Z pogodą nam w tym roku nie po drodze. Albo w ciągu tygodnia jest pięknie by akurat na weekend całkowicie zbrzydło, albo - jak już zdarzy się słońce podczas weekendu, ja siedzę całe dwa dni na szkoleniu.
A riksza kurzy się w garażu.
A Mała się na mnie gniewa!
Kiedy już wróciłam niedzielnym popołudniem do domu musiałam długo wkupiać się w łaski a i tak nie zostałam zaszczycona uśmiechem. Za to w poniedziałek... uśmiechy od ucha do ucha:) Od wczesnego dziecięcia mówię do niej takim ukutym na swoje potrzeby tekstem - "jak Agnieszka się uśmiecha to się śmieje cały świat" i dla mnie to sama esencja prawdy - nie ma lepszych dni od tych przez nią uśmiechniętych i nie ma gorszych od tych smutnych.
Chodzę na jej smyczy.
A skoro wspomniałam ostatnio o szkoleniach to trochę temat rozwinę.
Otóż zgłębiam niezgłębione, słowo klucz - autyzm.
Do tej pory się go bałam, w sensie że nie dam rady, nie poradzę temu ogromowi złożonych trudności jako terapeuta. Na samym początku naszej ścieżki z Małą otarliśmy się między innymi o diagnozę autyzmu i wtedy oczywiście przeczytałam wszystko co znalazłam w temacie. Nie śmiem nawet sugerować, że zgłębiłam temat, ani wtedy ani teraz.
Ale teraz zaczyna mnie... fascynować? Nie wiem czy to dobre słowo, nie można się chyba fascynować autyzmem, Rettem czy Downem. Ale chyba dorosłam do problemu, już się go nie boję a chciałabym chyba się z nim zmierzyć. Wita rozumita:)
Może to kwestia okrzepnięcia w zawodzie, nabrania pewności, a może nowego wyzwania?
Szkolę się w Fundacji Synapsis - matko jak ja uwielbiam słuchać mądrych ludzi! Bardzo mi się tam podoba. Chłonę, chłonę wszystko aż do... przedostatniego słowa.
Ostatnie słowo bowiem, prawie na każdym szkoleniu, gdziekolwiek i bez względu na temat przewodni, jest o "współpracy z rodziną". I zawsze, ale to zawsze podnosi mi ciśnienie do granic możliwości.
Po dwóch dniach odsiedzianych dupogodzin otwiera się wreszcie biednym kursantom możliwość wygłoszenia swoich mądrości. A przy okazji można gładko usprawiedliwić swoje terapeutyczne niepowodzenia i przejrzeć się jak w lustrze zrozumienia w oczach współkursantów. Wszyscy dobrze wiedzą o co chodzi, ale jak to cholernie fajnie znowu stwierdzić, że największym problemem dzieci są ich rodzice, którzy:
- odrzucają diagnozę lub
- nie przyjmują diagnozy do wiadomości lub
- źle przyjmują
- świrują
- idiotycznie usprawiedliwiają oczywiste niedostatki dziecka
- stawiają wymagania
- są roszczeniowi
- nie wykonują zaleceń
- nie są konsekwentni
- nie współpracują.
Gdyby nie rodzice, dziecko dawno byłoby wyterapeutyzowane na medal.
Kiedyś jako ta stojąca w rozkroku - z jednej strony terapeuta z drugiej matka - próbowałam coś tłumaczyć, ukazywać problem z drugiej strony z całą jego otoczką, uwarunkowaniami.
Wiem jak trudne jest przekazywanie złych wiadomości, szczególnie złych wiadomości dotyczących dzieci. Wiem jak boli serce kiedy patrzy się na łzy w oczach matki czy ojca. Wielokrotnie już przeżywałam ten dramat razem z rodzicami i za każdym razem jest cholernie ciężko. Ale ja najbardziej, wciąż żywo pamiętam kto, gdzie i kiedy przekazał tę złą wiadomość mnie. Tę osobę pamięta się do końca życia. Mam świadomość, że ja też jestem taką osobą dla kogoś innego - z konkretną twarzą, tonem głosu, konkretnymi terminami, i nie jest to przyjemne.
Ale.
Ja sobie ten zawód świadomie wybrałam, z całym wachlarzem dobrych i złych konsekwencji. Nikt mnie do tego nie zmuszał, sama chciałam pomagać, wspierać, uczyć i uczestniczyć w życiu niepełnosprawnych dzieciaków ale i być od czasu do czasu gryziona, bita, opluwana, zdzierać kolana na dywanie dygając za małymi nadpobudliwcami, no i niestety - bywać posłańcem złych wieści.
