Ostatnio tu i ówdzie na tapecie był temat ogólnie rzecz biorąc funkcjonowania w społeczeństwie. O tym, że nie wszystkie spojrzenia są złe, że ludzie w gruncie rzeczy nie są tacy strasznie bezduszni i czasem nawet chcieliby pomóc ale nie wiedzą jak. A zapytać się wstydzą.
To ja dziś chciałam temat pociągnąć ale z drugiej strony, mianowicie jak wiele zależy też od naszego samopoczucia, nastroju i tzw. dobrego dnia. A przykład podam swój, a jakże.
Uwaga nakreślam okoliczności:
Mam w bloku windę. No mam. Ale do tej windy prowadzi z 11 schodków. Jak zamieszkałam w tym budynku w roku 1993 mieszkał tam na siódmym piętrze dorosły mężczyzna na wózku i jeszcze jedna niepełnosprawna osoba ale szczęśliwie dla siebie wyprowadziła się dość szybko. Nie mniej zaczęliśmy się starać o podjazd dla wózków dla tego pana z siódmego piętra, którego opiekunem była starsza już mama, na dodatek kulejąca. Nasze starania błyskawicznie przyniosły efekt bo już w roku 2004 zamontowano nam pochylnię - żadne tam ajwaj, dwie metalowe szyny, które można na schody położyć. Problem w tym, że kąt nachylenia jest tak duży, że pod taką górkę rzadko która mama niemowlaka ma siłę wózek popchnąć, więc z podjazdu korzysta już chyba tylko Ojciec a i to z głośnym jękiem. Pan z siódmego zmarł kilka tygodni po zamontowaniu tego udogodnienia.
Okoliczności zatem już znacie, teraz muszę krótko wprowadzić w problem jaki mam z sąsiadami. Otóż moi sąsiedzi - głownie starsi ludzie - są bardzo nam przyjaźni, znają Agę nawet chyba z imienia, uśmiechają się i w ogóle, a w przypływie dobroci i troski co i raz któraś sąsiadka widząc mnie wciągającą wóz po schodach zagaja:
- A nie lepiej to skorzystać z tego podjazdu?
I teraz wszystko zależy od dnia i mojego nastroju - albo uśmiechnę się i grzecznie dziękując za troskę cierpliwie wyjaśnię, że za stromo, że nie dam rady albo, gdy dzień jest pod psem strzyknę jadem. No co, matka też człowiek, i choć od anioła sama bywa wiedźmą.
Wczoraj właśnie miałam nie najlepszy dzień i trafiła mi się sąsiadka troskliwa, która nie dość że podpadła mi kilka dni wcześniej (czekałam na nią w drzwiach klatki przytrzymując drzwi a ta małpa ani nie odpowiedziała mi dzień dobry ani nie podziękowała za miły gest) to jeszcze weszła ze mną w dyskusję.
Zaczęłam cierpliwie:
- Za stromo, nie dam rady, wózek ciężki, nie mam siły.
- Ale mnie się wydaje, że jednak byłoby pani łatwiej.
- A mnie się wydaje, że ja mam większe doświadczenie w tym temacie.
- Ale proszę spróbować...
No zirytowała mnie baba niewąsko. Chciała mi udowodnić, że jestem głupia czy co? A może to taki nawyk zawodowy (emerytowana lekarka) - ja zawsze wiem lepiej?
Tak czy inaczej - gdybym miała dobry humor pewnie cierpliwie dotrwałabym do końca tej bzdurnej dyskusji z uśmiechem na twarzy. A że miałam zły dzień - zostanę zapamiętana jako zła, sfrustrowana, niegrzeczna, roszczeniowa matka chorego biedactwa (co ono winne??).
