Osz kurde, nie wyrobiłam się w marcu. No nie wyrobiłam się. Bo i w marcu nic specjalnego się nie zadziało. No może oprócz akcji pod pseudonimem "szczęśliwy indyk".
Ojciec bardzo polubił myśl, że jak pójdzie na pobliski bazar to tam na pewno nabędzie jakiś zdrowy drób. Taki ekologiczny, błogo błądzący po wolnym wybiegu, nie skażony hormonami - słowem zdrowy do spożycia. No i dość szybko znalazł dwóch panów na wspomnianym bazarze, którzy oferowali po okazyjnej cenie indyka, który spełniał jego wymagania. Za 50 zeta, w całości tylko bez pazurków i łba oczywiście. I nabył.
Nawet ze trzy razy nabył i przywlókł był tę padlinę do domu, rozporcjowywał, z części przyrządzał z namaszczeniem pyszną pożywną zupę, a część zamrażał.
Bardzo byłam dumna z Ojca, niemal tak samo jak on sam z siebie. Bo jak wracałam w niedzielne popołudnie z długiego wybiegania (taki trening 20+) to Ojciec mi tę zupę gorącą serwował i tylko z uśmiechem patrzył jak mlaskam.
A potem przyszła błogosławiona Danuta. I pochwaliłam Ojca za ekologiczną zupę z ekologicznego indyka a on sam dodał, że te indyki to są tak bardzo ekologiczne i szczęśliwe, że nawet nie mają szabel w udkach. Wiecie o co chodzi c'nie? Takie upierdliwe łykowate coś w dolnej części ud zwanej dżojstikiem.
I w tym momencie Danuta się zadumała... Indyk bez szabel? No way!
Poszła więc kolejnej soboty na bazar, znalazła handlarzy ekologicznym drobiem i zaczęła zadawać podchwytliwe khem... pytania i wnet się okazało, że ten indyk to bardziej kogut wyrośnięty jest. I w sumie nie byłoby krzywdy gdyby nie to, że skoro taki byk to raczej nie ekologiczny... Panowie nawet nie dyskutowali ze starszą, dziarską i bojowo nastawioną panią. Indyka nie bronili bo generalnie chyba nawet nie wiedzieli jak. Ot, trafił im się w mieście chowany Ojciec, który łyknął koguta jako indyka. Nie pierwszy łoś i nie ostatni...
Zdemaskowany indyk
A Młoda pomyślała sobie, że może warto trochę urozmaicić święta Wielkanocne i zapodała zapalenie płuc. A co się będzie rozdrabniać. Już w sobotę zaczęła kasłać, wieczorem gorączkować a w niedzielę to już leżała przy stole. Dosłownie, na kanapie, jak królowa. Dobrze, że akurat święta u nas to zostaliśmy w domu, prawda.
A że gorączki nie dało się za bardzo zbić i zatrzymała się na 39 to zdecydowaliśmy, że trzeba do jakiego białego fartucha się udać. Ojciec koło 18 odwiózł gości do domów i miał się zorientować czy nasza pobliska nocna opieka lekarska to działa czy to tylko kit. No działa ale w budynku z remontem i Ojciec szybko stwierdził, że nie bardzo jest jak dojechać wózkiem. Zaczął więc molestować lekarza o wizytę domową na co lekarz - młody fartuch, bardzo młody - że nie może jechac bo zostawi całą dzielnicę bez opieki itd. Na szczęście argument z rusztowaniami i brakiem dostępu jakoś go przekonał i dał się łaskawie zaprosić do samochodu.
I muszę mu oddać, że przejęty, zaangażowany, trochę wystraszony bo nie pediatra a tu na dodatek "trudny pacjent", nawet do koleżanki zadzwonił (niedziela świąteczna!) bo nie mógł sobie poradzić z dawką antybiotyku ale niestety nawet we dwoje nie dali rady bo okazało się, że wydumali dawkę jak dla kota...
- Jakby nie było poprawy do rana to trzeba do szpitala - rzekł był patrząc mi wyczekująco w oczy.
- Nie przestraszy mnie pan, spoko - odpowiadam z uśmiechem. Pff, szpital, wielkie mecyje. Po zeszłym roku taka wiadomość nie robi na mnie żadnego wrażenia.
Ciastem nie chciał się poczęstować, stwierdził też, że musi wrócić do biegania. Acha. Pewnie zarejestrował moje medale wiszące na ścianie :D
A we wtorek musiałyśmy zweryfikować jego diagnozę u naszej pani doktor bo poprawa była marna. W tym celu zwlekłyśmy się na deszcz i słotę, przy czym że deszcz to się zorientowałam dopiero na dole klatki schodowej. To musiałam wrócić po daszek do wózka. Młoda została na dole w wiatrołapie. Potem dziarskim krokiem ruszyłam ale w połowie drogi (jakieś 500 metrów) ponownie zorientowałam się, że nie pamiętam nazwy przepisanego antybiotyku. Informacja jakby kluczowa... więc zawróciłam i biegiem ruszyłam z powrotem do wiatrołapu. Młoda została na dole ja poleciałam na górę po antybiotyk. Następnie znów ruszyłyśmy w deszczu biegiem bo nam się czas skurczył... Na miejscu nie byłam pewna czy jestem mokra bardziej z zewnątrz czy od wewnątrz. Swoją drogą jeśli ktoś obserwował okolicę z okna to miał zagwozdkę.
I co Wam jeszcze powiem. Siedzimy w domu. Kisimy się. Młoda jak zwykle słabo wychodzi z infekcji z przyczyn obiektywnych. Ja nie mogę biegać z przyczyn... chyba też obiektywnych pt. STAROŚĆ. I doprowadza mnie to do histerii. Ale to już inna opowieść.
W mordę misia wrażeń a wrażeń...
OdpowiedzUsuńMoje WYRAZY.
A z tom starościom to weeeeź, nooo...
Względem mię jesteś szczyl, no co ja poradzę, no coooo??? :)
I w związku, żeś szczyl to zazdrośnie powrotu do biegania życzę.
Zazdrośnie, ale szczerze!
Jako i ja własnego powrotu do narciarskich zjazdów oczekuję (nie mogę z przyczyn... hmmmm... subiektywnych!)
Czymaj się, Dorcia.
Zawsze o Tobie, o Was ciepło, sercem i z modlitwą.
Jako i o mię uprzejmie proszę.
:***
I wzajemnie! :*
Usuńps. nosz kurde jak w biodrze strzyka, w kolanie strzyka, tu pęknie kosteczka a tam się skręci to się zaczynam zastanawiać czy to aby już nie starość... Chyba, że okropny niefart mam.
Z tym kogutem, to buahahahaha;) Ja tak kaczkę kupowałam (zdrową taką ze wsi:P) i zostałam wyśmiana prze męża, który ją przygotowywał, że starość tej kaczce już dawnooo nastała;))) Zdrowia życzę całej rodzinie :)))
OdpowiedzUsuńNie uwierzysz - nastała era królika :)))))
UsuńMam nadzieję, że królik jest królikiem, a nie kotem ;) ;)
Usuńteż mi to przeszło przez myśl :D
Usuń