Że kulasa skręciłam to wspominałam tak? Dobrze, że to sobie tu zapisałam inaczej mimo iż jestem wciąż - do końca tego tygodnia - na zwolnieniu lekarskim z powodu skręconej kostki, kompletnie bym o tym zapomniała. Kogo to zresztą obchodzi, jakiś tam spuchnięty kulas matki...
W zeszły piątek o północy Młoda postanowiła, że znowu coś boli. I to boli fest bo aż do płaczu, co się zdarza niezwykle rzadko. Znaczy musi boleć porządnie, żeby Młoda zaczęła płakać. Rozpoczęłyśmy więc nocny maraton podawania środków przeciwbólowych i masowania brzucha oraz stosowania ciepłego termofora - nic innego mi do głowy nie przyszło.
Walczyłyśmy tak do 6.30, kiedy ból wydawało się, że odpuścił. Nie na długo. Zdążyłam jeszcze ugotować i podać prawie już przez sen kaszę manną bo pomyślałam, że jak teraz Aga zaśnie to amen w pacierzu, prześpi pół dnia a żołądek oprócz leków to ma w środku echo. Zawsze mi gdzieś wisi z tyłu głowy wizja wrzodów żołądka po tej furze leków...
Młoda zjadła, zasnęłyśmy ale o 11 już była powtórka z rozrywki. Znowu leki przeciwbólowe - czemu nie działają?? Znowu walka, odpuściło na moment i o 16 od nowa. Sobota, zbliżał się wieczór i przed nami wizja kolejnej nieprzespanej nocy. Zdecydowałam, że jedziemy na ostry dyżur. No trudno, niech człowieka przebadają, niech nas zaopatrzą w jakiś specyfik, który podziała bo paka nospy i paka apapu to lekka przesada.
Nauczona doświadczeniem z Litewskiej postanowiłam się dobrze przygotować na te kilka godzin siedzenia pod różnymi gabinetami. Zabrałam wałówkę, picie, gazetki, robótki...
Pojechaliśmy na Niekłańską.
W poczekalni ze dwa tuziny maluszków z rodzicami, czarno. Ale grunt to pozytywne nastawienie - przecież wiadomo, że w sobotnie popołudnie na jedynym ostrym dyżurze w największym mieście tego kraju będzie czarno, proste. Zasiedliśmy, rozpakowaliśmy wałówki, piknik. Ja dziergam ze stoickim spokojem, druty zawsze mnie uspokajały.
Zarządzono oczywiście USG gdzie pan doktor dopatrzył się zapalenia wyrostka. Śmiałam zwątpić w tę diagnozę za co zostałam ofuknięta ale oj tam. Dyżurny chirurg też się skrzywił ale nie mieli wyjścia, trzeba nas było zostawić na oddziale i ten wyrostek zweryfikować. I tak po jedynie pięciu godzinach Młoda dostała swoje łóżko na oddziale alergologii (?), w sali z dwoma chłopcami w wieku 9 i 10 lat. I parawan. Dostała też kroplówkę z czymś przeciwbólowym a ja szybko zawróciłam do domu po jakąś karimatę, kawałek koca i poduszki oraz kilka przydatnych akcesoriów.
Rano ostatecznie miała zapaść decyzja czy będzie krojone czy nie.
Wszystkie badania wyszły bardzo dobrze. Żadnego zapalenia, wyrostek nie daje bólu przy normalnym badaniu brzucha rękami (wiecie jak się bada wyrostek? on nie boli przy nacisku tylko w momencie kiedy cofa się rękę), więc jeszcze powtórzymy USG, dla pewności. Na szczęście był już zupełnie inny lekarz, który chyba z pół godziny przepatrywał wszelkie zakamarki brzucha, włącznie z tzw. miednicą małą czyli babskimi sprawami. Najdłuższe USG ever. A wyrostka ni widu ni słychu, gorzej, że wszystko inne też w porządku. A boli nadal, coś, nie wiadomo co.
Chyba bym wolała, żeby coś jednak było nie halo - wiedzielibyśmy skąd ból i mogli zabrać się za leczenie a tak...
