piątek, 27 marca 2015

wyszła mi notka poradniana

Żyję. Hura! Znaczy ja się cieszę, nie wiem jak Wy.

Błogosławioną Danutę wypuścili z więźnia. Ale nie na długo. Po świętach wraca na chirurgię, będą ją jednak ciachać, między innymi dlatego, że muszą zobaczyć co się tam dzieje skoro analizy wciąż wychodzą kiepskie a badania w normie.
Święta spędzamy więc razem choć mama raczej sobie nie poje albowiem ponieważ nic jej nie wolno. Z jajka samo białko.

A poza tym co. Się żyje, w niepewnych czasach, w niepewnych miejscach ale jakoś się żyje.
Okna mam umyte, ha! Się ktoś pochwali oprócz Ade? Bo o jej oknach to cały fejs huczy :))))

Mam okropny czas w robo. Nie to żebym się obrobić nie mogła - jest gorąco ale ja to nawet lubię. Jestem wtedy bardziej zorganizowana, czacha dymi ale jest naprawdę fajnie i mam takie poczucie dobrze wykorzystanego czasu do ostatniej minuty i dobrze wykonanej roboty. Nie to żebym zawsze nie miała ale wiecie o co cho. Lubię jak wychodzę taka mało przytomna z pracy. Lubię to, naprawdę lubię te wszystkie dzieciory lepsze i gorsze, wiosennie zaflukane mniej lub bardziej, ja je po prostu lubię razem z ich glutami do pasa. Mniej lubię sytuacje w których się znajdują. Ich życia, środowiska, których sobie nie wybierały. A takich jest coraz więcej.

Zwrócisz uwagę "wujkowi" żeby nie przeklinał (jakie ładne określenie na kurwę co drugie słowo) bo tu są małe dzieci i w ogóle to jest jakby placówka oświatowa, to cię najpierw zabije wzrokiem, potem burknie coś pod nosem co może brzmieć jak przekurwapraszam ale równie dobrze - uważaj bo jak cię spotkam w ciemnej ulicy...
Powiesz - "o matko, proszę uważać na swoje dziecko!", które lata jak opętane po całej długości korytarza drąc się, khem... przepraszam, wokalizując na cały regulator, bo właśnie rozdeptało pudełko na puzzle przeznaczone dla dzieci oczekujących, to matka warknie - proszę natychmiast posprzątać te śmieci! Nieważne, że za drzwiami obok jakaś siostra lub braciszek, córeczka czy synek usiłuje przebrnąć przez jakieś testy. Może akurat sprawdzają mu percepcję słuchową? Albo wykonuje jakieś zadanie na czas?

Skoro już tu jesteście i cierpliwie znosicie moje wypociny to pozwolę sobie udzielić Wam pewnej rady, myślę że dobrej:
Udając się z dzieckiem do poradni, czy to psychologiczo-pedagogicznej, czy rehabilitacyjnej czy innej, która jednakowoż ma się jakoś zająć Waszym dzieckiem, potraktujcie to z należytym szacunkiem. Należnym Waszym pociechom oczywiście. Nie rozpoczynajcie ploteczek przez telefon zaraz po zamknięciu się drzwi za Waszym dzieckiem. No chyba, że udacie się w tym celu w jakieś odosobnione miejsce, choćby za drzwi tego przybytku. Dzieci, które zostają w gabinetach i tak przeżywają stres, związany nie tylko ze stawianymi im wymaganiami (jakieś testy?) ale też z rozłąką z mamą. Są wyczulone na każdy dźwięk dobiegający zza drzwi a szczególnie na charakterystyczny, znajomy dzwonek telefonu (o! mamy telefon dzwoni!), na który żywo reagują rozpraszając się, tracąc wątek, osłabiając koncentrację na zadaniu. Nie muszę też chyba opisywać jak brzmi taki przytłumiony ale jednak dobrze słyszalny, monotonny głos mamy czy taty zza drzwi? To rozwala nie tylko badanie ale też zajęcia.
O tym, że nie pisze się sms-ów uczestnicząc jako obserwator podczas badania własnego, niespełna trzyletniego dziecka bym nie wspominała gdyby nie to, że właśnie mi się to przytrafiło...

