Muszę coś naklepać, żeby ten okropny poprzedni wpis zdetronizować. Dziś więc będzie o imprezkach. Różnych, tych co były i tych co będą, tych rozrywkowych i tych sportowych i tych, w których się odchamiam - no, zdarzyła się i taka.
No to od końca, bo koniec jest akurat najbliższy. Gdzieś w początkach stycznia, na fejsie, taka jedna Kasia, z którą znamy się wirtualnie od początku bloga (czyli prawie 10 lat!) wpadła na szalony pomysł przyjechania do stolicy na SZTUKĘ. Do teatru w sensie. 350 kaemów! No i zapytała, czy nie miałabym ochoty przejść się do teatru. No pewnie, że bym miała! Toć w teatrze to ja byłam.... kiedyś.
W tym dziwnym acz niezaprzeczalnie bardzo wygodnym świecie, całkiem on line domówiłyśmy szczegóły - kiedy i na co (dobrze, że Kasia miała z góry upatrzoną pozycję bo ja bym kompletnie nie wiedziała na co iść) a że nasz naród niby że taki z ciemnogrodu, niby że taki prowincjonalny i 50 lat za murzynami (ups, sorry takie powiedzenie) a do teatru to chadza tabunami - wyrwałam z czeluści internetu dwa z czterech ostatnich biletów. Na Czechow żartuje.
Ale byłoooo! Obydwie wnet zakochałyśmy się w Malajkacie. Ja za nim nigdy szczególnie nie przepadałam - ot, niezły aktor ale bez szału. Taki trochę mamejowaty, w sumie najbardziej podobał mi się jako Rzędzian. Ale to co ten facet wyprawia ze swoim ciałem to mistrzostwo świata! Giętki, gibki z nieprawdopodobnym wyczuciem specyfiki roli. Rewelacja i polecam tę sztukę szczególnie ze względu właśnie na niego. Grabowski - wiadomo, klasa sama w sobie, choć ta klasa widoczna jest tylko w określonym typie bohatera, no może dwóch. Dereszowska zaskakująca. Fajna, chuda (larwa no!), całkiem przyjemna w odbiorze teatralnym ale dla mnie chyba bez szajby. Wolę ją w serialach, a najlepiej jako Korbę.
Najfajniejsza jednak była konfrontacja dwóch babeczek, które znają się tylko z netu. Owszem - wiele lat, jednak z długimi przerwami (przynajmniej z mojej strony bo Kasia mogła mnie czytać cały czas) bo rozmawiałyśmy raczej rzadko. Okazuje się, że mamy więcej wspólnego niż mogłam przypuszczać a przede wszystkim bieganie - aaaa! bieganie! A skoro bieganie to i specyficzne postrzeganie świata - nie umiem wytłumaczyć na czym to polega ale czułam to. Kasia dodatkowo morsuje, czego jej zazdroszczę! I twierdzi, że morsowanie niesamowicie pozytywnie zryło jej berecik w co jak najbardziej wierzę :) Ba! To się dało wyczuć :)
A teraz proszę sobie wyobrazić taki oto obrazek - dwie kobiety ubrane w takie bardziej odświętne niż codzienne kiecki wybierają się w bardzo mroźny i wietrzny styczniowy wieczór do teatru. Kozaczki. Torebki i torebeczki. Jadą sobie te kobiety kolejką w te i nazad bo najprościej, najwygodniej i najszybciej. Z domu do kolejki, z kolejki do teatru po paręset metrów, niedaleko. Ale kobietki to biegaczki - nie wiadomo kiedy, nie wiadomo czemu (czasu w bród) kobietki w kozaczkach przechodzą naturalnie w trucht :))) Tak se lecą i gadają :))) Bardzo mi się to podobało:)
W ogóle mam niedosyt towarzyski i biegowy - bardzo chciałabym kiedyś z Kasią pobiegać, tak na luzaku, w tempie konwersacyjnym. Tego mi w całym naszym spotkaniu brakowało:)
I taka to była imprezka ostatnio. Kulturalna:) A ilu nowych słów się nauczyłam! ;)
A przedostatnio był jubileusz - mój teść skończył 80 lat. Piękny wiek, piękny jubileusz ale dla mnie, wicie rozumicie, dosyć duże wyzwanie - musiałam przygotować imprezę na 20 osób. Pełne menu - przystawki, obiad, zimne zakąski, sałatki, ciasto. Wyzwanie! Szczególnie, że ze mnie naprawdę kucharka jak z koziej dupy trąbka - nie lubię gotować, nie czuję satysfakcji ani przyjemności w karmieniu ludzi, słowem niestety ale ... udręka. Piec lubię, stać w garach nie znoszę. Ale obowiązek jest obowiązkiem, nie zawsze człek robi tylko to co lubi, prawda. Na szczęście może sobie ten obowiązek jakoś osłodzić:) Ale o tem potem.
Chciałam bowiem rzec, że mamy z Ojcem jeden poważny i solidny wniosek po tej imprezie. Otóż Młoda nie lubi tych rodzinnych spędów. Właściwie to żadna nowość bo wielokrotnie o tym pisałam chyba ale tym razem koniec - nigdy więcej nie będziemy fundować jej takiej atrakcji na siłę. Aga nie znosi tłumu, hałasu, rozgardiaszu, glośnych śmiechów, dyskusji. Na imprezach jest po prostu gwar i to jest dla niej nie do zniesienia. Ona tego nie ogarnia, za dużo bodźców, za duży bałagan dźwięków i doznań. Inna sprawa, że całą imprezę bolał ją brzuch i spędziła ją w drugim pokoju cierpiąc... Tak czy inaczej koniec z rodzinnymi czy tam innymi hucznymi imprezami. Dość. Nie może być tak, żeby dzieciak cierpiał bo wypada nam być na imprezie. Liczne spędy są nie dla nas, sama się męczę.
