W poniedziałek jeszcze z nią zamieniłam parę słów. Prosiłam - mamo, przenieś się do mnie, jesteśmy same, nie będziesz się czuła skrępowana a ja będę mogła cię doglądać, pomóc, pogadamy sobie... Nie, nie chciała, "jeszcze nie".
Jeszcze przeszła z pokoju do pokoju, korzystała z toalety. Tylko już podpisać się nie mogła. Siedziała nad kartką, gdzie wypisałam upoważnienie do odbioru wyników TK i patrzyła bezradnie. W 20 minut napisała - Danununuta... Mówiłam - mamo, teraz "t", napisz "a"... Nie mogła. Nie wiedziała jak.
We wtorek rano znalazłam ją na podłodze w przedpokoju. Pozapalane wszystkie światła, czyli upadła wieczorem.
I już nie było rozmowy. Ani dyskusji - biorę ją do siebie.
Wezwaliśmy z bratem pogotowie, które podało jakąś kroplówkę i tyle... Stan hospicyjny, orzekli. Do szpitala nie ma co brać, bo nawet jak trafi na którąś izbę przyjęć to podadzą kolejne kroplówki i wypuszczą do domu. Takie czasy.
I zostaliśmy sami. Zamówiliśmy transport medyczny, oczywiście prywatnie, bo jak tu mamę znieść z tego czwartego piętra, kiedy zupełnie nie dawałam rady nawet jej ubrać. Zrobiła się lejąca, bezwładna.
Kiedy już leżała na mojej kanapie w salonie, poczułam spokój. Mam ją przy sobie i jakoś to będzie.
Nagle mam pod opieką dwie dziewczyny, zupełnie zależne ode mnie. Nie do wiary.
Wszystko się tak niewiarygodnie dobrze poukładało. W poniedziałek wieczorem dostałam wiadomość, że ktoś od nas z pracy zachorował i przechodzimy na pracę zdalną do końca tygodnia. Mogłam więc nie martwić się, że muszę iść do roboty, mogłam zająć się mamą. We wtorek pojechaliśmy do mamy razem z bratem, też przypadek. Nie byłam więc sama, razem zebraliśmy ją z tej podłogi i razem załatwialiśmy transport i różne inne sprawy. Aga jeździ do szkoły, mam więc całe dnie dla mamy, taki czas tylko dla niej i dla mnie. No i jest moja Przyjaciółka, bez której byłoby mi bardzo, bardzo ciężko, która chyba powinna do kompletu tu z nami zamieszkać, to nie latałaby między dwoma domami jak kot z pęcherzem. Bardzo mi pomaga i jest na każde wezwanie a nawet bez wezwania. Ona po prostu wie.
Mam więc moją mamę na kanapie. Bez kontaktu, w pampersie. Rano najpierw obrabiam młodszą, wyprawiam do szkoły, a potem starszą z pomocą Przyjaciółki. Jak myślałam, że jestem fachura w zmienianiu pampersów to życie mnie szybciutko nauczyło pokory - nie jestem, nawet 22 lata doświadczeń nie przygotują do sprawnej obsługi starszej, lejącej osoby, której ciało jest jak ciasto.
Do poniedziałku włącznie pracuję zdalnie, więc trwam tu, na posterunku. A potem... Zobaczymy potem.
W środę mam egzamin w kuratorium, na nauczyciela dyplomowanego. No nie wiem - pojadę, nie pojadę, zobaczę pewnie w środę. Żyję chwilą, tym co tu i teraz.
Westchnijcie za Błogosławioną Danutą, proszę. Oby się długo nie męczyła i spokojnie odeszła tam gdzie chciała - do Pana Boga.
moa... trzymaj się, dziewczyno. kiepsko wzdycham, ale łzy moje mówią "niech Jej lekko będzie". pampersy i bezwład znam, przerabiałam już 2x. trzeci był za krótki na.
OdpowiedzUsuńjesteś wielka i to Ty zawsze dajesz mi siłę!
Przytulam.
OdpowiedzUsuńJest jakiś niezwykły spokój w Twoich słowach... Bardzo Ci życzę, żeby było go jak najwięcej w Twojej głowie i w sercu. I wokół Ciebie.Wzdycham najserdeczniej.
OdpowiedzUsuńTeżCórkaDanuty
Przytulam mocno i mysle o Twojej mamie. Tydzien temu odeszla moja ukochana Ciocia a ja przez ten zasmierdly Covid nie moglam poleciec do Polski sie z nia pozegnac... 2020 nas testuje ale jeszcze chwila i sie skonczy. w kocu nawet najdluzsza zmija mija. Sciskam was bardzo z morcznego Wiatrakowa!
OdpowiedzUsuńTrudno znaleźć jakieś mądre słowa... dużo siły dla Ciebie Dorotko!
OdpowiedzUsuńTrzymaj się...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam gorąco i przytulam Danutę.
Też Danuta
Jestes wspaniala. Mamie niech pan Bog da co dla niej najlepsze. Dobrze ze chociaz ze Agnieszka zdrowa. Pozdrawiam,
OdpowiedzUsuńGrazyna1
dużo siły dla Was.
OdpowiedzUsuńBardzo trudny czas, zycze spokoju ducha.
OdpowiedzUsuńNie_ty