poniedziałek, 16 czerwca 2014

wypadałoby coś w czerwcu napisać

Czas umyka mi między palcami, nawet nie wiem kiedy zrobiła się połowa czerwca. Przerażające.
Za chwilę będzie lipiec, wakacje i urodziny Młodej. Szesnaste! Matko... W ogóle tego nie ogarniam. Ilekroć mnie ktoś zapyta ile lat ma moje dziecko, zamieram. Całe szczęście ona nie wygląda na szesnastolatkę. Ja mam nadzieję na starą matkę też nie.

Z nowości to byliśmy u dentysty. Oczywiście w Uśmiechu Malucha bo to jedyne rozsądne miejsce gdzie można na NFZ załatać zęby, na dodatek profesjonalnie i w miłej atmosferze. Ostatnia nasza tam wizyta była już na tyle dawno, że zapomniałam jacy oni tam są naprawdę fajni. I jak niewiele potrzeba, żeby się nad takim miejscem zachwycać a jednak nie każdego stać nawet na to "niewiele". Czyli na przykład przy wizycie konsultacyjnej od razu dostaje się znieczulający krem na specjalnym plastrze, który w dniu wizyty przykleja się dziecku na rękę, żeby zakładanie wenflonu obyło się bez nieprzyjemności. Mała rzecz a cieszy. Albo jeden zwykły telefon pod koniec dnia już po wizycie z pytaniem czy wszystko w porządku, czy nic się nie działo, czy podałam jakieś dodatkowe leki przeciwbólowe - od razu człowiek się czuje zaopiekowany. Już po wszystkiemu a jednak ktoś o nas myśli. Prawda, że miłe drobnostki? Czemu nie ma tak w standardzie?

Trochę jednak mimo wszystko się stresowałam bo okazało się, że roboty jest w huk. Nie tyle dziury co nalot na zębach (szczególnie przednich dolnych, które najciężej jest wyszorować przy zaciśniętej dolnej wardze...), który rozmiękczył zębinę i to wszystko trzeba było pousuwać i pozalepiać. Nie pytajcie ile to wyszło w przeliczeniu na tak zwane plomby, wystarczy że ja mało nie dostałam zawału. Młoda była trzy godziny pod narkozą. Jesteśmy z Ojcem w ciężkim szoku bo o zęby dbamy naprawdę wzorowo i myjemy po śniadaniu i kolacji - reszta odbywa się w szkole, więc poza naszą jurysdykcją.
A jednak to była masakra.
Wniosek: raz w roku trzeba zęby kontrolować, czy się widzi jakieś dziurki czy nie, po prostu jechać i pokazać stomatologowi.

A poza tym to wciąż walczymy z seriami ataków i przyzwyczajamy się do nowej rzeczywistości, w której nigdy nie wiadomo co się wydarzy następnego dnia, czy Młoda pójdzie do szkoły czy nie, czy uda się zrealizować zaplanowane spotkania, zakupy, jakieś załatwianko w urzędzie czy po prostu fryzjera. Bo często bywa tak, że Młoda urządza nam pobudkę nad ranem (ataki mają swoją ścieżkę dźwiękową na szczęście) i już wiadomo, że można zapomnieć o wszelkich planach.
Tak jak było dziś. Piąta rano atak a następnie trzęsiawka czyli Młoda zostaje w domu. Na szczęście Babcia akurat nie wyjechała na działkę - hurrrra! Ale nie odbiera telefonu - buuuu.... Co się u licha stało?! Śpi? Przecież ona od piątej nie śpi. Ale nie odbiera, no szlag jasny! I jedno z nas zostaje w domu. I już po hurra.
Babcia okazuje się włączyła pralkę, otworzyła okno na oścież a nasza okolica to akurat pas przylotniskowy - samoloty lądują, startują, Radio Maryja nadaje i tak o... nie słyszała. No ale dobrze, że żyje prawda.
A teraz jest godzina prawie 23 i Młoda nie śpi. Cały dzień walczyła z trzęsiawką - napięta jak struna, hiperwentylowała się jak szalona co zaskutkowało małym rzygankiem przy zupie bo przesz trudno jest jeść i sapać jak, nie przymierzając matka po półmaratonie, więc coś wpadło nie do tej dziurki... Dalej już wiadomo c'nie? Boję się tych zaksztuszeń bo o zachłystowe zapalenie płuc wcale nie trudno a to wcale nie jest najczarniejszy z możliwych scenariuszy...
No i cały dzień takiego szaleństwa zmęczył ją okrutnie ale i tak nie może zasnąć. Pewnie zaśnie grubo po północy i jutro prześpi cały dzień. Norma...

Ale jakoś tam sobie żyjemy. Bywa nawet fajnie i śmiesznie. Opatentowaliśmy ostatnio nową formę rodzinnej aktywności, coś w podobie takiego biegu co się nazywa Krwawa Pętla. To 240 km Warszawskiej  Turystycznej Obwodnicy, którą pokonuje drużyna składająca się z jadących na rowerze i jednego biegnącego. Limit czasu na pokonanie tej trasy to 24 godziny. Członkowie drużyny oczywiście się zmieniają ale cały czas jeden z nich musi biec.
No więc nasza rodzina wychodzi na taką mini krwawą pętlę na rikszy. Młoda jedzie non stop (srólewna!) a ja zmieniam się z Ojcem na kierowniku - raz on jedzie ja biegnę obok, raz on biegnie a ja jadę. Zmyślne nieprawdaż? Myślałam, że to nasz autorski pomysł a tu lipa, ktoś się w to bawi na poważnie i to przez całą dobę i to po jakimś kurde błocie.
A po biegu z czystym sumieniem (no prawie...) idziemy uzupełnić te tam, no... kalorie :)



6 komentarzy :

  1. No skad! Wygladacie jak siostry!

    OdpowiedzUsuń
  2. Obie wyglądacie jak siksy z podstawówki, do kina Was wpuszczają???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do kina to moze i wpuszcza, ale strach po alkohol wyslac :)

      Usuń
  3. Ojacie, muszę częściej pisać tę notki, tak mnie ładnie miziacie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakaś MAOlata Ci dziecko porwała :P Wyglądasz nieprzyzwoicie młodo! A Agnieszce nieustająco zazdroszczę warkoczy :) Krwawa pętla brzmi koszmarnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. W oczach córa rośnie :) co ta dziołcha przy wózku? :)

    OdpowiedzUsuń