Ferie były standardowe ale się działo trochę i jak zwykle czas mi, khem..., uciekł był. Już opowiadam.
Otóż podróż udała się znakomicie, w obie strony, choć powrót był bardziej nerwowy. Oczywiście nie obyło się bez potknięć i małych zgrzytów ale w ogólnym rozrachunku z czystym sumieniem stawiam ocenę 5 z minusem temu Pendolinu. Minus za permanentną awarię podjazdu, którym miałyśmy swobodnie wjechać z peronu do pociągu szerokimi drzwiami oraz za zachowanie obsługi Warsu. Ale o tem potem.
Podjazd nie zadziałał. Znaczy raz na cztery razy zadziałał to mam przynajmniej pojęcie jak wygląda pełnia szczęścia i luksusu. Pozostałe trzy razy platforma nie odpowiedziała na prośby kluczyka i guziczków.
Ale nic to bo panowie konduktorzy oraz panowie z ochrony dworca, którzy nas zaprowadzili z miejsca spotkań na peron (windą!) sprawnie złapali za wózek z pasażerką i rach-ciach byłyśmy w środku.
A środek to wagon restauracyjny, w którym przeznaczono specjalną przestrzeń i miejsce dla niepełnosprawnych i wyglądał tak:
Tak wyglądał jak już zrobiono nam miejsce. Bo akurat w tym jedynym fajnym miejscu panie i panowie z obsługi Warsa trzymają swoje ciuchy i walizki i są bardzo niezadowoleni, że się ich prosi o jego zwolnienie. Znaczy udostępnienie. Pewnie myśleli, że sobie przycupnę po prostu półdupkiem na jednym siedzeniu i przytulę do kilku eleganckich kurtek widzących w miejscu gdzie na zdjęciu wisi moja. A Młoda też do okna nie musi dojeżdżać nie? Właściwie to co za fanaberie z tym podróżowaniem, foch... No tak to było, sfochowali się na mnie (w obie strony) bo nalegałam na uprzątnięcie miejsca dla nas.
A tak wyglądały emocje. Zdarzyło się to samo co u fryzjera - skakanie z całym wózkiem i już zaczynałam się bać, że zaraz nastąpi wielkie bum w postaci ataku.
Ale szaleństwo jakoś minęło i dalej już podróż przebiegała w normalnym, ustalonym wcześniej planie - relaks.
Spędziłyśmy bardzo fajny tydzień w domu naszych Przyjaciółek, które znamy od 15 lat. Było chwilami leniwie, chwilami pracowicie albowiem Młoda miała okazję spróbować swoich sił na tym sprytnym sprzęcie do sterowania oczami. Taki niepozorny a taki mądry...
Nie będę się w tej chwili rozpisywać na ten temat. Jeśli ja lub ktoś z czytających sądził, że to będzie olśnienie i wielkie łał to nie - uspokójmy emocje. Młoda nie zaczęła nagle opowiadać pełnymi zdaniami o doświadczeniach swojego wczesnego dzieciństwa. Wiemy jedno - żeby zacząć używać tego cuda do komunikacji, trzeba włożyć mnóstwo pracy w naukę. Dla mnie było to wyzwanie (bolą oczy!) a co dopiero dla osoby, która przez całe swoje życie nie miała takich doświadczeń. Wyzwanie.
Matka oczywiście usiłowała biegać, prawda. Usiłowałam bo 6 rano to nie jest moja ulubiona pora do biegania, szczególnie w zimie i jak mówię, że w ZIMIE, to wiem co mówię. Na dodatek oczywiście ta mała złośliwa zołza zamiast spać o tej chorej godzinie robiła sobie śmichy chichy. Bo to strasznie śmieszne jest jak się śpi z matką. A jak się jeszcze uda strzelić jej fangę prosto w nos to już w ogóle ubaw po pachy. Na dodatek bezkarnie bo matka, choć z obolałym nosem, to się głupia cieszy, że dziecko wykonało zaplanowany ruch! Zwariować można.
Dwa razy się udało zwlec i pobiec. Raz się udało nie zgubić więc jest 50% sukcesu. I jaka szajba zimowa, hej!
A w ogóle to już mówiłam, że znamy się od wielu lat. I tak mnie naszło na wspomnienia, że wyciągnęłam stare albumy i porobiłam zdjęcia zdjęciom. Łezka się w oku kręci.
Na zdjęciach trzy koleżanki - najstarsza brunetka Dominika vel Miśka obecnie lat 23; blond piękność Gabrysia vel Gabka lat 19 no i gówniara Agnieszka lat niespełna 18, pff.