To samo dotyczy zazwyczaj młodszego, czekającego na korytarzu rodzeństwa. To jasne, że mama nie mając z kim zostawić małego dziecka pakuje go w wózek i przychodzą do poradni wszyscy razem. To są fajne dla nas - specjalistów -  doświadczenia bo możemy zaobserwować relacje między rodzeństwem, czasami wręcz prosimy by braciszek czy siostra weszli do gabinetu.
Ale trzeba pamiętać, że to nie jest plac zabaw gdzie puszczamy dzieci samopas, czyli na swobodną zabawę. Nie. Tu trzeba zachować ciszę. Dla dobra własnej rodziny, którą się przyprowadziło w celu uzyskania pomocy. Oczywiście nikt nie będzie miał pretensji do dzieci zaburzonych czy niepełnosprawnych, które nie zawsze potrafią się kontrolować a i rodzice też nie bardzo są w stanie to zrobić, ale dzieci zdrowe to zupełnie inna bajka.

Naprawdę można i powinno się używać zwrotu NIE WOLNO w stosunku do dzieci rocznych, dwu-, trzyletnich i starszych. Zrozumienie tego wyrażenia JEST MOŻLIWE przed osiągnięciem dojrzałości szkolnej, naprawdę :)

Jestem załamana rozczeniowością, bezczelnością, kompletnym  brakiem odpowiedzialności, kompletnym brakiem rozumienia podstawowych zasad wychowania coraz większej ilości ludzi. I niestety nie ma to związku z poziomem ich inteligencji. Pisząc tę notkę nie miałam na myśli wyłącznie marginesu społecznego. Margines pozostaje marginesem i ten wniosek jak dla mnie jest zatrważający.



12 komentarzy :

  1. Taka teraz moda, taki rodzaj wychowania. Jak już sięgniemy dna, to wrócą stare zasady. Ale to musi potrwać, niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Eva, że to bardzo mądre słowa są. I dotyczą niestety nie tylko wychowania. Albo będzie reset albo pogorzelisko :)

      Usuń
  2. oj jak mi się podoba wypowiedź Evy! Miałam napisać podobnie. No, ale takie czasy - bezstresowe wychowanie, rozwiązłość słowna, roszczeniowa poza do wszystkich i wszystkiego... Ja już nawt nie pytam o zwyczajną i prostą kindersztubę, bo tej na lekarstwo :(
    Wszechobecne telefoniki różnej maści, tableciki, laptopiki i inne ajfony i te niczym nie ograniczone rozmowy o WSZYSTKIM wielkim głosem WSZĘDZIE! Nie ma już świętości miejsca, czasu i w ogóle.
    Jacy my - takie dzieci. Taka prawda.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie bylo jeszcze takiego pokolenia, które by nie biadoliło że świat na psy schodzi, i co to będzie jeśli te dzieci i młodzież takie niedobre ;) Takze - jasne, dzieci, młodzież, dorośli są rózni, ale zawsze sie narzekało na tę 'nową generację' więc ja bym tak szat nie rwała ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda - każde pokolenie narzeka na te następne. Świat idzie do przodu i nie da się porównać czasów w jakich te pokolenia musiały dorastać. I można sobie rozważać te sprawy z odrobiną ironii, sentymentu czy z przymrużeniem oka co nie zmienia jednak faktu, że znajdujemy się na równi pochyłej, która musi kiedyś skończyć się bolesnym bum. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie nic zmienić, zatrzymać, przekonać ludzi że dla ich własnego dobra powinni dokonać jakiejś głębokiej refleksji. Bum jest nieuniknione i nie zamierzam z tego powodu rozdzierać szat. Jednakowoż ja każdego traktuję z szacunkiem i tego samego oczekuję wobec siebie, więc nie machnę ręką na przedstawiciela tego kolejnego po moim pokolenia jeśli bez pardonu zaczyna na mnie wrzeszczeć uważając, że mu się wszystko należy i wszystko mu wolno. Nie wolno. Szczególnie, że to on przyszedł po pomoc do mnie a nie ja do niego.

