Wróciła mi nawet ochota na pisanie ale kurde nie bardzo mam o czym pisać. Jak się dzieje to jest o czym ale przeważnie jak jest o czym to dzieje się źle, więc ja chyba wolę tak zwaną plażę - nudy na pudy.
To ja sobie dziś tak popiszę trzy po trzy.
Przegapiłam piękną okrągłą dziesiątą rocznicę istnienia blogaska. Minęła w październiku a że w tym roku październik od jego piątego dnia okropnie się zbiesił i dał mi popalić, to przegapiłam.
Dziesięć lat klepania w klawiaturę. Nie dziwota, że dopadały mnie kryzysy i brak weny. Kilka razy nawet chciałam rzucić to w cholerę. A jednak trwam, ciekawe jak długo jeszcze.
Poza tym podjęłam decyzję, że w przyszłym roku pojedziemy na turnus nad morze, z naszą Rettową Rodziną. Marzyło mi się to morze już tego lata ale z drugiej strony żal mi było rezygnować z Osieka, który bardzo polubiłam. Teraz też mi żal ale wyjątkowo bardzo pasują mi okoliczności przyszłorocznego turnusu - po pierwsze termin w drugiej połowie lipca dla mnie idealny (Młoda zapewne dwa pierwsze będzie jeździć na letnie zajęcia do szkoły), po drugie chyba nie będzie szajby rehabilitacyjnej a dla nas emerytek to ważne, po trzecie - stęskniłam się! Najnormalniej w świecie stęskniłam się za ludźmi, którzy wiedzą ococho. Ostatni raz na turnusie, i to tylko tydzień i na doczepkę, byłam w Mielnie w 2011 roku.
Cieszę się!
To jeszcze przynudzę biegowo.
Otóż dziś wyszłam potruchtać, pierwszy raz od prawie trzech tygodni. Te trzy tygodnie temu to też były jakieś marne epizody - próby powrotu po przerwie spowodowanej skręconą kostką i pobytem w szpitalu. Jak widać na tickerku po prawej stronie, w listopadzie wybiegałam całe szalone 48 km. W porównaniu do czerwca (175) czy marca (181) to istna szajba. Ale nie mogę się wykaraskać zdrowotnie, no nie mogę. Dziś też wyszłam nie do końca zdrowa bo wciąż kaszlę. Ale albo ja ten kaszel zabiję mrozem albo on mnie, dłużej nie dam rady siedzieć w domu. Podobno na chore gardło najlepsze są lody to może i bieganie na mrozie się sprawdzi.
Przedwczoraj zaś pojechałam na zakupy rowerem. Zrobiłam wszystkiego może z pięć kilometrów a jakież było moje zdziwienie kiedy poczułam skurcz w czworogłowym uda bo przykucnęłam żeby wziąć coś z dolnej półki... Ja piętrolę, skąd skurcz?? Nigdy w życiu skurczy nie miałam, a na pewno nie w udach! Następnego ranka czuję zakwasy... Zakwasy?! Po czym?!
No i dziś truchtałam na sztywnych kulasach, zasapana, zachrychana, jakbym nigdy w życiu ze sportem do czynienia nie miała.
Za tydzień według planu, który sobie ułożyłam jeszcze latem, miałam pobiec Półmaraton Świętych Mikołajów w Toruniu. Takie fajne zakończenie sezonu. Jeszcze we wrześniu ten plan był jak najbardziej realny. Dziś gdybym zdecydowała się na ten start pewnie zakończyłabym życie w tym Toruniu.
Stara się robię...
Na zakończenie fotka z wczoraj, z poważną miną dla odmiany. Robiłyśmy wspólnie mieloki, a to bardzo poważna i odpowiedzialna robota ;)
No moja droga koleżanko :) zakwasy ? Toć to hańba :D Ale mam w Ciebie wiarę- niebawem nadrobisz i walniesz życiówkę w maratonie :D Trzym się i zdrowiej, a Agę pięknie wyczesaną ucałuj :D
OdpowiedzUsuńTo byłam ja- Kasia :) bajkasia albo nawet... rozbiegane... :D
oesu, zaczynam się Ciebie bać.... Zakwasy takie śmieszne som???! Weźże się zanurz w lodowatej wodzie czy co...
UsuńWyczesana wycałowana pozdrawia zwariowaną ciotkę :D
Cieszę się, że wena wróciła i oby trwale! :) Mała Duża wygląda bardzo ślicznie, nawet z poważną miną :) Bieganie nie dla mnie, kompletnie mi się nie chce, że o kondycji nie wspomnę. Jeszcze wiele maratonów przed Tobą, bo młoda jesteś :) Zdrowiej!
OdpowiedzUsuń