Z Gabrysią znamy się najdłużej i poznałyśmy się w Toruniu, w naszej Fundacji "Daj Szansę", gdzie przyjeżdżaliśmy po kolejne programy terapeutyczno-rehabilitacyjne oparte na metodzie Domana. Gabka była właściwie pierwszą dziewczynką z zespołem Retta, którą poznałam. Zdjęcie poniżej jest właśnie z naszego pierwszego spotkania, byłam zafascynowana trzymając na kolanach dwie obce a tak podobne do siebie małe dziewczynki. Gabrysia zachowywała się identycznie jak moja Aga i to chyba widać jak bardzo się w nią wlepiałam.
A z Miśką poznałyśmy się rok później, na naszym pierwszym turnusie, z którego zdjęcie powyżej. Obie panny chodzą do tej pory - Miśka samodzielnie, Gabka z asekuracją ale wciąż dobrze sobie radzi. Moja bździągwa nie ma z nimi szans bo nigdy nie chodziła...
Za to mam wrażenie, że jest bardzo obecna - słucha, obserwuje i uczestniczy w tym co się dzieje bez potrzeby odpoczynku. Dziewczyny w trakcie naszego trwającego kilka godzin spotkania poszły z pięć razy spać (w sensie pokładały się do drzemki) a Aga była cały czas uczestnikiem. No nie powiem, że aktywnym bo za cholerę nie chce mówić ale cały czas obecna.
Pewnie nie wiecie o co mi do diabła chodzi ale ojtam, już ja wiem. I muszę za coś pochwalić moje dzielne dziewczę.
Tymczasem się żegnam. Idę opłakiwać i okładać lodem swoją znowu lekko skręconą kostkę, która mnie boli i nie mogę wziąć udziału w niedzielnym półmaratonie Wiązowskim. Nie nie nie, nie kiwajcie głowami i nie mówcie żeby kózka itd. Wcale nie skręciłam sobie nogi biegnąc. Skręciłam sobie dziś rano idąc do pracy niezbyt żwawo bo piątek o 8 to nie jest radosna i żwawa pora. Na dziurze w chodniku se skręciłam. No.





Któregoś razu zapytałam moją mamę, czego jej brakuje najbardziej, jak wraca ze Szwajcarii do Polski. Odpowiedziała: równych chodników. żebym mogła patrzeć przed siebie a nie pod nogi.
OdpowiedzUsuńLudzie to majo marzenia, no ;/
pozdrowienia
novembre
Ach jak ja to rozumiem! Jak ja wracałam ze Szwajcarii 25 lat temu miałam te same marzenia, no może dotyczyły bardziej dziur w drogach szybkiego ruchu bo w drodze powrotnej za polską granicą spać się nie dało :)))
UsuńGrunt MOA że ferie znowu z zapasem do następnych cudnych! Jak ją tesknie za Wami, ale wiem, że to prawie awykonalne!
OdpowiedzUsuńBardzo mi się marzy morze, strasznie dawno nie byłyśmy. A jak wreszcie pojedziemy to się musimy spotkać na bank! Cmok! :*
UsuńBuziaki MOA oraz pozdrówki - dla Cię, dla Agi oraz dla Ojca.
OdpowiedzUsuń:***
Dziękuję, wzajemnie ☺
UsuńFajne takie branżowe znajomości, zazdroszczę :)
OdpowiedzUsuńA może dałoby się podać kogoś do sądu;)? I jakieś odszkodowanie za niemożność w wystartowaniu otrzymać?
Aż tak mi się nie nudzi :))))
UsuńCzyli piękne ferie miałyście i Aga, jak rozumiem, bez bólu i bez ataków! Super! :)
OdpowiedzUsuńFerie naprawdę super ale bez bólu się nie obyło. Zaczął się perfidnie tuż przed wyjazdem z domu na pociąg powrotny. Także adrenalina mnie trzymała w pionie. Na szczęście jeszcze przed odjazdem udało się opanować sytuację.
UsuńFerie naprawdę super ale bez bólu się nie obyło. Zaczął się perfidnie tuż przed wyjazdem z domu na pociąg powrotny. Także adrenalina mnie trzymała w pionie. Na szczęście jeszcze przed odjazdem udało się opanować sytuację.
UsuńŚciskam Was serdecznie! A kostce nakazuję zdrowieć!
OdpowiedzUsuń