań, zrobiłam też poziom witaminy D. Oraz przeanalizowałam skład farby, którą ostatnio szalałam po domu. Oraz przeanalizowałam wszystkie Wasze sugestie. Mądrzejsza nie jestem, bo nic sensownego nie znalazłam. Oprócz tego stresu, prawda. No nic, jutro idę na prawdziwą wizytę z wynikami badań i zobaczymy.

Ponieważ czuję się dobrze tylko na rowerze i kiedy biegnę, czyli w ruchu, postanowiłam przyjąć wspaniałomyślne zaproszenie mojej nieocenionej Kini i pojechałyśmy do niej na działkę. Na Podlasie. Żebym mogła pobiegać po lesie i owionąć wiatrem te moje oczy ;) Pojechałyśmy w pięć bab i jednego chłopa, jej chłopa, czyli że w sensie męża. Pozwalam sobie na takie śmiałe określenie, albowiem on nas w rozmowie telefonicznej ze swoim kumplem ocenił tak: jestem tu z młodą panną, starą panną, starą wdową, młodą wdową i żoną. I nie dostał po łbie!
Muszę powiedzieć, że nie pamiętam kiedy ostatni raz tak się śmiałam. Śmiałam się całe trzy dni oprócz czasu spędzonego w podróży.
po bieganiu polecam dzierganie, kawkę i ajerkoniaczek :)
Bo w podróży mało mnie szlag nie trafił. W tamtą stronę, po godzinie jazdy, zorientowałam się, że zostawiłam w domu telefon. No matko jedyna no... Toć w telefonie jest połowa życia - jest nawigacja niezbędna do latania po obcym lesie i okolicy, jest aparat fotograficzny niezbędny do uwiecznienia każdego drzewa, kwiatka, krzaczka oraz mojej zarąbistej spódniczki biegowej na tle jeziora, jest fejsbunio i instagramek, jest wreszcie kasa... Bardzo się zdenerwowałam, bardzo. Szczególnie, że opanowały mnie złe myśli, że jeśli zostawiłam telefon w domu, no to trudno - skoro jestem taka pipaparapa, to będę miała odwyk. Ale jeśli go wzięłam i on mi wypadł z kieszeni jak wkładałam Młodą do auta na ten przykład... to już dużo gorzej. Na szczęście czekał na mnie na kanapie.

Moi kochani przyjaciele pocieszali mnie jak mogli, ciągnąc ze mnie kabla jak stąd do Suwałk. Że razem z telefonem na pewno cały domek za mną tęskni. Kibelek posrał się z tęsknoty i kran się popłakał. Tak im się nudziło w tej dziczy. A mieszkaliśmy w ostatnim domu pod lasem, cicho i spokojnie, ptaszki śpiewały całą dobę, dopóki nie przyszedł leśnik z podkaszarką.
Może bym im miała za złe to darcie łacha (przyjaciołom, nie ptaszkom) ale zaopiekowali mnie tak czule, że mogą sobie żartować ile wlezie. Pozwolili mi biegać (codziennie!) i dziergać, zaopatrzyli w telefon, nakarmili pierogami i jajkami poche (albo faberże), rozpalili ognicho, pośpiewali... Było cudownie.
tak mi dziewczynki przyozdobiły talerzyk
Młoda posiedziała na tarasie, pochrapała, pospacerowała. Obiecała, że nie będzie kablować swojej wychowawczyni, co robiła na działce, a w szczególności co się działo wieczorami. Się zobaczy.
Droga powrotna trwała 6 i pół godziny, z czego 1/3 tego czasu toczyliśmy się w Warszawie. Cała Polska wracała z długiego weekendu. No trudno, i tak było warto.
ostatnie bieganie, w kapuśniaczku ale za to w towarzystwie przepięknej tęczy
Jak dobrze mieć przyjaciół:-) Pozdrawiamy ja i Ania.
OdpowiedzUsuńCudni Twoi przyjaciele. Cudnie czytać, że biegałaś i że się śmiałaś. Ściskam mocno baaaardzo :)
OdpowiedzUsuńRewelacja!!
OdpowiedzUsuń