A jeśli chodzi o mnie to nagrodą za wysiłek włożony w przygotowanie imprezy (czytaj: dwa dni tłuczenia po garkach) oraz dyżur na wydawce, miał być samotny powrót z buta do domu. Zapakowałam sobie ciuchy biegowe do torebusi i jak już uporałam się z podaniem wszystkich dań i ze zmywakiem i kiedy Ojciec dał sygnał do odjazdu - wskoczyłam w strój sportowy, adidaski i MP3 :) Matko, czekałam na to cały dzień! Cioteczki zobaczywszy mnie gotową do wybiegu podniosły lament, że przecież ciemno, zima, mróz, śnieg i wszelki kataklizm! Jedna zapytała - a co masz na swoją obronę, toć ciemno i wilki jakieś?! Szybkie nogi - odpowiedziałam, choć akurat chyba nie jestem specjalnie pewna tej szybkości. Bo jak tak lecę złachana jak klacz po westernie to nie wyobrażam sobie wykrzesać z siebie jeszcze jakąś ekstra moc na ewentualną ucieczkę, chociaż być może w sytuacji zagrożenia adrenalina zrobiłaby swoje...
Z drugiej strony - w tych warunkach kto by tam ścigał wariatkę po oświetlonych drogach szybkiego ruchu. W mrozie i zawiei.
W każdym razie było cudownie. Leciałam sobie tak jak lubię - w określonym kierunku, do celu, po skrzypiącym śniegu, z muzyką w uszach. Dzięki temu na imprezie nie nażarłam się jak dzika świnia (jak to bywa na imprezach) oraz nie tknęłam alko. Normalnie fit!
Na koniec, ponieważ zawody biegów ulicznych to też w końcu są imprezy, to powiem takim ledwie słyszalnym szeptem, że zapisałam się na Półmaraton Warszawski. Tak, ja i moja niska hemoglobina postanowiłyśmy zawalczyć o przebiegnięcie 21 kilometrów. I mimo, że zaczęłam realizować jakiś tam plan treningowy, który ma mnie do tego przygotować to jeszcze odbieram to w kategoriach fantasy. A od dziś ruszyły zapisy na jesienny Maraton Warszawski... Wiadomość mailem przyszła wczoraj i tak się przejęłam, że nie mogłam dzisiaj spać :)
Nie zapisałam się.
Ale marzę o tym.
Jeszcze się nie zapisałam!
Ale śnię o tym :)
A raczej spać mi to marzenie nie daje :)
:) a ja.... po tych przebieżkach po stolicy, zaczęłam analizować plan treningowy na 1/2maraton :) a poza tym to było rewelacyjnie i nawet nie zauważyłam, że to był trucht :) A SZTUKA ! Niezły z Ciebie recenzent... Do zobaczenia w przyszłości ( bliskiej) i do wspólnego pobiegania ... To ja Anonim i już się nie martwię, że nie będziesz wiedziała- kto :)
OdpowiedzUsuńByło wspaniale, bardzo Ci dziękuję :)
analizuj :) może spotkamy się na Półmaratonie św. Mikołajów w Toruniu? :)
UsuńPo końcówce sądząc;) musiałaś bardzo mocno na to bieganie zachorować:))) Zupełnie tego nie ogarniam, bo dla mnie przebiegnięcie 200 metrów to jest kara najgorsza na świecie i umieram;P
OdpowiedzUsuńdla mnie rok temu też jeszcze byłaby to kara :)
Usuńjak nic... zrył mi się berecik ;)
ten fragment z przechodzeniem w trucht
OdpowiedzUsuńno buzia sama mi się uśmiechnęła
jakie to musiało być fajne
uwielbiam takie smaczki
;-))))
to było bardzo fajne :)
Usuńprzy okazji - uściski! :)
Bieganie nie dla mnie, ale u innych mi się podoba :)
OdpowiedzUsuńHmm, odkąd zobaczyłam filmik o weteranie wojennym chodzącym o kulach, z potężną nadwagą, który postanowił zawalczyć o swoje zdrowie i życie i zaczął trenować jogę a po kilkunastu miesiącach biegał jak wariat - myślę, że bieganie jest dla wszystkich :) Może nie wyczynowe ale takie szuranie dla przyjemności i dla zdrowia - spokojnie :) Ale rozumiem doskonale takie twierdzenia, sama twierdziłam tak przez niestety najlepsze lata mojego życia.
UsuńCześć, ja przepraszam za offtop, ale jak tylko zobaczyłam tego demota, pomyślałam o Tobie i o bieganiu...;)
OdpowiedzUsuńNie mogłam się powstrzymać :)
http://demotywatory.pl/4282610/Gdy-chcesz-pobiegac
Pozdrowienia
Kasia
Ha! Tak było ze mną w niedzielę :)) Zachciało mi się polatać za miastem :))
UsuńCoś czuję Ciotka. że jesień będzie Twoja ;)
OdpowiedzUsuńObyś był dobrym prorokiem, choć póki co nie czuję nawet by ta wiosna była moja...;)
Usuń