sobota, 5 lipca 2014

Operacja "Poznań"

Zaplanowana jakiś dłuższy czas temu, z myślą przewodnią - start w II Biegu Piotra i Pawła. Takie tam bieganko na 10 km w dzikim tłumie podobnych wariatów. Pff. Ale ramię w ramię z pewną Kasią, która siedziała sobie tu w kąciku 10 lat. Dekadę! I dalej siedzi cicho, bo jej coś komenty nie ten teges, no doprawdy. 

Napaliłam się na ten wyjazd jak szczerbaty na suchary bo po pierwsze primo - Kasię pokochałam od kiedy truchtała ze mną nawet do teatru, po drugie primo - miały to być nasze pierwsze wspólne zawody, po trzecie - wolność! no po prostu samotny weekend poza domem, daleeeeko od domu gdzie mogę ewentualnie przez chwilę poudawać, że nie mam obowiązków, nie mam dzieci a na pewno nie mam nic wspólnego z jakimś rettmonsterem. Się mi tak wydawało.

Adrenalinka dała o sobie znać kiedy zaczęłam ogarniać podróż bo wiadomo, że ja się prawie zawsze gubię, mam rajzefiber i generalnie jestem dzikus. Po wstępnym lataniu po internetach okazało się, że autobus się snuje 5 godzin, pociąg choć szybki to pieruńsko drogi, zostało mi więc rozpracować opcję BlaBlaCar.pl. I to był strzał w dziesiątkę - właściwie bez szczególnych starań udało mi się znaleźć podwodę, która na dodatek przyjechała po mnie prawie pod sam dom, za przystępną cenę. Umówiłam się na piątkowe popołudnie.

Ale zanim uwierzyłam, że mogę choć na moment zapomnieć o rettmonsterze, dziad szybko wybił mi to z głowy - w piątek (tydzień przed wyjazdem) zaatakował wysoką temperaturą, która nijak nie dawała się opanować. Siedziałam z Młodą całą noc próbując wszelkich domowych i farmaceutycznych sposobów. Weekend minął nam właśnie tak - w dzień w miarę ok, w nocy walka z gorączką. W poniedziałek udałyśmy się do lekarza, który zatrzymał nas obie w domu na tydzień. Infekcja pt. niewiadomoco. 
Od środy był już komplet - malownicza seria ataków po czym trzęsiawka, po czym śpiączka. Myślę sobie - super, już pojechałam do Poznania.
Jeszcze w przeddzień wyjazdu Młoda nie wiedziała czy to czwartek czy fabryka zapałek. W piątek zakończenie roku szkolnego a Młoda w domu, jeszcze mało przytomna, odsypiająca. 
No nic, myślę sobie dalej, albo teraz albo nigdy - dziecko właśnie wychodzi z opresji, dwóch opresji pod rząd jeszcze nigdy nie było, Ojciec kumaty - dadzą radę. Jadę. I pojechałam.


W Blablacarze przeblablałam całe trzy godziny, bardzo miło i bezstresowo. Prawie w locie przechwyciła mnie Kasia i potem to już było po prostu błogo. Oczywiście kontakt z bazą był grany na bieżąco i pomimo, że pomyśleliście wszyscy żem wyrodna matka, moja intuicja podpowiadała mi, że jednak złe losy już zostały wylosowane i zrealizowane. Przynajmniej na chwilę (ale ja mam dobrą intuicję, o zgrozo), nie będzie nam jakiś rettmonster pluł w twarz!

Udało mi się zresetować berecik, wyluzować. Kasia zapewniła mi taki komfort i luz psychiczny jakiego dawno nie miałam. A wszystko składało się z drobiazgów - pobujałam się na huśtawce w ogrodzie wieczorową porą plotkując o życiu, poznałam prześmieszną trójkę psów, z których tylko jeden wyglądał na psa a reszta - przysięgam! - na myszy, posączyłam sobie whisky na lodzie (uwielbiam) a na drugi dzień to juz w ogóle się działo... 
 
na drugim planie... khem... no mysz :)))

Na smętnego, lekkiego kacyka Kasia zorganizowała regenerację na prywatnym basenie - bosko! zero człowieków, cały basen nasz! Rzuciłam się na to pływanie jakby mi kto całe życie zabraniał. A weź jeszcze spróbuj jak się pływa pod prąd, z chytrym uśmieszkiem proponuje Kasia i włącza prądy jakieś podwodne. No to spróbowałam. Czego pożałowałam następnego dnia.


