Opiętroliłam, towarzystwo strzeliło focha, może się na trochę odczepią. Oby się tylko tam wzajemnie nie pozabijali.
Relaks na kocyku.
A w ogóle to wiecie - byłyśmy z Młodą na turnusie w naszym kochanym Osieku. Niestety obawiam się, że wsiąkłyśmy z kretesem w tę ziemię Kociewską i w Dobrego Brata, bo tam się wraca jak do domu albo do ulubionej babci na wieś. Znajome kąty (tym razem to dogłębnie poznałam i lasy;)), znajoma obsługa (od recepcji, poprzez kelnerki i panie sprzątające po kierownictwo) niczym rodzina a i znajomych przyjezdnych z każdym rokiem coraz więcej. Bo tam jest mnóstwo ludzi, którzy wracają, niektórzy kilkakrotnie a są i tacy, którzy po raz 23 odwiedzili w tym roku ośrodek. Spotkałam więc znajomych i z zeszłego roku ale i takich, których poznałam dwa lata temu. Oczywiście "nowi" też się pojawili, świetni ludzie i mam wrażenie i nadzieję, że z niektórymi będę miała stały kontakt;)
Młoda padła po podróży:)
W tym roku Młoda trochę spokojniej podeszła do sprawy i mimo, że zaatakowała już pierwszego dnia to jednak dość delikatnie - obyło się bez trzęsiawki i dwudniowego odsypiania. Brzuch też niestety pobolewał ale nie było takiej sensacji i traumy jak w zeszłym roku pod kościołem, na szczęście. Reasumując turnus zamknęłyśmy trzema atakami (i tak dużo jak na dwa tygodnie).
Udało nam się dosyć sporo pojeździć na rowerze, jak zwykle polegiwałyśmy na kocyku choć muszę przyznać, że po rocznym tuczeniu i radosnym witaniu każdego nowego kilograma było mi bardzo ciężko pozbierać Młodą z trawki na wózek.
Jedziemy, w siną dal jedziemy:)
No a matka to generalnie uprawiała sobie triathlon;) Rano o 7 bieg po lesie, po południu pływanie w jeziorze, wieczorem rower:) Okazało się, że jeśli chodzi o bieganie to nagle (wtem!) dwukrotnie zwiększyłam kilometraż albowiem ponieważ nie jestem na ty z orientacją i notorycznie gubiłam się w okolicznych lasach. Rekordem był bieg zaplanowany na 7 km z hakiem a zakończony wynikiem 12,100 bo mi się wszystko popiętroliło i wyskoczyłam z lasu z drugiej strony wsi. Szkoda, że nikt nie widział mojego przerażenia w chwili kiedy zorientowałam się gdzie jestem i jak daleko jeszcze do domu;)
Jakby mi ktoś 3 miesiące temu powiedział, że po tak krótkim w sumie czasie treningów będę w stanie przelecieć 12 kilometrów to postukałabym się w czółko. A tu proszę - kto nie ma w głowie ten ma w nogach, dosłownie. Gdybym biegała po znajomych ulicach u siebie w mieście, zwiększenie dystansów zajęłoby mi pewnie sporo dłużej bo staram się biegać rozsądnie i skoro wszędzie trąbią, żeby nie przeginać to bym się starała nie przegiąć. W końcu jak ktoś zaczyna uprawiać ten bolesny sport po czterdziestce (i po 25 latach jarania jak smok!) to musi brać poprawkę na swoje ograniczenia. Choć ja, szczerze mówiąc, ograniczeń jakoś nie czuję poza tym, że rypią mnie kolana:)))
Drzemka. Na tak zwaną popielniczkę. Jak się komuś chce spać to i na twardej ławce zaśnie;)
Proszę zwrócić uwagę na osprzęt - tak matka dba o wrażliwą na słoneczko progeniturę!
Muszę jeszcze wspomnieć, że napływałam się w tym roku za wszystkie czasy. Woda w temperaturze zupy mimo tego, że torfowa - kolor brązowy nie zachęca ale cóż - była boska. Młoda siedziała na pomoście, pilnowała ręcznika i zerkała na mnie kątem oka od czasu do czasu parskając śmiechem a ja nie mogłam się nadelektować pływaniem. Uwielbiam!
Po wieczornej przejażdżce.
I tak o. Urlop minął, trzeba było wrócić do robo i zająć się stertami papierów, jak to w oświacie prawda.
Mam przed sobą dwa tygodnie samotności. Tfu, tfu, bo to nigdy nic nie wiadomo - zaraz pierwszego dnia mojej wyczekanej, wymarzonej wolności dostałam alarmowy telefon, że Młoda kaszle, przeziębiona i w ogóle. Okazało się po kilku godzinach, że może jeszcze pożyje i że właściwie to wcale nie kaszle tylko chrząka. Kolejnego dnia, że oko się nie otwiera bo jakiś bąk ją użarł. Same tragedie więc ten, trza być gotowym na wszystko, włącznie z przedwczesnym powrotem załogi do domu.
Ale póki co matka korzysta i lata po okolicy:) Lata i tęskni za lasami, polami, za naturą. Latanie w mieście nie jest tak fajne jak takie, kiedy znienacka spotyka się konie, krowy, bociany, żaby, bażanty i inne ptactwo. Latanie w ogóle jest bardzo fajne, więc i do miasta przywyknę ale tęsknota jeszcze się tli, oj tli...:)
Konik. Na samym środku drogi, którą biegłam. Przecudny:)
I znowu mam zagwozdkę - gdzie by tu skoczyć się rozerwać i pomerdać ogonem?:))



Moa, to może uda się gdzieś razem skoczyć? Wołaj Foksal i chodźmy.
OdpowiedzUsuńFoksaaaal! Chodź na salsę!
Usuń:)))
o gubieniu się w lasach Kociewia można książkę napisać;)
OdpowiedzUsuńszacun!!! za te 2 kom:)
OdpowiedzUsuńmiało być za te 12 km;) Na "1" kot mi kiedyś niefortunnie nastąpił i często nie pokazuje się, a całość taka twórcza, bo z niemowlęciem na ręku pisana;)
UsuńPolecam Pole Mokotowskie - z lisami można pobiegać. ;-)
OdpowiedzUsuńProgenitura kawał baby :) i te warkocze! Trwam nieustająco w zachwycie, przy każdym zdjęciu.
Ty naprawdę trenujesz? Jak super! :))
OdpowiedzUsuń(też mi szkoda wiejskich krajobrazów. po powrocie długo miałam syndrom powrotu z kolonii)