      Usuń
  4. Alez prosze Pani! Spokojnie, naprawde - ja nie chcialam nic złego ani urazić, proszę mi wierzyć. To tak po pierwsze. Moja notka była raczej z przymróżnieniem oka;) Po drugie - ja nigdzie nie napisałam, że nie należy oczekiwac/wymagać szacunku, dobrych zachowań, że nie nalezy tłumaczyć, zwracać uwagi, wychowywać, krytykować itd. Co więcej - ja się z Panią całkowicie zgadzam w tym względzie. Jedyne, co napisałam, a na pewno o co mi chodziło, to że zawsze, ale to zawsze 'starszyzna' przepowiadała bum, i co to będzie ze światem skoro taka młodzież nam wyrasta itd. Naprawde, badania antropologiczne i socjologiczne pokazują, że był to od baaardzo dawna stały element w wielu kulturach. I jakoś ten bum i krach nie nadszedł, bo świat, społeczeństwo, się zmieniają. Czasem jest krok w tył, czasem w przód, a zazwyczaj to w ogóle gdzieś na boki. I tak sie społeczeństwa rozwijają. Pewnie, że kiedyś ten bum i krach przepowiadało, jak sie młodzi nie ukłonili bądź nie powiedzieli dzień dobry, teraz to byśmy chętnie wrócili to tylko takich problemów ;) Ale nawet wtedy (a wręcz długo przed) ludzie wróżyli upadek i krach i dopiero wielką zmianę w społeczeństwie, bo przecież dalej/gorzej to już to nie jest możliwe. Ale bum nie było, i ja myślę że nie będzie (oczywiscie nikt nie musi sie ze mną zgadzać, a jedynie czas pokaże i zweryfikuje nasze przypuszczenia). Mój komentarz naprawdę nie miał na celu Pani urazić, ani też nikogo innego, i był bardziej z przymrużeniem oka ;) Szacunku należy wymagać, i choć ja sama czuję często, że przecież dużo dalej to już nie może zajść, to wiem że obiektywnie patrząc na rozwój społeczeństwa, ten bum jest mało prawdopodobny. Oczywiście czas pokaże, czy się nie mylę (jak tego dożyję) ;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę Pani! Ja się w żadnym razie nie poczułam urażona :) To jest właśnie rozmowa w internecie - bez mimiki twarzy, tembru głosu i dynamiki :)
      Nie, spokojnie, ja tylko wyraziłam swoje zdanie, które przecież jest zbieżne z Pani zdaniem. Coś tam dodałam od siebie, może zabrzmiało poważnie ale nie - na pewno nie uraził mnie ani nijak nie zdenerwował Pani komentarz. Powiem więcej choć tajemnicy nie odkryję - lubię komentarze, nawet te z którymi się nie zgadzam bo lubię dyskutować. Pozdrawiam :)

      Usuń
  5. A no to bardzo się cieszę, że się pomyliłam i że jednak nie uraziłam Pani :) No tak - tak internetowo to właśnie różnie wychodzi, dlatego ja zawsze wole na wszelki wypadek wszelkie nieścisłości, bo po co się niepotrzebnie stresować :) Ale bardzo się cieszę, że tu nic nie bylo :) Pozdrowiam serdecznie i dużo zdrowia życzę (jestem nową czytelniczką i na bloga dopiero niedawno natrafiłam więc wciąż sie uczę co tu, i jak, i kibicuję mocno!)

