O, wyrobiłam się jeszcze w kwietniu, super. Ale przyszłam tu tylko pomarudzić, bo jak wspomniałam w poprzedniej notce odrobinę histeryzuję z powodu niebiegania.
Aczkolwiek udało mi się jednak trochę pobiegać. Mianowicie mimo całkowitego braku treningów przeszurałam sobie w zeszły weekend półmaraton w Poznaniu. Bo nie darowałabym sobie gdybym nie spróbowała tego zrobić. Dla Poznania odpuściłam dwa wcześniejsze starty aby wyleczyć coś co mi pykło (albo pękło?) w stopie. Postawiłam wszystko na jedną kartę - moim treningiem do tego półmaratonu była czysta 28-dniowa regeneracja. I udało się ale nie pytajcie jakie miałam potem zakwasy.
Ale powinnam zacząć od tego, że dzięki przerwie w bieganiu zrealizowałam cel, który założyłam sobie już dwa lata temu. Zapisałam się i ukończyłam dwutygodniowy kurs wprowadzający do CrossFitu. Wreszcie wszystkie rany cięte mi się zagoiły, od operacji minęło już siedem miesięcy więc mogę wreszcie bezpiecznie ćwiczyć. Chyba. No tak czy siak zostałam "miszczem" crossfitu, jak mawia moja koleżanka Kasia, która miszczem crossfitu została kilka miesięcy temu.
W związku z tym oświadczam, że nie mam teraz czasu na pracę zawodową, która mi bardzo koliduje z moim bogatym życiem sportowym. I tak już teraz nie wiem kiedy latać a kiedy crossfitować a tu trzeba jeszcze pracować. Irytujące.
Tak wygląda miejsce w którym uwielbiam się teraz upadlać.
A wracając do Poznania. Uwielbiam tam bywać. Wyjazd na weekend do Poznania, a właściwie wyjazd do Kasi, ładuje mi akumulatory na długi czas. Poznań jest fajny ale gdyby Kasia mieszkała w Pacieluchach Górnych to pokochałabym je tak samo jak Poznań. Bo z Kasią mam wspólny kosmos - sport. To jedyna osoba oprócz Ojca, która nie puka się w głowę i nie przewraca oczami na wzmiankę o moim sportowym zamiłowaniu. Tak samo zryte berety.
Pięknie było...
Jestem szczęśliwa, że moja stopa wytrzymała, że mogę znowu biegać choć nie bardzo wiem jak teraz rozplanować czas, mój bardzo ograniczony czas, i podzielić go między crossfit a bieganie. Bo crossfit skradł moje serce niewątpliwie. Chyba muszę przejść na jakąś emeryturę.
A dziś byłam po odbiór pakietu startowego na Orlen Warsaw Marathon, który startuje jutro. Zapisałam się na swój debiut maratoński w sekrecie kilka miesięcy temu i sumiennie realizowałam dość wymagający plan treningowy z niemałą przyjemnością i satysfakcją do czasu, aż w połowie marca idąc rano do pracy wpadłam w dziurę w chodniku i prawie skręciłam nogę. Tę samą co zwykle. Czy ja nie mówiłam, że praca mi nie służy? Wzdech... I koniec treningów. I żegnaj maratonie. Ale nie na zawsze, o nie. Przyjdzie taki dzień, że dumnie założę maratoński numer startowy i przelecę te śmieszne 42 kilometry, pfff.
A póki co jutro założę maratońską koszulkę i pokibicuję szczęśliwcom, którzy polecą w siną dal.
Obiecuję, że następny odcinek w całości będzie poświęcony Młodej :)



serduszko Ci wysyłam i moc dobrych fluidów bo podobno mam moc i że jestem jako ta atletka oraz Matka Teresa ;) (wg mnie jestem słabeuszem, ale czy Ty w ogóle zapomniałas drogi do mojego bloga?)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, ściskam i całuskam :*
Na bieganiu to sie znam jak kaczka na pieprzu, ale nie uszlo mej uwadze, zes Matko odziezowo szalenie stajlowa w tych maratonach! Ludzkosc tam w workach na smieci biega, a tobie peciny plona i tygrysie cetki widac!
OdpowiedzUsuńA za zaparcie (no, w znaczeniu, ze tak wstaje rano i biega!) to szacun i niskie poklony!
No to się wzruszyłam :) Zapraszam do Poznania, kiedy tylko będziesz mogła :) I z całą rodzinką też zapraszam.
OdpowiedzUsuńMówił miszcz do miszcza :)
Miszcz czego ?
Krosfitu :)
Tobie cukrzyca ani inne takie nie grożą, to pewne ;) A ja się nie ruszam, nie biegam, nie skaczę, i doopa zbita, jestem coraz bardziej zasiedziała i stetryczała :/
OdpowiedzUsuńA ja jak Eva, niech mnie ktoś w d... kopnie, bo się zastałam w marazmie :(
OdpowiedzUsuńPodziwiam, podziwiam, ja się nie mogę zebrać do spacerowania...
OdpowiedzUsuńZaraz 3 miesiące stukną, a tu nadal wariactwa matki, co gorsza wciąż te same :P ;) Olaboga, co się dzieje?!
OdpowiedzUsuń