Wciąż jestem chora, nie wiem co się dzieje.
Wypieprzyłam ten topamax. Na własną rękę, nie wiem czy zgodnie z procedurami wycofywania leków czy nie ale wypieprzyłam. Nie można permanentnej śpiączki podpiąć pod listopad, nawet ludzie w depresji funkcjonują chyba nieco lepiej.
Jak tylko pozbyłam się tego zła, Młoda ożyła. Tak po prostu - wróciła.
Mamy nowy problem jednak. Nie wiem skąd się wziął, z czego nabył i do kogo mam z tym uderzać.
Słowo klucz - BEZDECH.
Tak jakby Młoda zapomniała jak się oddycha.
I to jest koszmar bo ona się całą noc męczy. Tak jakby co piąty wdech sprawiał jej ogromny wysiłek a przy kolejnym ktoś zaciskał jej gardło. Siódmy wdech jest ratunkowy, rozpaczliwy i na głos, po czym następuje kilka takich głębokich jakby wypłynęła na powierzchnię wyimaginowanej wody i wszystko zaczynamy od nowa.
Dramat.
Dzieje się tak w każdej pozycji - na wznak, na brzuchu, na boku.
Jutro mamy zaległą komisję orzeczeniową. Ciekawe czy trafimy na ludzi czy na parapety.
O matko...
OdpowiedzUsuńA może zapalenie krtani?
Życzę Ci dziś nie-parapetów.
Mocno życzę.
Daj znać, co orzekli, jeśli znajdziesz odrobinę sił.
To samo ma moja, to samo... szlag :(
OdpowiedzUsuńw sensie - bezdech?
UsuńNom :/
UsuńA byliście już gdzieś z tym? Bo się zastanawiam od kogo by tu zacząć - od laryngologa?
Usuń