W piątek były 23-cie urodziny Agnieszki. Dzień wcześniej zrobiłam ciacho urodzinowe, choć nie spodziewałam się gości. Mój brat jest zajęty wyłącznie sobą i głowę dam, że nie pamięta kiedy są urodziny jego jedynej chrześnicy. Chrzestna za to pamięta zawsze i zawsze przynajmniej dzwoni (i gada z Młodą! znaczy do niej - a to nie jest takie łatwe gadać przez telefon do kogoś, kto nie odpowie ani jednym słowem - szacun). Tym razem przyjechać nie mogła.
Ale czemu nie miałybyśmy same zasiąść do świętowania? Okazało się jednak, że same nie będziemy bo przyleciała nasza niezawodna Kinia. Jestem jej bardzo wdzięczna, bo jakoś bardzo tak odczułam w tym roku, w tym dniu, że jesteśmy po prostu samotne. Mimo wszystko. Mamy mnóstwo cudownych znajomych i osób, które nam kibicują z daleka i z bliska, ale tak na codzień... to mamy tylko siebie. Taka prawda.
Zapaliłyśmy więc sztuczne ognie w miejsce świeczek - nie umiemy dmuchać, to co się będziemy wygłupiać, zjadłyśmy po kawałku ciasta i było bardzo miło.
A teraz jesteśmy na Banderozie. Znowu same. Jakoś mnie to uczucie samotności ostatnio dopada, choć na wakacjach to nic nowego - zawsze wszędzie jeździmy same. Ale teraz to co innego. Nie ma Mamy, która wiedziała wszystko - co gdzie jest i do czego służy, jak odpalić kosiarkę, jak odkręcić główny zawór wody, czy mamy piłę?? Gdzie jest pompa do szamba i te takie tabletki co to robią z niego zieloną wodę. Który to kwiat, a który chwast w ogródku...
Błogosławiona Danuta już nie słucha Radia Maryja w swoim pokoiku. I nie zrobi kaszy manny na śniadanko dla Młodej.
Ogrom pracy mnie przerasta. Powoli wdrażam się w to wiejskie życie, które bardzo lubię i sprawia mi coraz więcej frajdy, ale jest tyle rzeczy do zrobienia... Tyle do nauczenia... I to wszystko w tak zwanym międzyczasie, bo moim głównym obowiązkiem jest wciąż jednak dbanie o Agę. Czyli przygotowanie czterech posiłków dziennie, nakarmienie, napojenie, toaleta, zapewnienie jakiejś rozrywki w postaci spaceru, jazdy na rowerze, książki. Trzeba też samemu coś zjeść a po posiłkach trzeba pozmywać. Rano i wieczorem trzeba ją i się wyrychtować - przewinąć, ubrać, rozebrać. Jakaś kąpiel by się zdała...

z
No i mamy klęskę urodzaju - wiśnie obrodziły cudownie, odkryłam też, że mam jakieś zatrzęsienie jeżyn... W życiu tutaj, na tych piaskach, tylu jeżyn nie widziałam! Robię więc soki, sokownikiem. Ale żeby robić soki, trza ten owoc zerwać.
Wszystko to kosztuje czas.
Dlatego na bieganie czas mam wyłącznie o 6 rano. Głównie dlatego, że o tej porze Młoda jeszcze śpi. Znaczy - dla ścisłości - znowu śpi, bo ona się budzi około 4. Mimo, że przeciągam ją wieczorem ile wlezie, czyli do 22 max.
Latam więc o poranku, choć kondycyjnie jestem w czarnej dupie. Mało w ostatnim roku miałam czasu na bieganie, to i kondycja poszła precz. Ale biorę to na spokój - robię co mogę, nie spinam się, latam dla przyjemności. Może kiedyś jeszcze będę biegać długie dystanse, a może nie. Wezmę co Bóg da. Póki co jestem wdzięczna za to, że w ogóle mam możliwość pobiegać, i to w tak cudownych okolicznościach przyrody. Bo w lesie o 6 rano jest po prostu magicznie...
I co jeszcze. Zamówiłam 10 kg ogórków i mam silne postanowienie zrobić korniszony.
Aktywny wypoczynek znaczy. A co u Was?
U mnie remont kuchni! Oż ....!
OdpowiedzUsuńZazdroszczę tych wiśni. Ja będę musiała kupić, żeby Ani zrobić dżemy, które tak uwielbia. Ogórki dopiero kwitną na działce. Obrodził winogron. Czyli wakacje pod hasłem "przetwory". Pozdrawiamy ze Sz-na.
OdpowiedzUsuńNajlepsze życzenia dla Agnieszki. Pozdrawiam Was serdecznie.
OdpowiedzUsuńWszzystkiego dobrego dla jubilatki! I dla Ciebie również :) Ja jestem pomiędzy dwom a tegorocznym weselami, na razie w pracy, ale plany są. Nie jakieś ogromne, ale są. Przyjedzie szwagier z Chicago, trochę się rozerwiemmy. We wrześniu kilka dni na barce na Mazurach. I to wszystko. A w domu i zagrodzie to prawda - roboty huk, cały czas.
OdpowiedzUsuńO! Mam takiego samego brata ;) Jest chrzestnym Starszej i ma ją głęboko w ... no ;) Chrzestna była ciut lepsza, pamiętała do 18tki, potem znikła ;)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że tak daleko mieszkacie, wpadłybyśmy poświętować i nie tylko...
A u nas remont, a nawet REMONT... masakra, mieszkamy w bibliotece chyba, od 3 dni próbujemy znieść książki i ciągle tony czekają, muszę to chyba sensownie poprzeglądać, bo zdrowo przegięłam w ilościach :)
Napisz, kochana, co u Was słychać, bo się stęskniłam...
OdpowiedzUsuńHej, hej!! CO u Was??
OdpowiedzUsuń