    OdpowiedzUsuń
  6. Boleśnie słuszne te obserwacje. Przychodzi do mnie uczeń, pracujemy 1 na 1, coś tłumaczę, pokazuję, a ten próbuje pod stołem sms-a napisać, odczytać... ja nie wiem, gdzie oczy podziać, ja??? Toż to on powinien się wstydzić, ale jakoś się nie wstydzi, niczego dziwnego w tym nie widzi. Szacunek, tego słowa chyba niektórzy nie znają... Żeby nie było, że taka jestem staroświecka, to wszystkim bez wyjątku pozwalam tel odebrać, bo może coś ważnego, sama też odbieram, bo na 99% to kolejny uczeń odwołuje;)) Ale wymiana sms-ów pod stołem przez pół lekcji, to chyba przesada?

    OdpowiedzUsuń
  7. Kciuki za Błogosławioną Danutę trzymane ;)
    Co do szacunku się zgodzę... Ale tak dla zasady i swego przekornego charakteru czepnę się określenia "nie wolno".

    Wydaje się, że przez urodzenia dziecia na tzw. starość, na pewne rzeczy inaczej patrzę.
    Staram się nie używać określenia NIE WOLNO, szczególnie jak nie trzeba szybko reagować w celu ratowania zdrowia fizycznego. Jest przecież wyśmienita alternatywa w komunikacji, tylko trzeba się trochę spiąć w sobie. W przychodni i tego typu miejscach mówię: tu mówimy cicho. Tu się cicho bawimy, cicho śmiejemy, wolno biegamy, choćby było to niemożliwe. A najlepiej, to czytamy czy rozmawiamy. Choć mój dzieć cicho rozmawiać nie potrafi. Jak "mówi", to całą sobą, jak się cieszy, również.
    Wraz z dorastaniem córki wracają wspomnienia z wczesnego okresu dzieciństwa i przypomina mi się, czego nie cierpiałam. Wybrednym dzieckiem nie byłam, ale właśnie tylko jeden bliski dorosły z mego otoczenia nie zakazywał. I do dziś mam wielki sentyment do tej cioci i na koniec świata za nią pójdę ;)
    Tudzież odruch wymiotny miałam, jak ktoś ślinił chusteczkę i mi paszczę z brudu wycierał :) Więc ja wole z brudnym dzieckiem paradować z braku wody pod ręką, niż fundować to, co mi dziecięce flaki wywracało.

    A generacyjnie śmiesznie jest, jak łapię potępiający wzrok matek za to, że moje dziecko w cienkiej kurtce, bez czapki, a ich dzieci w tą samą pogodę w kombinezonach zapylają. A śmiesznie, bo to młodsza generacja mnie wzrokiem zabija ;)

    Jednak co do meritum, zgadzam się z Tobą MoA. Dorośli w większości po prostu nie myślą, nie interesują się dzieckiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że się czepiasz :) Dyskusja skłania do powtórnej analizy problemu co własnie uczyniłam biegnąc sobie w słonku... i napitalającym huraganie! Dobrze, że miałam o czym myśleć to mi ten wiaterek jakby mniej przeszkadzał ;)

      Z tym zwrotem "nie wolno" to jest tak, że mając do czynienia z zupełnie zdrowym i prawidłowo rozwijającym się dzieckiem można go zastąpić formą przedstawioną przez Ciebie i tu się zgadzam w całości i nie będę tego rozkminiać. Moje "nie wolno" było symboliczne. Używanie tego zwrotu też nie uważałabym za zło wcielone, mnie wychowywano używając go i traumy z tego powodu nie mam. Jak sobie kto tam uważa - używa lub nie.

      Problem w tym, że istnieje spora grupa dzieci, których rozwój nie przebiega prawidłowo, tak jak byśmy tego chcieli i się spodziewali. Te dzieci potrzebują nieco innego podejścia, którego kluczem do sukcesu w większości wypadków jest kierowanie krótkich, zrozumiałych poleceń. One po prostu mają problem z rozumieniem i potrzebują konkretów. Takim konkretem między innymi jest zwrot "nie wolno". Daj, weź, popatrz, dopasuj a wreszcie samo "nie" - wszystkich tych zwrotów można byłoby się czepić - są ogromnie dyrektywne! Ale bardzo potrzebne i pożyteczne.