Po basenie śniadanko na tarasie u znajomej mającej ten luksus na co dzień (kumacie nie? wychodzi się w szlafroczku do windy i zjeżdża na basen...) i znowu miłe, nieśpieszne pogaduchy w fajnym towarzystwie. W tak zwanym międzyczasie baza zeznała, że dziecko całkowicie wróciło do życia, uśmiecha się i jest zadowolone, więc matka poczuła nieco większy luz.

I co tam dalej. No dalej to odebrałyśmy jeszcze pakiety startowe na bieg - główną atrakcję mojego weekendu na wolności. Przy okazji miałam przyjemność doświadczyć poprzez pieszą wędrówkę jak duże jest jezioro Malta wokół którego zdecydowałyśmy się biec następnego dnia, bo parkingi tam rzadkie i zlazłyśmy kawał drogi (i z powrotem), ot tam pod tę tablicę w oddali, żeby  móc przypiąć sobie numerki startowe. Na marginesie - ciekawe, że na piechotę, w sensie spacerem, oraz samochodem jest wszędzie daleko, natomiast biegiem już jest wszędzie blisko. Przykład - tę samą traskę pokonałyśmy na zawodach 4 razy, bez płaczu, jęków i "ło matko jak to daleko". Przykład drugi - do centrum (niekoniecznie centrum Poznania ale Warszawy już tak) się jedzie z pół godziny a droga się dłuży i wydaje masakrycznie nudna, a biegiem - co?! to tylko 10 km?! Cuda i dziwy. Uwaga, bieganie może do cna zryć berecik.


I w ogóle w knajpce byłyśmy na obiadku, co dla mnie jest nie lada wydarzeniem bo nie pamiętam kiedy ostatni raz gdzieś byłam. Przybrałam pewnie w ten weekend ze dwa kilo ale warto było! I jeszcze starówkę zwiedziłam i Browar, gdzie zaszłyśmy nawet do jednego sklepu - Nike :))) Zboczenie, wiem.


W niedzielę okazało się, że za karę mam potężne zakwasy. Bo nie ma to jak rzucić się na pływanie po miesiącach przerwy, dodać do tego całe popołudnie i kawałek wieczoru  łażenia po mieście i prosz - człowiek gotowy do zawodów biegowych. Szłam na start jak połamaniec czując, że nieźle się tu dziś na tej patelni upodlę. Upał jak w piekle, wiatr łeb urywa ale oj tam, nie czepiajmy się szczegółów. Muzyka w uszy i poszli!


Pierwsze okrążenie Malty jeszcze jakoś poszło - a bo to się trochę zwiedza, trochę gapi na współstraceńców, trochę adrenalina i euforia niesie, a mnie dodatkowo jakis miły pan zdopingował gromkim głosem po koszulce poznając. Nie wiem kto to był, czy z drużyny Bartkowej czy jakiś obcy a przeczytał na prędce napis ale taki spersonalizowany doping dodaje skrzydeł i powoduje ciary.
Na drugim kółku skończyły się uniesienia i zaczęła zwykła tyrka. Karrrramba jak ciężko, jak gorąco, jak okropnie ciężko i gorąco... Ludzie zaczynają przechodzić do marszu, tabunami! To mi źle działa na psychę i sama się kuszę na lekki odpoczynek a to błąd! Potem już ciężko wrócic do rytmu. Na trzecim wodopoju, trzy km do końca tej mordęgi, skończyły się kubeczki i wolontariusze leją wodę w garstki wprost z pięciolitrowych butli. Jedną garstkę kieruję do buzi, drugą na siebie i lecę dalej a ten co mi te garstki napełniał nagle wykazał się dużą empatią i chlusnął mi prosto z tej butli przez plery. Aż se wrzasnęłam z nagłego szoku i uciechy :))) Uratował mi życie łaskawca, bo jakoś dotarłam do mety. A po drodze ludziki padali jak muchy, na poboczu były grane kroplówki i inne cucenia. Trochę to robi wrażenie i ciśnienie wzrasta, choć nie pierwszy raz widziałam takie obrazki. Nie bardzo pojmuję jak można nie znać swojego organizmu i jego reakcji jeśli się trenuje codziennie. No chyba, że udział w zawodach na 10 km to taka ułańska fantazja...