Nasunęło mi się kilka komentarzy: 1. jak nie używasz podjazdu, to jak się dostajecie na te 11 stopni? wnosisz? zarzucasz;p? bo nie mam wizji... 2. kompletnie sobie takiej męki nie wyobrażam - przecież musisz przynajmniej raz dziennie tam wjechać (szkoła) - nie próbowaliście jakoś tego mieszkania zamienić? na coś w bloku bez 11 schodków?? 3. pani sąsiadka przesympatyczna, ja bym z pewnością zapytała, czy sama nie chce spróbować wjechać tym wózkiem...
OdpowiedzUsuń1. no wciągam wózek po jednym schodku:)
Usuń2. wiesz po ile są mieszkania w Wawie?:)
3. pani sąsiadka coś tam jeszcze dyskutowała ale ja już jechałam windzią. może to i lepiej;)
No przecież nie proponuję, żebyście sobie domek wybudowali (parterowy najlepiej;P), lub nabyli nowe mieszkanie - mam mgliste pojęcie, ile to może kosztować;)) Ale ZAMIENIĆ - ileż można się nawciągać? Młoda rośnie, a Wy (przepraszam za chamstwo) nie młodniejecie;)
Usuńech, no co ja Ci będę tłumaczyć. nie wszystko jest takie proste i zależy tylko ode mnie.
Usuńco ja Ci będę tłumaczyć;) Ale JAK SIĘ BABA UPRZE;Ppppp
UsuńStrzykaj jadem (jak czeba), Dorka, strzykaj.
OdpowiedzUsuńTwoje święte prawo - śmiem twierdzić.
Pozdrawia,m całuję i ściskam:***
No, widzisz, i teraz ja też napiszę coś, co można przy gorszym dniu odebrać jako "chce mi udowodnić, że głupia jestem" ;) Ale napisze, bo się, kurde, uduszę!
OdpowiedzUsuńA CZY WY MUSICIE W TEJ WARSZAWIE MIESZKAĆ??? A może domeczek gdzieś na wsi?
Oj, wiem, pewnie się nie da, pewnie praca, szkoła i takie tam. Ale szkoda. Bo Adze ta szkoła mniej da, niż pobyt w ogródku. A jakby tak jeszcze jakieś dzieciaki zachodziły! Nie mówiąc już o Twoim kręgosłupie. I tak masz niezwykle dużo szczęścia, że jeszcze ten kręgosłup pozwala Ci cokolwiek robić. Ale jak długo???
i otóż śmiem wątpić, że ogródek dałby więcej niż szkoła. ja wiem, że ona się tabliczki mnożenia nie nauczy (bo i po co? kalkulatory mamy;)) ale właśnie przeczytałam końcową ocenę ze szkoły z tego roku i uważam, że ta szkoła to najlepsza rzecz jaka mogła się jej w życiu przytrafić. ona tam ma SWOJE ŻYCIE, o którym ja mam mgliste pojęcie - kolegów, koleżanki, bibliotekę, gry komputerowe, imprezki, konkursy, wycieczki, wypady do teatru itp. a w ogródku co miałaby? nudę! to my uwielbiamy i doceniamy lenistwo na słoneczku, na leżaczku ale pomyśleć, że trzeba by w ten sposób spędzić całe życie...?
UsuńNo, dobrze, jestem skłonna przyznać Ci rację, co do szkoły. Ale jak Tobie zabraknie sił, to co będzie? A przecież ze stali nie jesteś. Poza tym posiadanie ogródka nie oznacza rezygnacji ze szkoły!
Usuńbędzie płacz i zgrzytanie zębów;)
UsuńUwielbiam tych wiedzących lepiej, czasami urwać głowę to mało. Btw MOA strzeż się - niedługo wpadną do Ciebie Służby i sprawdzą czy się nad Aniołem nie znęcasz. ;-P
OdpowiedzUsuńa wiesz, że jest tu z nami taka mama, która już doświadczyła wejścia urzędników do swojego domu i sprawdzania warunków? to nie jest dowcip, to już jest rzeczywistość!
Usuń