Jesteśmy po wizycie u dr Zwolińskiego. Bardzo się bałam tej wizyty, bo jak coś kosztuje pięć stów to i bardzo chciałoby się nie rozczarować... Dotarły też do mnie różne opinie, w większości dobre, ale były też i słabe. No więc się bałam, ale głównie tego, że znowu się zawiodę i moja psycha tego już nie podźwignie.
W największym skrócie - ja jestem zachwycona i na dzień dzisiejszy nie żałuję ani jednej z pięciuset złotówek, które zapłaciłam za tę wizytę. Była to najlepsza wizyta lekarska na jakiej byłam w naszej niemal dwudziestoletniej karierze.
Po pierwsze bardzo rzeczowo, konkretnie ale i z uwagą. To co mnie ujęło: ani przez chwilę nie poczułam się zignorowana. Wręcz odwrotnie - byłam tam równym partnerem w rozmowie a moje spostrzeżenia i uwagi nie spotkały się z pobłażającym uśmieszkiem pt. "tak, tak, wiadomo - przewrażliwiona matka a ja wiem swoje". Nikt mnie też nie ustawiał w pozycji ukłonów.
I najważniejsze - dr Zwoliński nie pokłonił się Rettowi. Nie powiedział, że nic się nie da zrobić, że wie pani - to genetyka-sryka, padaka-sraka. Podjął wyzwanie bez mrugnięcia okiem - jest robota do zrobienia. I nie poszedł na łatwiznę - dać lek z grubej rury, spacyfikować, posadzić warzywo na kanapie i mieć odfajkowane. Bo przesz i tak nie mówi, jest kompletnie bezproduktywne, to niech choć nie sprawia problemów.
Dr Zwoliński, po obejrzeniu filmików, po wysłuchaniu historii naszego leczenia padaki i po ostatnich perypetiach zakończonych jazdą karetką pogotowia do szpitala, od razu stwierdził - a co w szpitalu powiedzą? że to padaczka i nic więcej!
I tak właśnie przecież było. W szpitalu, choć nie powiedziano mi tego wprost a za pomocą szerokiej gamy min i uśmieszków, nikt mi nie uwierzył że to jest ból. Dwie utytułowane neurolożki stwierdziły, że to mioklonie a trzecia, jeszcze bardziej utytułowana (znana jako specjalista od Retta!) dorzuciła do tego jeszcze "typowe dla zespołu Retta stereotypie i autostymulacje". Zaleciły leki z grupy benzodiazepin, bardzo ciężki kaliber, które owszem - są potrzebne - ale nie na samym początku drogi bez rzetelnej diagnozy!
Ja się z diagnozą mioklonii nie pogodziłam. Uznałam co prawda, że być może jest tu podłoże neurologiczne bo na to wskazuje logika, ale do cholery... wiem kiedy moje dziecko cierpi! To jest, to musi być ból albo ja straciłam zdolność oceny samopoczucia własnego dziecka. Nie jestem w stanie przyjąć, że kiedy Aga płacze, jęczy i się wije, nie odczuwa bólu tylko ma mimowolne, neurologiczne odruchy. Nawet jeśli to brzmi niedorzecznie i wszystkie wyniki badań są książkowe. Poza wszystkim - ona miewała mioklonie po atakach i ja wiem doskonale jak one wyglądają. To nie to samo i basta.
Dr Zwoliński sądzi, że to mogą być bóle neuropatyczne. Sądzi, bo pewności mieć nie może, ale jest to najbliższy memu rozumowi pomysł na to, co się dzieje z Agą. To jest ból.
Zaproponował nam zmianę leczenia padaki. Żadnych Clonazepamów ("to jest tak, jakby komuś z bólem głowy zaproponować morfinę - można, ale po co aż tak?" - jego słowa). Wywalamy jeden z leków, który bierzemy obecnie (i to ten od wieków podstawowy...) i wprowadzamy zupełnie nowy, który ma działać i na bóle neuropatyczne i na padakę.
Skrzywił się na nasze dotychczasowe leczenie, chyba uznał je za zbyt zachowawcze. I ma rację, bo nasza neurolog bała się mieszać, żeby nie pogorszyć sytuacji. Ja też się bałam i się na to godziłam... Ale teraz chętnie oddam się w silne męskie ręce i głowę, która ma pomysł i chce jej się porzeźbić w tym gównie...
Skrzywił się na nasze dotychczasowe leczenie, chyba uznał je za zbyt zachowawcze. I ma rację, bo nasza neurolog bała się mieszać, żeby nie pogorszyć sytuacji. Ja też się bałam i się na to godziłam... Ale teraz chętnie oddam się w silne męskie ręce i głowę, która ma pomysł i chce jej się porzeźbić w tym gównie...
Jestem strasznie nabuzowana pozytywnymi odczuciami. Facet jest bardzo konkretny, GADAŁ MOIMI MYŚLAMI i pewnie dlatego od razu wzbudził moje zaufanie. Powiedział, że on widzi co najmniej 10 leków, które mógłby wypróbować u Agi. Ale też ostrzegł, że wiadomo - to jest Rett, że najpewniej będą dwa kroki do przodu, potem 3 do tyłu, kilka do przodu itd... Ale chce spróbować, nie boi się, ma pomysł.
