czwartek, 19 marca 2015

a gdzie jestem ja

Ja jestem aktualnie w ciemnej dupie. Miałam o tym nie pisać ale. Boję się. Autentycznie się boję o nasze bezpieczeństwo. Pół godziny temu właścicielka sąsiedniego mieszkania najpierw zadzwoniła domofonem, potem wparowała na klatkę trzaskając kratą z całej siły, potem swoimi drzwiami. Włączyła muzykę na full i zaczęła walić jakimś młotkiem czy czymś w naszą wspólną ścianę. Po godzinie 21, Młoda w łóżku.
Skąd taka agresja?
Ano pewnie przegoniono jej klientów i się wściekła.
Tylko, że ja się nie zajmuję tymi rzeczami bo mam swoje problemy na głowie i nie mam zamiaru wystawać przy wizjerze i przepędzać gachów. 
Ktoś to jednak robi i tak samo jak dobrze wiem kto, tak dobrze wiem, że nie my.

A zdrowotnie też licho. Szykowano mnie na pokrojenie. Już prawie 4 lata temu mnie szykowano ale jakiś profesorek na konsultacjach stwierdził, że nie, to nie jest dobry pomysł. Ok, nie to nie. Wkurzona byłam na tę decyzję ale jakoś przetrawiłam i poddałam się (a co miałam robić) jakimś tabletkowym eksperymentom. Nie żeby jakaś nowoczesna eksperymentalna metoda, o nie, po prostu miałam wrażenie, że co lekarz to inny dziwny pomysł, który i tak guzik pomagał. Jakby wtedy profesorek się nie sadził na mądrzejszego niż był w rzeczywistości to prawdopodobnie już dawno zapomniałabym o całej sprawie i żyłabym swobodnie, biegając sobie zaplanowane półmaratony i maratony.
A tak to doszliśmy do punktu, w którym mój organizm powiedział stop, nie będziecie mnie dłużej oszukiwać jakimiś pastylkami. Przewlekła anemia, hemoglobina na poziomie 8 przy normie 12-16. Jak powiem, że nie miałam siły żyć to absolutnie nie skłamię. Jak powiem, że bywały dni, że nie mogłam wyjść z domu to też będzie święta prawda. Przestałam biegać! A to już jest bardzo poważny przyczynek do depresji, ale nie było sensu wychodzić na szuranie z przystankami co 400 metrów.
Doktory się poprzejmowali i stwierdzili, że jednak chcą mnie chlasnąć. Ale trzeba iść na konsultację profesorską. 
- Pani powie, że ja powiedziałem, że już rozmawiałem w tej sprawie z profesorem i że ta konsultacja ma być szybko. - tak też i powiedziałam dzwoniąc do szpitala aby się na ową konsultację zapisać. Na co moja rozmówczyni, pewnie zgodnie z prawdą powiedziała, że może mnie zapisać na pierwszy wolny termin. Czyli 6 maja. Acha, tośmy pogadali.

I teraz tak. Z początkiem maja konsultacja ale operacja to jeszcze inna sprawa - moja koleżanka po konsultacji czekała 3 miesiące. Wiemy jak jest, znamy takie miejsca gdzie mają terminy na październik prawda? A w TV często się słyszy o jakichś absurdalnych latach oczekiwań. 
Ale załóżmy, że ktoś się nad matką zlituje i chlaśnie ją jeszcze w maju. Chlaśnie centralnie przez powłoki brzuszne, żadne tam laparoskopy. Ile czasu po takim zabiegu nie będę mogła dźwigać? I nie mówię tu o zakupach w siatkach, mówię o 34 dumnych kilogramach mojej córki. Ojcu po wycięciu wyrostka krzyknęli 6 miesięcy.
No to policzmy - z końcem czerwca, no powiedzmy plus jeszcze dwa tygodnie "lata w mieście" kończy się szkoła Młodej. Mam mówić dalej?
Już w opcji ze szkołą nie bardzo wiem jak zorganizować codzienne wciąganie jej wózkiem na pierwsze piętro i przerzucanie do domu na kanapę a tu miałabym ją od rana do wieczora.
Nie ma takiej możliwości, w maju nie dam rady. Ani w czerwcu ani do końca wakacji. Muszę czekać do września i rozpoczęcia nowego roku szkolnego, no ale mam już prawie czteroletnie doświadczenie w podtrzymywaniu się prochami to może dam radę. Chyba, że mnie wcześniej pochlasta sąsiadka. 