Niedziela była nieciekawa, jak to w szpitalu, choć chłopcy zupełnie nieupierdliwi - zgodnie ze znakiem naszych czasów każdy trzymał nos w swoim tablecie. Cisza, spokój aż do wieczora, kiedy przyszli w odwiedziny tatusiowie z zamiarem pozostania do zaśnięcia swoich pociech. Powiem Wam, że chciało mi się płakać... Po kolejnej nieprzespanej nocy marzyłam tylko o tym, żeby wykorzystać każdą chwilę kiedy Młoda śpi i zamknąć oko. Bo nie wiadomo jaka będzie noc nadchodząca. A tu godzina 21, Młoda śpi a tatusiowie siedzą i grają w najlepsze ze swoimi synkami w jakieś tam gry. Ani pójść się umyć ani rozłożyć legowisko na podłodze...
Ciężko było.
W poniedziałek rano przyszedł do nas młody, biały, przystojny fartuch i przedstawił siebie jako naszego lekarza prowadzącego. Wraz ze swoją asystentką przeprowadzili bardzo długi i dokładny wywiad (naprawdę dokładny) i zarządzili rozbieranie do rosołu i badanie. Nieśmiało stwierdziłam, że tak przy chłopcach to nie bardzo... I chłopcy zostali z sali wyrzuceni do odwołania.
Powiem tak - chyba nikt jeszcze tak dokładnie Agnieszki całej nie zbadał, nie obejrzał. Dosłownie od stóp do głów z przodu i z tyłu. Niesamowite.
No i co. Zostały zarządzone jakieś tam nowe badania, posiewy i pan doktor zaczął nad nami rozmyślać. Ok.
Po południu przyszła Pielęgniarka i kazała mi się powoli pakować. Że co proszę? Przechodzicie do innej sali, do jedynki, bo tutaj to nie macie życia. I wstąpiło we mnie życie nowe.
Faktycznie przeniosłyśmy się do pojedynczej sali z łazienką, ładniejszej i większej od tej naszej na turnusie! Chciało mi się tańczyć! Koniec z ukrywaniem się za parawanem, koniec z ukradkową toaletą, koniec z siedzeniem na krześle do późnego wieczora! Żyjemy!
Od tego popołudnia było nam znacznie łatwiej i przyjemniej. Pan doktor codziennie powtarzał dokładne oględziny, długo rozmawialiśmy i uwaga - zapytał mnie o zdanie. Co ja sądzę na temat tych bóli bo ja znam Młodą najlepiej. Szacunek, nie każdego lekarza na to stać. Widziałam też jak z dnia na dzień nasz lekarz był coraz lepiej zorientowany w zespole Retta, jak nic szperał po sieci i się uczył.
Wymyśliliśmy więc gastroskopię. Bo w RS często zdarza się refluks i różne gastryczne problemy. Okazało się jednak, że pierwszy wolny termin badania to poniedziałek, co mnie trochę podłamało... Ale trudno, poczekamy. Na szczęście jestem na swoim zwolnieniu, prawda, mam coś tam skręcone, nie pamiętam co. Nawiasem mówiąc gdyby nie to moje zwolnienie nie miałabym jak siedzieć w tym szpitalu bo szalony limit 14 dni zwolnienia na dziecko już w tym roku wykorzystałam.
I tak sobie żyłyśmy w tym naszym azylu do piątku, kiedy to okazało się, że Młoda zaczęła skrzypieć. Infekcja, antybiotyk, gastroskopia pod wielkim znakiem zapytania bo miała być robiona w znieczuleniu ogólnym, inaczej się nie da. Załamka. Przed nami kolejny weekend w szpitalu, na dodatek najprawdopodobniej bez sensu.
Odwiedziła nas pani, która miała przeprowadzać badanie. Przemiła. Porozmawiałyśmy a ona obiecała sprawić się najlepiej jak potrafi. Niewiarygodne to miejsce jakieś...