Chce też zrobić rezonans głowy, bo nie wiadomo co tam się tak naprawdę dzieje.
I tyle. Żadnych innych badań. Jesteśmy w kontakcie telefonicznym i mailowym (co za miła odmiana!), rozpisał nam wprowadzanie tego leku, policzył dni i powiedział, że będą dzwonić do nas 2 lutego i pytać jak nam idzie. A jakby (tfu tfu!) coś było nie halo, to my mamy dzwonić wcześniej i bez wahania.
Stajemy więc na początku zupełnie nowej drogi i dla mnie najważniejsze jest to, że znowu zabłysło jakieś światełko w tunelu. Ten człowiek dał mi dzisiaj nadzieję i tym samym przywrócił mnie do życia. Życie bez nadziei i w bezradności zaczyna w końcu bardzo uwierać nawet tak pozytywnie nastawioną osobę jak ja. Po tych wszystkich latach z rettmonsterem nie spodziewałam się, że może mnie spotkać jeszcze coś, co jest mnie w stanie złamać. O jakże brakowało mi pokory!
Nigdy nie myślałam, że może mnie dotyczyć problem depresji - nie! to nie ja, ja nigdy nie tracę zdolności widzenia tej jaśniejszej strony życia, choćby nie wiem co! O naiwności...
Ja się nie mażę, ja sobie nie pozwalam na narzekania, bo są inni i mają gorzej. Ja nigdy nie płaczę...
Nigdy nie myślałam, że może mnie dotyczyć problem depresji - nie! to nie ja, ja nigdy nie tracę zdolności widzenia tej jaśniejszej strony życia, choćby nie wiem co! O naiwności...
Ja się nie mażę, ja sobie nie pozwalam na narzekania, bo są inni i mają gorzej. Ja nigdy nie płaczę...
Otóż niestety nie jestem twardzielką. Przez całe swoje życie, przez całe życie Agi nie wypłakałam tylu łez co w ostatnich kilku miesiącach. Płacze mi się samo, nawet podczas biegania łapie mnie szloch i to już na pewno nie jestem ja. Strach ściska mi serce co wieczór, co noc. Nie mogę spać nawet gdy młoda śpi. Boję się każdego ruchu, każdego szelestu kołdry. Wybudzam się z łomotaniem serca lub w ogóle nie mogę zasnąć co jest lepszą opcją, łagodniejszą dla serca mam wrażenie. Dodatkowo wszystko to mój charakterek każe mi zaklasyfikować jako osobistą, wielką porażkę - załamałam się choć nie miałam takiego prawa. Bo to nie ja cierpię, to nie ja mam przesrane tylko Ona, moja cudowna, przekochana, z natury pogodna i cierpliwa córka, najmilsza osoba jaką w życiu spotkałam. To jej jedyne zasrane życie i moim obowiązkiem jest je uczynić znośnym. A ja zawiodłam, bo się załamałam.
Trafiłam tu przypadkiem,nie znam całej Waszej historii,ale muszę napisać,nie da się być cały czas twardzielką,masz prawo czuć się gorzej i nie zawiodłaś swojej córki.Robisz dla niej wszystko co się da.
OdpowiedzUsuńAle niestety u nas zbyt często jeszcze staje się przed ścianą bezradności, zbyt dużo rzeczy odbywa się na zasadzie walki i wyszarpywania,bo wciąż człowiek szukający pomocy dla swoich chorych bliskich odbija się od ściany a to-albo zapłacisz albo czekasz xxx czasu,to- braku zrozumienia i empatii ,a to- "ja wiem lepiej" (choć są i wspaniali lekarze,pomocni urzędnicy,itd),a to- niestety tego jak działa system (papierkologia,brak szybkich terminów badań,kompleksowego podejścia,itd) czy choćby możliwości krótkiego wyrwania się z domu,żeby samemu odpocząć zarówno psychicznie jak i zregenerować siły. Niestety wciąż rodzice czy opiekunowie osób przewlekle chorych w zbyt dużej ilości aspektów życia codziennego zostają sami i od ich determinacji zależy jakość życia ich bliskich.A to wymaga dużo siły .
Każdy przypadek jest inny i pomimo wiedzy o danej chorobie,wciąż staje się przed nieznanym i np. może być tak,że dzieje się coś czego nie wiąże się z daną chorobą czy rekcją na leki ,zbyt często działać trzeba na zasadzie prób i błędów.
Robisz wszystko co się da.
Życzę dużo siły i żeby ta nowa droga jak najmniej zdradliwych wybojów i dołków miała.
a.
tak się cieszę, że trafiłyście do dobrego specjalisty!