      Wracając do meritum - jakąkolwiek ścieżkę obierzemy będzie dobrze. Czy będziemy mówić nie wolno, czy będziemy mówić jak należy się zachowywać, czy będziemy odwracać uwagę od złych zachowań (też metoda) czy używać gestów (też metoda - dotykowa) - będzie dobrze. Tylko to róbmy :) Bo jeśli matka ponad czteroletniej dziewczynki (nie zaburzonej) mówi, że ona się głośno zachowuje bo jest mała i nie rozumie no to halo... kiedy ta matka zacznie jej tłumaczyć świat i zasady zachowania - w podstawówce? Kiedy będzie na tyle duża, żeby zaczęła rozumieć? O to mi głównie chodziło :)

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że dobrze Cię zrozumiałam, a to "nie wolno" wyrwałam dla siebie, bo może to nie trauma, ale nienawidzony zwrot z dzieciństwa - zbyt ciekawska byłam, a dorosłym chyba się nie chciało ;)
      Moja córa jeszcze nie ma 4 lat, więc się nie wypowiem, jednak myślę, że już teraz łapie sporo niuansów, ot nie zawsze ma ochotę się dostosować do nich.
      W końcu dopiero co wkroczyła w oklepany wiek buntu.
      Swoją drogą jak trudne może być dla rodzica wyłapanie małych odchyleń od normy, zaburzeń.
      Rozmawiałam właśnie ze znajomą, synek właśnie skończył 24 miesiące i są w trakcie badań. Teraz biorą się za niego pedagodzy specjalni. Ale do czego zmierzam. Dziewczyna już ma listę zachowań synka, które wskazują podobno na zaburzenia ze spektrum autyzmu. Jak podała przykłady, to włosy mi dęba stanęły. Bo część tych zachowań ma bądź miała i moja córka, jednak w życiu by mi do głowy nie przyszło, by pędzić do specjalisty tylko dlatego, bo moje dziecko nie wciąga mnie w zabawę bądź nie bawi się na niby. Zdaję sobie sprawę, że pojedyncze zachowania mogą nic nie znaczyć, szczególnie jak minęły, jednak czuję wewnetrzny niepokój. I zapewne będę jeszcze wnikliwiej obserwować małą, by się uspokoić bądź popedzić gdzieś.
      I tu nie chodzi o poradę :-) A o to, że dzisiejsze czasy są takie, że matki, niezależnie od wieku, zostają same ze wszystkim i znikąd pomocy, rady, doświadczonego oka. Przecież gdy człek wraca z pierwszym małym pakunkiem do domu, to tak naprawdę nie wie, co ma dalej robić. Siada na łóżku i patrzy się na to dziecko jak na kosmitę ;-) Czasami ma się szczęście i jest pomoc, odpowiednia rada. Internet też jest dobrodziejstwem, można poczytać o rozwoju, pielęgnacji, skokach rozwojowych, wychowaniu. Jednak myślę, że sporo rodziców jest tak wypompowanych po 2-3 latach walki z rzeczywistością (bo tak odbieram sporo wypowiadających się mam), że później idą na łatwiznę. I cieszą się, jak dziecko samo sobą się zajmie, nawet kosztem cudzego spokoju. Mnie się to nie podoba, jednak to widzę wokół siebie. Więc jak są wypompowani, to i wypierają, że dziecko mogłoby coś zrozumieć, zamiast wychowywania są nakazy, zakazy, tresura. Byle była cisza, byle był spokój, albo rodzic miał spokój.
      Dziwny dzień dziś, gorąco, torebkę rano pierwszy raz w życiu zapomniałam w domu :), no i bredzę u Ciebie :) Ale może da się zrozumieć, że niekoniecznie bronię rodziców zdrowych dzieci, ale mam wrażenie, że wiem, skąd się ich podejście bierze.

      Usuń