Z drugiej strony - nie znam żadnego rodzica biologicznego, który wybrałby sobie świadomie i bez przymusu rolę rodzica niepełnosprawnego dziecka. A ta rola rodzica bardzo szybko się nadbudowuje w kolejne funkcje - rehabilitanta, pedagoga, terapeuty, pielęgniarki, nad-lekarza, który musi koordynować i kontrolować poczynania innych lekarzy w tym specjalistów oraz podejmować decyzje. Czasem decyzje ostateczne.
Czy ktoś się pytał czy się do tego nadają? Czy mają predyspozycje psychiczne i fizyczne? Czy nie brzydzą się fizjologicznych wydzielin? Czy będą potrafili pielęgnować obce ciało od maleńkości do dorosłości? Czy mają cierpliwość i siłę przebicia by dyskutować z armią ludzi, których OBOWIĄZKIEM zawodowym jest poprawienie komfortu życia dzieci a najczęściej braki ich kompetencji aż wyją?
Ostatni raz uczestniczyłam w takiej farsie. Obiecuję sobie pomijanie tego typu zagadnień na każdym kolejnym szkoleniu. To nie na moje nerwy. Mimo, że osoby prowadzące starają się tonować dyskusję i raczej stawać w roli rzecznika rodziców - to jest proszę państwa rzeźnia.
Rodzice - terapie - współpraca - temat rzeka... Dzisiaj z samego rana robiłam za rodzica roszczeniowego w szkole Młodej. Pani wyraźnie była od początku źle nastawiona - skoro nie podoba mi się terapia w PPP, to mam ją wypisać - tylko, niestety, nie zaproponowała niczego w zamian, bo w naszym pięknym wojewódzkim mieście nie ma nic więcej (oprócz potwornie drogich terapii prywatnych).
OdpowiedzUsuńRodzic - i terapeuta...trudno jest tak stać po obu stronach barykady, prawda? łatwiej wygłaszać jedynie słuszne poglądy z jednej tylko stojąc strony - a jeszcze najlepiej ta barykada zasłonięta. Właśnie dlatego, ze jesteś mamą i terapeutą masz tak naprawdę najwięcej do powiedzenia. MoA - jesteś wielka:-) I nieprawdopodobnie dzielna. Agnieszce - uściski. Nadal nie umiem ustawić w podpisie, ze to ja:-( matka-dzieciom
OdpowiedzUsuńautyzm - temat rzeka (ba, ocean!) ale doskonale rozumiem co masz na myśli pisząc o fascynacji. Mam tak od jakichś circa 14-15 lat ;)
OdpowiedzUsuńa co do szkoleń.... lepiej zmilczę co myślę w temacie tego wątku o relacji terapeuta/matka
bo musiałabym chwilami mocno bluzgać:|
Nie wiem, co powiedzieć. Jak kilka lat temu powiedziała mi pani logopeda, że jak nie nauczę dziecka sprzątać zabawek to on nie będzie mówił (zespół Smith-Magenis, spectrum autyzmu, zachowania trudne, autoagresja, zaburzenia zmysłów, bezsenność, nierozumienie norm nakazów i zakazów, stereotypie, zwyczaje itp...) to było ostatni raz, kiedy spotkałam się z tak kosmicznym nieogarnięciem tematu przez terapeutę. Potem były mniej kosmiczne. Że pani terapeutka "nie pojmuje, jak można zaniedbać TAKI temat" - ja rozumiem, dlatego zaniedbałam, "że to trochę dziwne, że pani nie chce stosować w domu gospodarki żetonowej". Ostatnio, w prywatnym ośrodku, jest lepiej, nie wiem na sto procent, czy terapeuci naprawdę rozumieją "moje zaniedbania", ale na pewno wspierają mnie, żebym znalazła w sobie siłę do stosowania pewnych dla mnie obcych zasad, niezrozumiałych reguł czy wyjaśniania mi setny raz oczywistych oczywistości, dla mnie nieoczywistych i przypominania mi, że w gąszczu pierdyliona obowiązków mam jeszcze jeden, pilnowanie książeczki PECS (obłęd w ciapki).
OdpowiedzUsuńdokładnie o tym mówię.
Usuńtak sobie myślę teraz - dzięki temu, że zdecydowałam się kiedyś sama poprowadzić całą terapię i rehabilitację, oszczędziłam sobie wielu atrakcji ze strony różnych mędrków. starczy mi podobnych wspomnień ze spotkań z białymi fartuchami:)
no ale nie zawsze się da tak zupełnie samemu.
U mnie się nie dało, ale i tak teraz mogłabym już większość sama prowadzić bez kursów ;-) tylko z doświadczenia...
Usuń