Meta. Medal (tak, tak, każdy jest zwycięzcą  i chwała temu co to wymyślił), WODA, można przestać przebierać nogami. Widzę finisz Kasi, uśmiechniętej, szczęśliwej :) Robimy sobie jakieś fotki, idziemy zjeść banana. Opowieściom, wymianie wrażeń nie ma końca :) Nawijamy już w samochodzie w drodze powrotnej jak nakręcone :) Dzwoni kilka osób - mama Kasi, jakieś koleżanki - słyszę powtarzającą się niemal co do słowa kilkakrotnie rozmowę na głośnomówiącym:
- Kasiu, no jak było?
- Jak było? No było tak, że Dorota wygrała a ja byłam tuż za nią.
:)))
Łyknięte bez zająknięcia ;)
A dla nas ubaw po pachy bo tak właśnie się czujemy!:) Jesteśmy zwycięzcami!


Piękny to był weekend. Odpoczęłam i huk z tymi zakwasami, i z tym biegiem piekielnie gorącym, wietrznym i od cholery męczącym. Odpoczęłam. Wróciłam Blablacarem, znowu trafiając na miłego kierowcę, który rozwiózł swoich pasażerów po dzielnicach z uśmiechem na twarzy. Można spotkać naprawdę fajnych ludzi na tym świecie:) Odpoczęłam, ale już jak dotarłam na bazę to czułam, że coś jest nie halo. Jeszcze mnie omamiły uśmiechy Młodej, którymi mnie przywitała o 23 nie śpiąc acz w swoim łóżku cicho leżąc. Pomyślałam - tęskniła bździągwa... to miło. Buzi i poszła spać, a od rana trzęsiawka i znowu wojna....

I co Wam będę pisać. Twarde lądowanie. Otrzymałam słony rachunek za te moje wspaniałe mini wakacje. Ale mimo wszystko, jeśli tylko będę mogła będę je powtarzać. Jest mi to potrzebne do normalnego funkcjonowania jak ta woda na plecy do ukończenia biegu. Biegnę, żeby Bartek mógł biegać ale też żeby Agnieszka miała zdrową psychicznie matkę. I po medal bo je bardzo lubi, wiadomo - kobietka, lubi błyskotki. I dla siebie biegnę, i po to żeby poznawać tych wszystkich fajnych ludzi i zajebiste kobiałki w Mizuno ;)

Ps. Szczególne podziękowania należą się mojej przyjaciółce Kini, która mimo obaw i strachu przed ewentualnymi występami Młodej zaoferowała się dotrzymać jej towarzystwa w okienku między moim wyjściem na Blabla-spotkanie a powrotem Ojca z robo. Kiniu - dzięki! Bez Ciebie cała operacja nie miałby szansy na powodzenie.

6 komentarzy :

  1. Żeby nie było, podejmuję próbę wpisania tu czegoś :) Dorota, to był rewelacyjny weekend, jak tylko dusza Twa wraz z ciałem zapragną powtórki, przyjeżdżaj, znajdziemy jakiś bieg w okolicy :)
    Ciekawam, czy ten komentarz doda?
    A tak przy okazji- za myszy się odwdzięczę :D Zobaczysz !

    OdpowiedzUsuń
  2. Dodało, to byłam ja Kasia :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam relację z zapartym tchem! Ale się spisałyście, dziewczyny, zazdroszczę chęci i kondycji! :)

    Aniołka szkoda, bardzo bardzo szkoda...

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajna odskocznia, dobrze, że ją masz! Chyba też powinnam sobie coś poszukać podobnego...

    OdpowiedzUsuń
  5. Prawie 2 miesiące ciszy. Jak minęły wakacje? I czy Mała ma się lepiej?

    OdpowiedzUsuń