OdpowiedzUsuńwciąż trzymam kciuki
Dorota, żadne zawiodłam nie wolno tak myśleć. Piszę to ja która jeszcze kilka lat temu miała identyczną postawę w kwestii załamania depresji łez i dawania rady - " może inni się rozsypują ale nie ja twardziel" Aż przyszedł taki mroczny czas gdy koszmarne nasilenie tourettowych tików najpierw zmiotło mi dziecko a chwile później mnie. Szukanie skutecznego neurologicznego speca od Touretta trwało długo i równie sporo monet kosztowało (choć kota 500 zł za wizytę to jakaś totalna abstrakcja, nam się udało nie przekroczyć 3 stów za prywatną wizytę) ale w końcu trafiliśmy na Prawdziwego przez duże P lekarza. Justyna ma ustawione leki... i ja również. Antydepresanty wspierają mnie już kolejny rok i nie mam zamiaru się tego wstydzić. Wolę co rano połykać moją "tabletkę szczęścia" niż kiedykolwiek rozpaść się znowu tak jak wtedy. Nie przydam się Młodej będąc w czarnej dupie. Nie jesteśmy z kamienia, nie jesteśmy z żelaza i nawet jeśli bardzo nam się to nie podoba, czasami się rozsypujemy...
OdpowiedzUsuńŻyczę wam z całego serca by nowy lekarz i nowy pomysł na leczenie się sprawdziły, by Aga przestała cierpieć. Ściskam cię mocno i ślę moc ciepłych myśli
Wypije dzisiaj toast za udana wizyte! Trzymam kciuki coby zmiana lekow pomogla nie tylko doraznie ale dlugoterminowo. Co do twojej rozsypki to nie jest to powod do wstydu - z doswiadczenia wiem jak ciezko przychodz przyznanie sie do tego ze "nie daje rady"... musisz dac sobie czas oraz poszukac dla siebie pomocy. Podpisuje sie pod tym co mowi Agnieszek - znajdz jakiegos dobrego psychologa/psychiatre + sprobuj antydepresantow.
OdpowiedzUsuńJesteś najdzielniejszą mamą, jaką znam. Cierpliwą, szukającą, pomocną, wytrwałą... Te naście lat nie ukrywajmy poświęcenia, musiało się jakoś na Tobie odbić. Masz prawo tak się czuć. Zmęczona, wypalona, rozżalona, bezsilna. Poszukaj pomocy dla siebie. Jesteś dla Agi najważniejsza i ona dla Ciebie też, ale potrzebujesz podbudować siebie, żeby iść dalej.
OdpowiedzUsuńI - to nie spam ;-))) - znalazłam w necie fajną stronkę, dziewczyna, psycholożka, pisze m.in. o depresji. Polecam, mnie bardzo pomaga: http://psycholog-pisze.pl/ A przeszłam już dwa epizody mężowskiej depresji i jedno malownicze intro do własnej.
Cieszę się ogromnie, że trafiłyście w dobre, fachowe ręce. Nareszcie! Trzymam kciuki za nowego lekarza i życzę Wam wielu wspólnych sukcesów ;).
Uściski!
novembre
Jesteś wspaniałą mamą i nie zawiodłaś, to, że nie umiesz czynić cudów nie jest Twoją winą, nawet najwspanialsze matki tego nie potrafią.
OdpowiedzUsuńA więc jednak to bóle neuropatyczne, czyli dobrze zgadłam, że to może być to. Mam je. Jeszcze nie bardzo ostre, jeszcze nie bardzo długotrwałe. Nie przespałam dopiero 2 nocy, ale co mnie czeka w przyszłości, nawet boję się myśleć. Wydaje mi się, że Aga może mieć bardzo nasilone te bóle, od dawna ma wiele, wiele powodów, które mogły je spowodować. Wiem, że zaleca się osobom z neuropatią niektóre leki przeciwpadaczkowe i antydepresyjne, ponoć pomagają. Ja ich jeszcze nie biorę.
Cokolwiek by to nie było, miejmy nadzieję, że w końcu zostanie zdiagnozowane prawidłowo. To już byłoby coś. Trzymam kciuki.
Dorota, szukasz, walczysz, walisz głową w mur. Nic dziwnego, że samopoczucie Ci się pogorszyło. Nie dorzucaj sobie kolejnego kamyczka.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że ten doktor pomoże i będziecie miały spokój i stabilność.
Wspaniale opiekujesz się Agnieszką. I jeszcze dajesz radę pracować i biegać.
Zasługujesz na największy szacunek. A ty się samobiczujesz.
Dorota, próbowałaś jogi? Ja też trochę w temacie. Myślę o Tobie i Małej ciepło. Dobrze, że Cię znowu słychać.
OdpowiedzUsuńI.
Dobre, dobre wieści, wspaniale!!!!
OdpowiedzUsuńA my widocznie mamy różne definicje twardzielki. Dla mnie twardziel to nie taki, co się nie załamuje i nie płacze, to głupota by była. Albo nie człowiek. Twardziel nie odpuszcza! A Ty nie odpuszczasz i podziwiam Cię za to codziennie. Słuchasz Agi, drążysz, walczysz, szukasz. Jak Ty nie jesteś twardzielką, to nie wiem, kto. (No, jeszcze Adam i Denis :D).