Przez całe lata miałyśmy jedną pediatrę, zaufaną, fajną, ludzką. Na tle całej szarej masy bezdusznych lub niedouczonych lub ignoranckich (lub wszystko w jednym) lekarzy była naszym kolorowym ptakiem, przyjazną duszą.
Ze dwa, może trzy lata temu nastąpiły jakieś roszady, zmiany siedzib przychodni i nasza pediatra przeniosła się dość daleko od nas. Może nie dramatycznie daleko ale musiałabym z wózkiem bez względu na pogodę maszerować jakieś pół godziny. I stwierdziłam, że chyba mi się nie chce...
Zaczęłam bywać u różnych przypadkowych lekarek, ot co się trafiło i kto był wolny, w większości młode, jeszcze zapalone, jeszcze z empatycznym podejściem, jeszcze bez maniery i rutyny.
I tak którymś razem trafiłam na doktor A.
Doktor A. (muszę jej wymyślić jakąś ładną ksywkę) uprzedza moje obawy, się zna, pamięta nas, jest ludzka, mądra i rozsądna. Ufam jej.
Znowu nastąpiły jakieś roszady, ktoś rzucił papierami, ktoś (cała grupa) trzasnął drzwiami i przeniósł się do nowej poradni. Tym razem szczęśliwie bliżej nas, bo A. również się przeniosła. A skoro się przeniosła to się zmartwiła, że nas zostawiła i postanowiła przez Fejsbunia (i niech mi ktoś jeszcze próbuje wmawiać, że to zuo), przez okazuje się wspólną znajomą jeszcze z czasów liceum (ale historia!) zawiadomić nas o zmianach, podać adres, telefon i przekazać instrukcję - dzwonić i zamawiać wizytę domową! Jak nie będą chcieli przyjąć domówki to mówić, że doktor A. wie o co chodzi.
"Ja do niej zawsze pójdę, jak nie tego samego dnia to następnego. Nie chcę, żeby tak Agnieszka chodziła chora do poradni. Niech już
dziewczyny maja jakąś ulgę."
Doktor A. wprawiła mnie w stan ogromnego zakłopotania, bo ja nie jestem przyzwyczajona do takiego królewskiego traktowania. Ja zawsze chciałam tylko traktowania poważnego. No i się w piątek wybrałam z Młodą do tej nowej poradni, uprzednio zamówiwszy wizytę, incognito of course.
Aga bez gorączki, co się będę wygłupiać z domówkami, poza tym skoro nowa poradnia to żal nie zwiedzić c'nie?
I poszłyśmy, a raczej pobiegłam z wywieszonym jęzorem bo mi się w pracy akurat parę rzeczy zwaliło na głowę, szybko do domu, szybko zupa, szybko ubieranie, a jeszcze picie, a jeszcze daszek do wózka bo może padać, a jeszcze kocyk na nogi bo zimno, a jeszcze telefon dzwoni, karrrrrrramba kto mi tu dzwoni?! I wpadłyśmy minutę po czasie. Nie lubię nie lubię.
A tam jak się na nas panie z rejestracji nie rzuciły i dawaj pomagać bo okazuje się, że gabinet na trzecim piętrze... Winda jest, naturalnie! Ale do windy pół pięterka.... Podnośnik jest, oczywiście! Ale za wąski.... To my pomożemy wnieść! A tu już winda, na trzecie, w lewo, w prawo i pani dzwoni jak pani będzie wychodzić - pomożemy!
Spociłam się jak mysz bo zrobiło się mega zamieszanie z nami w centrum uwagi (nie lubię nie lubię).
I co. No doktor A. się ucieszyła na nasz widok a zaraz potem zbeształa, że przyszłyśmy - kochana! Młoda zaflegmiona, z gardłem czerwonym i obrzękniętym - nie dziwota, że nie ma jak oddychać. Antybiotyk. Do końca tygodnia w domu. I znowu gimnastyka ze zwolnieniem... Tym razem kibluje Ojciec, ja już nie mogę.
Jak wyszłam z windy na dole, panie rejestratorki już czekały z uśmiechem - gdzie można złapać wózek? A w ogóle to wie pani? Będzie inny podnośnik! Ten się nie nadaje, nawet zwykły inwalidzki wózek nie wchodzi! Telefonicznie zostały poinformowane przez doktor A. że to właśnie ta Agnieszka (aaa to pamiętamy, pamiętamy! - panie też przeszły z poprzedniego miejsca), która będzie odwiedzana w domu.
Jejuuu... Jestem ogromnie wdzięczna tym wszystkim ludziom za prawdziwie królewskie traktowanie, naprawdę! Ale jednocześnie jest to dla mnie wielki szok, ja nie jestem przyzwyczajona, ja się krępuję. Jak już stamtąd wyszłyśmy, ubrane przy pomocy nieznanej mi miłej pani, drzwi przytrzymane przy pomocy kolejnej to musiałam przystanąć i pooddychać w torebkę bo nie wiedziałam czy to piątek czy fabryka zapałek.
Coś niesamowitego.
Czy to nie idiotyczne, że zwykła życzliwość tak szokuje? Byłam zszokowana w szpitalu na Niekłańskiej i jestem jeszcze bardziej po wizycie w naszej przychodni. NASZEJ, tadam! I bardzo, ogromnie wdzięczna za tę odrobinę luksusu. Nigdy pewnie nie będę w stanie wyrazić swojej wdzięczności tym wszystkim ludziom. Za zwykłą życzliwość. Ale dla nas to ocean serca.
Dzięki.
Ps. No nie wiem mamo, czy mi się podoba. Jakieś takie różowe... fuj... I dałabyś już spokój z tymi fotami, uśmiechnij się i uśmiechnij - sama się uśmiechnij!
Az sama sie poczulam skrepowana! :D Ale z drugiej strony, nalezy sie! W sensie tak powinno byc. I ciesze sie, ze doznajecie i doznawac bedziecie takich luksusow :)
OdpowiedzUsuńNo to ja się cieszę też :D Jak dasz radę, to ukochaj Panią Doktor A i wszystkie Panie w przychodni ode mnie, ok? To oczywiście ja- kasia bajkasia albo lepiej rozbiegane.... :D całusy
OdpowiedzUsuńAle fajna czapka! Z uszami, jaaa... Znaleźć coś takiego na większą pannę (co nie jest przy okazji infantylne) - sztuka!
OdpowiedzUsuńRozumiem Twoje skrępowanie, ale i ogromnie cieszę się, że trafiła Wam się taka pani doktor, taki personel w ogóle! Oby takich jak najwięcej, może kiedyś, kiedyś będzie i w naszym kraju jakoś tak.. po ludzku :) Korzystajcie, ile się da, kiedy trzeba, ale - żeby jasne było - oby taka potrzeba zdarzała się bardzo rzadko :)
OdpowiedzUsuńA czapka, że różowa, to i co w tym złego? Różowy kolor zawsze był kobiecy i nie wiem, dlaczego ostatnio jest taka moda na twierdzenie, że różowy jest be. Różowy jest piękny! I tego się należy trzymać :)
OdpowiedzUsuń