W niedzielę odwiedziła nas też pani anestezjolog, która tylko potwierdziła moje obawy - gastroskopii nie będzie. Nie podczas infekcji. No przesz to wiedziałam. Logiczne, że nie znieczulą dziecka z zaburzeniami oddychania, które na dodatek charczy, kaszle i ma w gardle morze wydzieliny. Może za dwa, trzy tygodnie po infekcji. Wiedziałam ale i tak się załamałam. Na darmo tyle siedzenia w tej złotej ale jednak klatce.
I w poniedziałek miałam kryzys. Nasz doktor się zdziwił, że chcemy natychmiast uciekać do domu. A co w tym dziwnego? Nie mamy w planach żadnych innych badań a antybiotyk możemy sobie brać w domu. W sumie to też wiedziałam, że nas nie puści dopóki nas nie podleczy.
Puścił dopiero w środę i to też dlatego, że mu powiedziałam, że Młoda to tak będzie chorować jeszcze cały następny tydzień, to pewne jak w banku. Rzadko choruje ale jak już to długo.
I mamy sobie czwartek, północ. Młoda siódmą dobę na antybiotyku, właśnie sobie radośnie gorączkuje i coś ją boli bo wierzga nogami. Jutro jedziemy do CZD na umówioną fartem wizytę ginekologiczną. A ona nie śpi. I gorączkuje. I wierzga.
Ostry ból, z którym pojechaliśmy na ostry dyżur utrzymywał się do środy, potem zaczął zanikać. Czemu? Co się zmieniło? Młoda zaczęła pić takie mleczko na niestrawność. Taki mały eksperyment w związku z tą gastroskopią. Ale czy to pomogło? Nie mam zielonego pojęcia. Ból choć nie tak ostry pojawia się i znika, w tej chwili akurat jest obecny. Czy mnie to doprowadza do histerii? Tak, mam ochotę rwać włosy z głowy albo walnąć baranka w ścianę.
Jutro sprawdzimy babskie interesy. Na gastro poczekamy ale zrobimy na pewno. Mam jeszcze ochotę zrobić badania w kierunku nietolerancji laktozy ale to się jeszcze zobaczy.
Póki co jakoś nie wyobrażam sobie powrotu Młodej do szkoły. Ani mojego do pracy. Nie wiem jak to będzie. Wszystko nam się posypało i nie bardzo wiem jak to posklejać do kupy.
Zabija mnie bezsilność. Trafiłam naprawdę w dobre ręce w tym szpitalu, na co poświęcę oddzielny wpis, i co z tego? Nikt nie ma pojęcia co jest z tym dzieckiem nie halo.
Ze mną na czele.
Do dupy z tym wszystkim.
piątek, 24 października 2014
Subskrybuj:
Komentarze do posta
(
Atom
)
racja, do dupy:(
OdpowiedzUsuńale cud z tymi dochtorami jakiś!!
powiedźmię za pozytywnym zakończeniem tych bóli! Dawaj znać, jak rozwija się sytuacja.
A na tą niestrawność to co konkretnie podali? Pyta matka retki z podobnymi od czasu do czasu akcjami, też bez pomysłu...
OdpowiedzUsuńPodali Gelatum Aluminii. Ale to był pomysł taki doraźny, coś co by nie zaburzyło obrazu gastroskopii bo jeśli coś tam jest nie tak to warto by to najpierw zobaczyć a potem leczyć.
UsuńUwaga! To mleczko wchodzi w reakcję z lekami, np. p/p, więc trzeba odczekac dwie godziny. Co jest upierdliwe no ale...
A ja od wieku nastu lat mam silne bóle brzucha często nocą, ale i w ciągu dnia (kilka razy w tygodniu/miesiącu) i dopiero od 2 lat pomagają mi krople MILOCARDIN (łagodzą nerwicę). Może warto pójść w tym kierunku, bo u mnie też szukano wrzodów, refluksu itp. przez 20 lat ;)
OdpowiedzUsuńDzięki za podpowiedź, każda jest dla nas bardzo cenna!
UsuńJuż od wielu lat nie mam nieletnich dzieci, więc nie wiem, ile teraz jest dni opieki na dziecko. Za moich czasów było ich 60! Czy teraz jest ich 14 na rok???
OdpowiedzUsuń