I tu taka dygresja. Kiedy pojawia się temat przywilejów dla rodziców dzieci niepełnosprawnych w postaci pierwszeństwa w kolejce do specjalistów albo nie daj Boże przyjmowania do lekarzy pediatrów czy pierwszego kontaktu bez kolejki to jest ogólne oburzenie. Bo to fanaberie i w dupach się poprzewracało. Otóż to żadne fanaberie. Ja nie mogę sobie pójść na operację kiedykolwiek. Nie mogę, bo muszę myśleć o Młodej. O tym, że w ciągu roku jeśli nie załatwię jakiejś płatnej pomocy przy transporcie ze szkoły do domu to w najgorszym wypadku będę musiała ją zaopiekować przez jakieś 2 godziny sama. Potem z pracy wróci Ojciec i damy radę. Pod warunkiem, że nie będzie migotał przedsionkami i nie pójdzie do szpitala. I tu jest kolejne obwarowanie - matka idzie do szpitala NA KOŃCU. Kiedy wszyscy już ze swoich szpitali powracają. Cały okres jesienno-zimowy był dla mnie niedostępny bo wiadomo: byłam dwa razy na Niekłańskiej oraz dwa razy w CZD. W szpitalach ale nie swoich. Potem zabrali Danutę (i wciąż nie chcą oddać!), potem grozili, że zabiorą Ojca no i cóż było robić - trza czekać na swoją kolej. A moja kolej oznacza albo teraz już natychmiast, żeby zdążyć się wykaraskać do lata kiedy Młoda pokończy zajęcia i wypadałoby na jakiś turnus pojechać, albo dopiero na jesieni. Tylko kogo to interesuje? Ja im cierpliwie tłumaczę chowając dumę w kieszeń bo wierzcie mi - nikt nie lubi płaszczyć się i prosić o jakieś fory. I nawet obserwuję poważne kiwanie głową i teksty w stylu: pani powie, że ja już z profesorem... ale co z tego wynika? Tu by trzeba było za słuchawkę chwycić i to samemu załatwić panie doktorze bo pacjentkę, na dodatek przez telefon to się zlewa ciepłym sikiem...

Tak właśnie wyglądam ja i miejsce gdzie jestem.

7 komentarzy :

  1. Jak coś ginekologicznego to idź prywatnie, wiem- kasa,ale też robiłam prywatnie.
    Poza tym jak można laparoskopowo to rób laparoskopowo dużo szybciej dojdziesz do siebie- zamiast 3 miesięcy- 6 tygodni.
    Jakby co w Krakowie dobrzy specjaliści i ceny też pewnie inne.
    Co do agencji, myślę, ze w tych niesprzyjających okolicznościach w końcu zmienią lokal.
    Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo bym chciała laparoskopowo ale się nie da.

      Usuń
  2. Oj Matko, oj Matko...
    A tak mi przyszło do głowy - na basen chodzimy z dziewczynką 2,5 letnią w stanie Agi - nie chodzi, siedzi tylko... mieszkają na 5-tym piętrze bez windy... mama młoda, niedoświadczona, chyba jeszcze liczy, że córka chodzić zacznie (nie ma diagnozy, nie wiadomo czemu taka wiotka), a ja mam wizję tej mamy za lat kilka (naście)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No... Ja mam takie refleksje na co dzień w robo... Cóż, ja na kręgosłup zaczęłam narzekać jak młoda miała rok, bo ważyła 13 kilo, była wiotka, nie chodziła - dźwigałam i stękałam :) Potem miałam szok kiedy przez dwie godziny opiekowałam się na turnusie córką koleżanki, która ważyła coś ponad 30 kg i chciałam ją podnieść tak jak swoją - biorąc pod pachy i... świeczki stanęły mi w oczach :D Matko, jak ja to dobrze pamiętam! :D
      Organizm przywyka, przyzwyczaja się powolutku. Nie ma innego wyjścia. To jak u sportowców :) Te fizyczne trudności są jednak o wiele łatwiejsze do ogarnięcia, gorzej jest z momentem zderzenia z oświatą ale to sama wiesz bardzo dobrze.

      Usuń
  3. Było wrócić do pana doktora i mu dokładnie powiedzieć to, co nam tu napisałaś. Może by wziął i sam zadzwonił.

    Warszawa to dość atrakcyjne miejsce, mimo wszystko. Może daj ogłoszenie do gazety, w internecie, na uczelniach, że poszukujesz ochotnika na okres taki a taki, do opieki nad niepełnosprawną nastolatką, w sensie pomocy fizycznej. A w zamian dajesz pokój i darmowy pobyt w Warszawie. Tylko, że Wy chyba macie dwa pokoje? To odpada wtedy raczej :(

    Ja wzywałabym policję, jak babsko zaczęło hałasować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było wrócić, było wrócić - za 120 zeta :)

      Dobrze kojarzysz - w naszym kurniku opcja "dam pokój za opiekę" nie wchodzi raczej w grę.

      Usuń
    2. Ale, ale:) sam pomysł jest godzien przynajmniej spróbowania. Tzn pomysł z ogłoszeniem - na uczelniach, szczególnie tam, gdzie jest pedagogika specjalna, u nas działało - za darmola przychodziły studentki "pracować" z Młodą:)) przez wiele lat, z 5 zmian:) Obleć wszystkie wyższe z karteczką z ogłoszeniem, nie wierzę, że nikt się nie zgłosi!!!

      Usuń